Czysty wysokodestylowany noir – wywiad z autorami „Ćmy: Żabiego królestwa”

Premiera pierwszego pełnoprawnego albumu o „śmiałku w bieli” zbliża się wielkimi krokami. Nadchodzący komiks twórcy zapowiadają jako nowy start, jest to więc idealny moment na sprawdzenie, z czym się Ćmę je.

Czysty wysokodestylowany noir – wywiad z autorami „Ćmy: Żabiego królestwa”

Rozmawiamy ze scenarzystą Tomaszem Grodeckim, rysownikami Tomaszem R. Borkowskim i Kacprem Wilkiem oraz kolorystą Adamem Rozińskim o przyszłości superbohatera z retrofuturystycznej Warszawy XX-lecia międzywojennego.

Wojtek Boczoń: Nie da się uciec od skojarzenia: Ćma, żaby, mrok, potworność, miejski folklor. Widzisz tu cień Mignoli i hellboyowych żab, czy to fałszywy trop czytelnika, który za dużo komiksów w życiu przeczytał?

Tomasz Grodecki (ps. Tommy, scenarzysta): Fałszywy trop (śmiech). Poza delikatną inspiracją Kuby [Oleksowa] na okładce nie widzę tu wpływów Mignoli. Okładka może lekko nawiązuje do gotyku i folkloru, ale środek to już czysty, wysokodestylowany noir.

Żabki kościotrupy są raczej symboliczne.

Żaba nie brzmi jak klasyczny mafijny boss. Brzmi trochę groteskowo, trochę obrzydliwie, trochę baśniowo. Co było pierwsze: przestępczy archetyp, zwierzęca metafora czy wizualny pomysł na przeciwnika?

TG: Zdecydowanie zwierzęca metafora. Żaby to w przyrodzie naturalni antagoniści ciem.

Poza tym zależało mi na mocnej posturze, zaczesanych do tyłu czarnych włosach i zielonym garniturze w paski. Początkowo myślałem, by Żaba nosił wąsy, ale chłopaki szybko wybili mi ten pomysł z głowy. Tomek i Kacper te dość ogólne koncepty pięknie ubrali w obraz, a słowo stało się ciałem.

Jak projektuje się żabiego przeciwnika, żeby nie był ani śmieszny, ani zbyt oczywisty?

Tomasz R. Borkowski (rysownik): Najbardziej oczywiste wydaje się narysowanie mu żabiego hełmu, ale wtedy trudno byłoby go brać na poważnie. Takie hełmy noszą bandyci z jego gangu, ale nie sam herszt. Do nich to akurat pasuje, odgrywają rolę kitowców tego świata (złoczyńcy z „Power Rangers” – przyp. red.) . Niby stanowią zagrożenie, ale są też dość niezdarni. Projektując Żabę, skupiliśmy się raczej na ogólnych cechach, jakie posiadają żaby i ropuchy. Po pierwsze – są dość brzydkie, więc i sam złoczyńca nie grzeszy urodą. Po drugie – są całe zielone i w różne wzorki, stąd zielony garnitur w paski, który uważam za najbardziej charakterystyczny wizualny element tej postaci. Może poza faktem, że jest szeroki jak trzydrzwiowa szafa.

Kacper Wilk (rysownik): Myślę, że Żaba kiełkował gdzieś z tyłu głowy od dłuższego czasu. Pomysł pojawił się w pierwszej kolejności w scenariuszu niezrealizowanej animacji „Żabie królestwo”, który rozwinął się w album. Postać Żaby jako silnego przywódcy, głowy rodziny mafijnej, stała się kluczowa dla całej historii. Jeśli chodzi o design, to jest to postać, która ma być zarówno potężna, ale jednocześnie bardziej przyziemna i realistyczna w stosunku do innych superbohaterskich złoczyńców. Zdecydowanie bliżej mu do Pingwina niż do Omni-Mana.

W opisie pada zdanie: „Słabe gatunki wymierają. Mocne wydają potomstwo”. To brzmi jak ideologia czarnego charakteru. Czy „Żabie królestwo” jest opowieścią o przemocy dziedziczonej jak majątek rodzinny?

TG: To po prostu filozofia darwinistyczna. Na przestrzeni kolejnych kadrów śledzimy cały życiorys Żaby. Od małej kijanki aż po dorodnego płaza. Zdaniem chłopaków, to najbardziej wielowymiarowa postać w uniwersum Ćmy. Motyw przemocy, tej dziedziczonej i nie, jest tu ważny. To najbardziej brutalny odcinek „Ćmy” do tej pory, ale ta przemoc jest tylko nośnikiem idei. Pełni bardzo ważną funkcję w tej opowieści.

