„Ain’t no grave”. Recenzja komiksu

„Ain’t no grave”. Recenzja komiksu

Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda z filmów Sergio Leone wrzuconego do fantastycznej krainy mroku. Coś pomiędzy spaghetti westernem a koszmarem, który równie dobrze mógłby wyrosnąć z prozy Stephena Kinga. Brzmi jak dziwaczny eksperyment, a jednak właśnie coś podobnego dostajemy w „Ain’t No Grave”, najnowszym komiksie wydanym w Polsce przez Shock Comics - tytule tyleż prostym, co złowieszczym, który najtrafniej można rozumieć jako: „żaden grób mnie nie zatrzyma”.

Czy to kolejna pulpowa ballada o odkupieniu? Nic podobnego. To nie jest westernowy blockbuster narysowany z komiksowym rozmachem tylko po to, żeby czytelnik dostał kilka efektownych scen, trochę kurzu i kilka trupów więcej. Young i Corona prowadzą nas przez historię, w której stawką nie jest ocalenie świata, lecz rozpaczliwa próba oszukania tego, czego oszukać się nie da. I robią to tak, że po lekturze zostaje w człowieku nie ekscytacja, lecz ciężar. Prawdziwy, nieprzyjemny, osiadający gdzieś pod żebrami.


Główna bohaterka – Ryder - była kiedyś kimś, przed kim ludzie schodzili z drogi. Siała postrach w miasteczkach, napadała na banki, zabijała z zimną krwią. Była rewolwerowcem wyjętym spod prawa i najwyraźniej długo wierzyła, że z bronią w ręku można załatwić wszystko. Ten etap jednak świadomie zamknęła. Wybrała miłość, spokój i macierzyństwo. Odłożyła broń, by zbudować dom i spróbować życia, które nie pachnie prochem i przemocą.

Tyle że ten kruchy porządek zostaje brutalnie przerwany. Ryder dowiaduje się, że jej dni są policzone. Nadchodzi śmierć - nie metaforyczna, nie odległa, nie oswojona, tylko realna i bliska. Przerażona wizją utraty rodziny i tego resztkowego szczęścia, które udało jej się wyrwać losowi, podejmuje decyzję ostateczną. Odkopuje dawne „ja”, znów chwyta za rewolwery i rusza do Cypress, miasta na krańcu świata. Po co? Żeby zabić samą Śmierć, zanim ona zabierze ją. To punkt wyjścia tak bezczelny, że aż piękny - i na szczęście twórcy potrafią udźwignąć jego ciężar.

Czy ta misja okaże się udana, przekonacie się po przeczytaniu całej historii.

Skottie Young nie bawi się w długie ustawianie pionków na planszy. Uderza od razu, a narracja, podzielona na pięć rozdziałów (odpowiadających pięciu etapom żałoby według modelu Kübler-Ross) nadaje historii rytm, który rzadko pozwala czytelnikowi naprawdę odetchnąć.

Scenariusz nie służy tu jedynie jako pretekst do kolejnych strzelanin. Sedno tej historii tkwi gdzie indziej - w paradoksie, który napędza Ryder od pierwszej do ostatniej strony. Żeby ocalić miłość, dom i resztki siebie, musi ponownie sięgnąć po przemoc, z której kiedyś próbowała się wydostać. I właśnie w tym miejscu Young trafia najmocniej. Pisze oszczędnie, chwilami niemal ascetycznie. Tekstu jest niewiele, dialogów mało, klasycznej narracji prawie nie ma. Tę historię czyta się w obrazach, w spojrzeniach, w pauzach, w ciszy między jednym wystrzałem a drugim. Ale ta cisza wcale nie oznacza pustki. Wręcz przeciwnie, obrazy robią tu taki hałas, że długo nie dają spokoju.

A kiedy Young już decyduje się na słowa, zazwyczaj wie, po co to robi. W najlepszych momentach dialogi mają swoisty ciężar. Nie objaśniają emocji, tylko je dociskają. Szczególnie dobrze wypadają sceny, w których opowieść przestaje być historią o drodze i staje się historią o strachu - nagim, upokarzającym, ludzkim. Bardzo dobrze działają też retrospekcje. Nie są tu ozdobnikiem ani łatwym sentymentalnym chwytem. Przerywają podróż Ryder po to, by pokazać, kim naprawdę była i co tak naprawdę próbuje ocalić: nie tylko rodzinę, ale też własne wyobrażenie o sobie. Wspomnienia odsłaniają zarówno czułość, jak i brud, zarówno chwile niemal rajskie, jak i te, które bohaterka najchętniej wymazałaby z pamięci.

