„Władza absolutna. Ruch oporu. Tom 2" - recenzja. Bohaterowie DC w odwrocie
Drugi tom „Władzy absolutnej" jest dokładnie tym, czym powinien być środkowy akt eventu – ciągiem dalszym. Świeżość pierwszej części gaśnie, ale Mark Waid i Dan Mora trzymają poziom. Czyta się dobrze, choć już bez tego pierwszego dreszczu.
Pierwszy tom „Władzy absolutnej" miał w sobie coś, czego dawno nie było w eventach DC. Antagonistka, której nie trzeba budować od zera ani importować z innego wymiaru. Brak konieczności tłumaczenia, że oto znów stoi nad nami kosmiczny demon, który pożre wszystkie wszechświaty. Zamiast tego – Amanda Waller. Urzędniczka. Ktoś, kto przez lata cierpliwości i rządowej gry pozycyjnej w końcu rozegrał to po swojemu. Plus deepfake'i, AI, opinia publiczna kupująca, że bohaterowie to zagrożenie. Świeżo, mocno, na czasie.

Drugi tom tego klimatu już nie ma – i nie do końca z winy autorów. Pierwszy akt zawsze ma w sobie ciężar premiery. Drugi to dramaturgicznie ciąg dalszy, w którym bohaterowie liżą rany, zbierają się do kupy i kombinują, co dalej.
Większość bohaterów DC jest pozbawiona mocy, pojmana lub w rozsypce. Waller dobiera się do reszty. Ocaleni chronią się w Fortecy Samotności – i to właśnie tam Mark Waid serwuje jeden z najmocniejszych jak do tej pory ciosów emocjonalnych całego eventu, kiedy przemieniony w żywą broń Jonathan Kent atakuje własnego ojca. Po tej katastrofie historia rozsypuje się na równoległe misje, w których każdy z bohaterów szuka słabego miejsca w planie Waller. Sprawnie, ale bez dreszczu z pierwszej części, gdy antagonistka dosłownie demontowała mit DC.

Najmocniej wybrzmiewa wątek Supermana. Przemiana Jona jest rdzeniem osobistego dramatu Clarka i to wokół niej Waid buduje cały ciężar emocjonalny tomu. Z kolei wątek polityczny – dezinformacja, propaganda, pęknięte zaufanie do herosów – schodzi tu na drugi plan. Szkoda, bo to on wyróżniał „Władzę absolutną" na tle poprzednich crossoverów DC. Pewnie wróci w finale, kiedy trzeba będzie rozliczyć Waller nie tylko fizycznie, ale też propagandowo.

Jeśli ktoś kupuje „Władzę absolutną" dla samej oprawy, to się nie zawiedzie. Dan Mora trzyma poziom z tomu pierwszego – słynna „ściana mug shotów" pojmanych herosów, każda postać oddana z osobistą uwagą, to wizytówka jego stylu. Tie-iny rysunkowo plasują się w zwyczajnej średniej superbohaterskiego mainstreamu. Po Morze widać natomiast, że nie wszyscy w DC pracują na tym samym poziomie.

Tom drugi „Ruchu oporu" to solidny, ale nie wybitny środek dużej historii. Robi swoje – pcha fabułę, daje Supermanowi prawdziwy emocjonalny ciężar i ustawia stawkę pod finał. Ale tej iskry, którą miał tom pierwszy, tutaj już mniej. Bo i mniej musiało być.
Jeśli ktoś jest na pokładzie eventu od początku, nie ma się nad czym zastanawiać. Jeśli ktoś dopiero rozważa – to oczywiście najpierw tom pierwszy, potem ten. Solo to lektura średnio satysfakcjonująca 😉 Czekam na trzeci, bo rozliczenie ze światem, który Waller już psychologicznie przestawiła, jest właściwie dopiero przed nami.
Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.