„Codzienna walka”. Recenzja komiksu

„Codzienna walka”. Recenzja komiksu

Ilu z Was budzi się rano i przez krótką chwilę naprawdę zastanawia, co przyniesie nowy dzień? Ilu z Was wstaje z łóżka nie po to, żeby zdobywać świat, tylko po prostu jakoś przez ten świat przejść? Świata przecież nie zbawicie. Musicie natomiast poradzić sobie z własnym lękiem, z rachunkami, zmęczeniem, przemilczeniami, z tym wszystkim, co zbiera się w człowieku po cichu i z dnia na dzień robi się coraz cięższe. Zmagać się z ciałem, które czasem odmawia posłuszeństwa, z głową, która potrafi zamienić drobiazg w katastrofę, i z dorosłością, która potrafi przyjść nagle i już nie da spokoju. Jednym życie układa się trochę lżej. Inni każdy dzień muszą wyszarpywać. To właśnie jest codzienna walka.

Kiedy tylko widzę, że w Polsce ma ukazać się jakiś komiks Manu Larceneta, od razu zapala mi się czerwona lampka. Wyostrzam zmysły, rośnie moja ciekawość, pojawia się we mnie napięcie. Gdy ponad rok temu wydawnictwo Mandioca zapowiedziało wydanie „Codziennej walki”, skakałem z radości. Tak wysoko, że prawie uderzyłem głową w sufit, a potem boleśnie spadłem na ziemię. Mandioca miała z tym tytułem spore problemy, pojawił się duży poślizg w publikacji, a ludzie, którzy zamówili ten komiks w przedsprzedaży, nieraz zwyczajnie tracili cierpliwość. Na szczęście udało się dowieźć ten album do końca. I tym sposobem po raz kolejny zniknąłem w świecie Larceneta.

I, cholera, powiem Wam jedno: po raz kolejny dostałem po mordzie i po raz kolejny poczułem, że żyję.


Zanim przejdę do samej historii, kilka słów o tym albumie. Dzieło Manu Larceneta, za które odpowiada on zarówno jako scenarzysta, jak i rysownik, a które kolorystycznie współtworzył jego brat Patrice, należy do najważniejszych francuskich komiksów obyczajowych pierwszej dekady XXI wieku. Seria ukazywała się pierwotnie w czterech tomach, wydawanych przez wydawnictwo Dargaud w latach 2003–2008, i bardzo szybko zaczęła być traktowana jak coś więcej niż tylko kolejny dobrze przyjęty tytuł. Już pierwszy tom zdobył nagrodę dla najlepszego komiksu na festiwalu w Angoulême w 2004 roku. I trudno się temu dziwić, bo „Codzienna walka” to jeden z tych komiksów, które nie kończą się na ostatniej stronie. Zostają w człowieku na długo.

Na polskim rynku ten tytuł też ma swoją historię. Pierwsze wydanie zbiorcze ukazało się pod koniec 2016 roku nakładem nieistniejącego już Wydawnictwa Komiksowego i dla wielu osób było pierwszym spotkaniem z tym szczególnym światem Larceneta – cichym, melancholijnym, a przy tym boleśnie prawdziwym. Dziś komiks wraca w nowej edycji dzięki wydawnictwu Mandioca. To wydanie kompletne, starannie przygotowane i takie, które daje tej historii kolejną szansę, by poruszyć polskiego czytelnika. Dla jednych będzie to powrót po latach, dla innych pierwsze wejście w opowieść, która uderza swoją szczerością i emocjonalną prawdą.

Centralną postacią „Codziennej walki” jest Marco, trzydziestoletni fotograf, który po latach podróży i dokumentowania ludzkich tragedii próbuje znaleźć spokój oraz jakiś nowy sens życia na prowincji. To człowiek pełen lęków, ataków paniki i wewnętrznego rozedrgania. Ktoś, kto nieustannie zmaga się z własną tożsamością, własnym ciałem i poczuciem, że nigdzie do końca nie pasuje. Ucieka od miasta, od zawodowej presji, od dotychczasowego życia i szuka ukojenia w prostocie na głębokiej prowincji.

W jego życiu pojawiają się ludzie, którzy zaczynają naprawdę wiele zmieniać. Jest Émilie, lekarz weterynarii, która staje się dla niego jednocześnie kotwicą i lustrem – kimś, przy kim odbijają się jego słabości, lęki, potrzeby i tęsknoty. Ich związek, pełen czułości, ale też nieporozumień, niepewności i zwyczajnych trudów, staje się osią, wokół której Larcenet buduje opowieść o bliskości, intymności i o tym, jak trudne bywa budowanie wspólnej przyszłości. Powoli, mozolnie, uczy się zostawać. Zostawać z Émilie. Z rodziną. Z samym sobą.

Na wsi Marco nawiązuje też relację z Gilbertem Mesribesem, miejscowym starszym mężczyzną, który wolne chwile spędza nad wodą z wędką. To człowiek z pozoru sympatyczny, swojski, wręcz ujmujący, a jednocześnie ktoś, kto nosi w sobie bardzo mroczną przeszłość. Zresztą właśnie to jest jedną z najmocniejszych cech tego komiksu: Larcenet doskonale rozumie, że pod najbardziej zwyczajną twarzą, pod najspokojniejszym gestem, może siedzieć coś bardzo ciemnego, niewypowiedzianego, bolesnego.