Young bardzo celnie odcina Ryder od chwalebnej mitologii. Nie robi z niej bohaterki do podziwiania, tylko kobietę z gruntu tragiczną. Jej wiara, że problem śmiertelności da się rozwiązać przy pomocy ołowiu, brzmi jak gorzki komentarz do amerykańskiego mitu broni jako ostatecznego arbitra sprawiedliwości. I może właśnie dlatego ten komiks działa tak mocno. Bo pod warstwą westernowej fantazji opowiada o czymś boleśnie znajomym: o człowieku, który w obliczu końca łapie się tego, co zna najlepiej, nawet jeśli to właśnie doprowadziło go kiedyś na skraj przepaści.

Warstwa graficzna stoi tu na wysokim poziomie. Jorge Corona nie rysuje realistycznie. I dobrze, bo ten świat potrzebuje czegoś bardziej nerwowego, bardziej rozchwianego, bardziej gorączkowego. Jego kreska jest pełna wszelakich emocji. Choreografia starć przypomina brutalny taniec - przemoc nie jest tu fetyszem ani ozdobą, tylko czymś nagłym, brudnym i zostawiającym ślad. Plansze płynnie przechodzą od monumentalnych, szerokich kadrów z piekielnie niepokojącymi pejzażami do zbliżeń niemal klaustrofobicznych, dusznych, jakby sama czerń chciała połknąć bohaterkę.

Corona świetnie rozumie, że w westernie przestrzeń nigdy nie jest tylko tłem. Tutaj przestrzeń mówi, grozi, osacza. Przypomina Ryder, jak mała jest wobec tego, z czym postanowiła się zmierzyć. Są w tym albumie znakomite dwustronicowe splashe. Budują napięcie, wzmacniają skalę, dopowiadają to, czego nie trzeba już ubierać w słowa. Ogromnie dużo daje też kolor Jean-François Beaulieu. Chłodne, trupie błękity i fiolety zderzają się tu z ogniem czerwieni oraz cieplejszymi tonami wspomnień, dzięki czemu kolor staje się pełnoprawnym narzędziem dramaturgii, a nie tylko estetycznym dodatkiem. Widowiskowość na szczęście przez cały czas idzie tu w parze z czytelnością.

Komiks czyta się szybko, ale nie dlatego, że jest lekki. Czyta się szybko, bo wciąga jak wir. Kadry są dynamiczne, akcja niesie opowieść do przodu, a jednocześnie pod tą wartkością cały czas pulsuje coś znacznie cięższego: lęk, rozpacz i wściekłość.

Czy to arcydzieło? Nie. Czy to komiks, który zostaje w głowie długo po odłożeniu? Raczej tak. W czasach, gdy mainstreamowe uniwersa superbohaterskie coraz częściej grzęzną w powtarzaniu samych siebie, a kolejne restarty i „nowe otwarcia” udają świeżość, „Ain’t No Grave” ma w sobie coś z ducha starych, najlepszych opowieści od Image Comics — autorskich, niepokornych, lepionych z potu, kurzu i bardzo osobistych obsesji. To nie jest tylko hołd dla Eastwooda czy całej westernowej mitologii. To historia o kobiecie, która sięga po broń nie po to, by ocalić świat, lecz po to, by wyrwać dla siebie jeszcze kawałek życia. I właśnie dlatego trafia tak celnie.

Jeśli lubicie komiksy mocno zakorzenione w westernie, ale otwarte na grozę, baśń i egzystencjalny niepokój, po „Ain’t No Grave” naprawdę warto sięgnąć. To historia brutalna, chwilami piękna, chwilami okrutna, ale przede wszystkim szczera w swoim bólu.

Informacje o komiksie
Tytuł „Ain’t no grave”
Wydawca Shock Comics
Scenarzysta Skottie Young
Rysownik Jorge Corona
Kolorysta Jean-François Beaulieu
Tłumacz Elżbieta Janota
Rok wydania 2026
Format 170x260 mm
Okładka miękka
Liczba stron 152 (kolor)
Cena okładkowa 73,99 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Read more

Dark Horse stawia na techno-thriller. „The Smart Division” od Zacka Kaplana i Johna J. Pearsona ruszy już w sierpniu!

Dark Horse stawia na techno-thriller. „The Smart Division” od Zacka Kaplana i Johna J. Pearsona ruszy już w sierpniu!

Dark Horse Comics zapowiedziało „The Smart Division”, nową miniserię science fiction autorstwa Zacka Kaplana i Johna J. Pearsona. Będzie to mroczny thriller kryminalny osadzony w świecie, w którym sztuczna inteligencja nie tylko wspiera codzienność, ale może też pomóc w popełnieniu zbrodni doskonałej. Zgodnie z oficjalną zapowiedzią wydawcy, seria wystartuje już

By Grzybek