Warszawa międzywojenna często bywa w popkulturze elegancka i sentymentalna. U ciebie wygląda raczej jak miejsce chore. Dlaczego?

TG: Gdy zajrzymy do warszawskich kronik policyjnych, znajdziemy masę informacji o zorganizowanej i niezorganizowanej działalności przestępczej, szczególnie z początku lat 20. To idealny czas (i miejsce) dla superbohatera.

Ale nie jest to cały wizerunek naszej Warszawy. To nie Gotham City. Starałem się przedstawić Warszawę nowoczesną, powojenną, słynącą z wystawnych bankietów i ogólnego ożywienia społecznego.

Na życzenie Tomka umieściliśmy w komiksie wielki splash przedstawiający naszą retrofuturystyczną Warszawę w pełnej krasie.

Gdzie przebiegała granica między inspiracją horrorem i noirem a ryzykiem, że komiks stanie się zbyt „mignolowy”?

KW: Nie wiem, czy dla mnie jest coś takiego jak komiks zbyt mignolowy (śmiech). Szczególnie patrząc po moim stylu i inspiracjach. Jest to zdecydowanie bardziej komiks noirowy i w swojej narracji raczej wykorzystuje cienie do umrocznienia realistycznej gangsterskiej opowieści niż do przestraszenia Czytelnika.

TG: Tu nie ma Mignoli!

Polski komiks superbohaterski często odbija się od ściany: Czytelnicy lubią ideę, ale rzadko masowo kupują takie rzeczy. Co musi mieć „Ćma”, żeby nie być tylko ciekawostką?

TG: Nie być komiksem superbohaterskim (śmiech). Świat Ćmy opiera się o trzy filary – noir, retrofuturyzm i pulpę. Facet w kostiumie jest tylko dodatkiem. Bardziej inspiruje mnie tu tradycja amerykańskich vigilantes w stylu The Shadowa niż takich klasycznych peleryniarzy. Co nie zmienia faktu, że lubię ten segment komiksowy. Uważam też, że superbohaterowie nie muszą być wyłącznie amerykańscy (czego świetnym przykładem wydawnictwo Vertigo czy tzw. brytyjska inwazja [zjawisko rosnącego wpływu brytyjskich twórców na komiks amerykański pod koniec lat 80. ub. wieku – przyp. red.]). Jestem dumnym batmaniarzem (uśmiech).

Seria „Ćma” długo funkcjonowała jako zeszytowy, półniezależny projekt. Czy przejście w większy album to naturalny rozwój, czy próba wyjścia z niszy, która w Polsce szybko zaczyna dusić twórców?

TG: Naturalna ewolucja, ale i przełamanie stagnacji. Chciałem, by każdy odcinek zeszytowej „Ćmy” był zamkniętym one-shotem, po który mogą sięgnąć nowi Czytelnicy. Ludzie traktowali to jednak jak numerowaną serię. Pojawiły się problemy z dostępnością niektórych zeszytów. Dodruk czy kolejne wydania nie wchodziły w grę. Część komiksiarzy czekała na zbiorówkę.

Dlatego teraz idziemy w 100-procentowe zamknięte albumowe one-shoty.

Nie macie wrażenia, że w Polsce łatwiej zdobyć sympatię środowiska niż realnego czytelnika, który kupi album?

TRB: Duże znaczenie ma marketing. Nawet najlepszy i najpiękniejszy komiks się nie sprzeda, jeśli ludzie nie będą o nim wiedzieć. „Ćma” jest już dość mocno znana w polskim komiksowie, ale żeby sprzedawać ogromne nakłady trzeba wyjść poza środowisko wyjadaczy komiksowych, tych „Trzystu Spartan”. Mangi w Polsce sprzedają się w takich nakładach, że małych twórców jak my zaczęłaby boleć głowa. To znaczy, że potencjalnych (bardziej casualowych) Czytelników komiksów jest w Polsce bardzo dużo. Staramy się robić, co możemy, żeby trafić do jak największej ilości z nich, czy to poprzez obecność na konwentach, social media, wywiady czy tradycyjne media jak radio i magazyny. Trzymamy kciuki, żeby nasza skromna maszyna marketingowa pozwoliła nam dotrzeć z „Żabim królestwem” do nowych Czytelników.

TG: Chyba mam odwrotne obserwacje. Czasami odnosiłem wrażenie, że po „Ćmę” sięgają wszyscy poza samymi komiksiarzami (śmiech). A tak poważnie – format zeszytowy, niestety, w środowisku nie jest zbyt mocno poważany. Kojarzy się raczej z gazetką niż pełnoprawnym dziełem. Stąd na każdym kroku dostawaliśmy pytania o wydanie zbiorcze.

Ja się z tą oceną nie zgadzam. Uważam, że zeszytówka to bardzo proautorska forma wyrazu, od której powinni zaczynać debiutanci.

Sporą część fandomu Ćmy stanowią entuzjaści (literackiej) fantastyki, ale i konwentowicze czy miłośnicy sztuk wizualnych. Czasem czytają nas także fani komiksów (puszcza oko).

Czy „Ćma” ma dziś większy problem z przebiciem się do Czytelników, czy z tym, że polski rynek komiksowy wciąż słabo nagradza autorskie serie, które nie są ani nostalgią, ani licencją?

TG: Myślę, że Ćma nie ma większego problemu z przebiciem się do Czytelników (czego dowodem choćby ruch na naszych socjalach i hype wokół Ćmy), ale rosnące koszty wydania sprawiają, że wciąż trzeba walczyć o nowych odbiorców, także tych pozakomiksowych. Dlatego stale prosimy Czytelników (naszych Ćmomaniaków!) o wsparcie.

Bazowanie na nostalgii samo w sobie nie musi być złe, o ile jest świadomą reinwencją, a nie kopią oryginalnego dzieła.

A czy pozwoliłbyś innemu scenarzyście napisać kiedyś „Ćmę”, tak jak inni autorzy pisali „Batmana” czy „Hellboya”?

TG: Nie, raczej nie (śmiech). Ledwo dogaduję się z rysownikami, a co dopiero z drugim scenarzystą (śmiech). A tak poważnie – obawiam się, że jest to zbyt autorska wizja, by powierzyć komuś pióro. Współtwórcami tego świata są sami rysownicy.

Pytanie więc do rysowników i kolorysty: na przykładowych planszach kolor nie wygląda jak dekoracja, tylko jak narracja. Kto wymyślił ten zielono-turkusowy, toksyczny klimat?

Adam Roziński (kolorysta): Kolory w tym albumie są naprawdę wyjątkowe i świetnie przemyślane. Ton oraz narracja tej historii wręcz narzucają taką paletę – już po zapoznaniu się z postaciami i fabułą oczywiste staje się, że „żabie królestwo” musi być ZIELONE! Jednocześnie album został pokolorowany bardzo ambitnie i niejednolicie, dzięki czemu łatwiej odnaleźć się w poszczególnych lokacjach oraz rozróżniać postacie – a tych jest tu całkiem sporo. Mimo tej różnorodności całość pozostaje jednak spójna wizualnie.

Mimo że z Tomkiem i Kacprem znamy się już całkiem dobrze, bardzo fajnie było spędzić więcej czasu z ich pracami i trochę na nowo odkryć ich styl oraz sposób rysowania. To ciekawe doświadczenie – kolorować nie swoją pracę, zatrzymać się na dłużej przy każdym kadrze, lepiej zrozumieć, jak został zaprojektowany, w jakiej kolejności powstawał i jakie decyzje podejmował rysownik.

Dzisiaj konsumujemy treści zdecydowanie za szybko – sam łapię się na tym podczas przeglądania social mediów – dlatego zachęcam wszystkich, żeby choć na chwilę zatrzymać się przy każdym kadrze, bo naprawdę jest tam wiele do odkrycia!

Jednocześnie to wielka odpowiedzialność [zupełnie jak w „Spider-Manie” (śmiech)] – kończyć czyjąś pracę – dlatego dzięki za zaufanie! Większość stron Tomek i Kacper pokolorowali bez mojego udziału; ja dołączyłem do projektu dopiero wtedy, gdy zaczęły gonić terminy i brakowało rąk do kolorowania.

TRB: Jeśli dobrze pamiętam, Tommy zaproponował ograniczenie się do zielonej palety barw na przestrzeni całego komiksu. Jak to często bywa, ograniczenia budzą kreatywność, więc smutniejsze sceny są bardziej turkusowe, mglista panorama Warszawy jest ogarnięta pastelową zielenią itd. Projekty postaci także musiały się bardzo mocno od siebie różnić, skoro każdy miał być zielony.

KW: Hmm, myślę, że przystaliśmy na ten ruch wspólnie. Tommy zaproponował go już na etapie początkowych prac nad pierwszą stroną zaprezentowaną w pyrkonowym wydaniu „CD-Action”. Kolor symbolizujący esencję osobowości Żaby, duszną atmosferę morderstw, zemsty i zła wciągającą nas do tego bagna.