Równolegle Marco musi konfrontować się ze starzejącymi się rodzicami. Szczególnie ważna jest tu postać ojca – dumnego, milczącego byłego stoczniowca, który zapada na Alzheimera i stopniowo traci pamięć, a wraz z nią nie tylko codzienne wspomnienia, ale też to, co głęboko schowane: ciężar przeżytego życia, doświadczenie pracy, milczenie całego pokolenia i mroczne echa wojny w Algierii. To jeden z tych wątków, które rozbijają człowieka od środka.

W międzyczasie poznajemy też relację Marco z bratem – jedną z tych najcenniejszych, bo zbudowaną z głupich żartów, dawnych wspomnień, wspólnej beztroski gier komputerowych i wypalonych razem blantów, ale też z czegoś dużo poważniejszego. Z więzi, której nie trzeba stale nazywać, żeby istniała. Z obecności, która potrafi ratować, nawet jeśli nikt nie ubiera jej w wielkie słowa.

Te wszystkie osobiste zmagania przeplatają się z próbą odnalezienia nowej drogi artystycznej. Marco próbuje na nowo znaleźć sens w fotografii. Nie w dramatycznych kadrach z frontu, nie w polowaniu na cudze tragedie, ale w czymś prostszym, bliższym, bardziej ludzkim.

W pewnym momencie decyduje się tworzyć portrety zwykłych ludzi – robotników ze stoczni, w której pracował jego ojciec. To poszukiwanie autentyczności, zarówno w sztuce, jak i w życiu, prowadzi go przez labirynt emocji, rozczarowań, zawahań i krótkich chwil ulotnego szczęścia. W tle tej historii pulsuje świat pracy, przemian gospodarczych, napięć społecznych, klasowej frustracji i starzenia się robotniczej Francji.

Larcenet z niezwykłą wrażliwością śledzi ewolucję Marco. Pokazuje mozolny proces dojrzewania, godzenia się z własnymi ograniczeniami, z kruchością ciała i duszy, i z tym, że życie nie zawsze daje odpowiedzi wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujemy. Ta historia rozwija się powoli, własnym rytmem, i z każdą kolejną stroną coraz mocniej otwiera przed nami świat ludzkiej egzystencji.

Dokładniejsze streszczanie „Codziennej walki” krok po kroku byłoby wobec niej pewną formą zdrady. Najważniejsze nie jest tu to, co się dzieje, tylko to, co dojrzewa pomiędzy wydarzeniami. To, jak zmienia się sposób patrzenia. Jak człowiek oswaja cudzą obecność. Jak powoli przestaje udawać przed samym sobą, że jeszcze nie dotarł do wieku decyzji, odpowiedzialności, choroby, straty. Życie tu po prostu przychodzi. Z rodzicielstwem. Z chorobą. Z pracą, która przestaje wystarczać. Z miłością, która nie jest już porywem, tylko codzienną próbą wytrzymania obok drugiego człowieka bez ucieczki.

„Codzienna walka” to przede wszystkim znakomite studium psychologiczne, wykraczające daleko poza ramy typowego komiksu obyczajowego. Larcenet z wielkim wyczuciem kreśli portrety bohaterów, których wiarygodność momentami aż boli. Bardzo duży nacisk kładzie na relacje międzyludzkie, na napięcia ukryte pod powierzchnią codziennych rozmów, na to wszystko, co najczęściej dzieje się w człowieku po cichu. Psychologiczne niuanse są tu oddane z taką precyzją, że czytelnik momentami ma wrażenie, jakby zaglądał bohaterom głęboko pod skórę.

Dialogi, choć często oszczędne, są niezwykle trafne i pełne niedopowiedzeń. Niosą rytm życia: nagłe dygresje, zakłopotanie, sytuacyjny humor, drobne uszczypliwości, przemilczenia cięższe od najbardziej wzniosłych deklaracji. Larcenet świetnie rozumie, że ludzie najczęściej nie mówią tego, co naprawdę przeżywają. Mówią obok. Krążą wokół sedna. Zasłaniają strach ironią. Przykrywają czułość wygłupem.

Autor nie ucieka od tematów ciężkich: choroby, śmierci, samotności, wypalenia, żałoby, kryzysu, pamięci, rodziny czy bliskości. Dochodzą do tego także społeczne skutki przemian gospodarczych. Najważniejsi pozostają jednak zawsze ludzie. Tacy, którzy próbują jakoś żyć, choć wszystko w nich i wokół nich zaczyna się chwiać. Którzy w obliczu codziennych trudów, kruchości istnienia i nieuchronnej straty próbują poskładać siebie na nowo. Niezgrabnie, z oporem, czasem dopiero wtedy, gdy jest już bardzo późno. Ale próbują. I właśnie to boli tutaj najmocniej.

W całym tym psychologicznym ciężarze Larcenet świetnie zestawia ze sobą komedię i tragedię. Mamy tu humor, i to naprawdę bardzo dobry. Potrafimy śmiać się z absurdalnych sytuacji, z bohaterów, z ich głupich odruchów, z tych wszystkich momentów, kiedy życie nagle robi się niezręczne i śmieszne. A potem dosłownie chwilę później przychodzi scena, która wbija człowieka w fotel i zostawia go z gulą w gardle. Istny emocjonalny rollercoaster.

Sposób, w jaki „Codzienna walka” została narysowana, stanowi jeden z najciekawszych dysonansów w tym albumie. Manu Larcenet operuje stylem, który na pierwszy rzut oka może wydawać się niepasujący do ciężaru tej historii. Jego kreska jest miękka, obła, lekko przerysowana, wręcz karykaturalna a postacie – z dużymi nosami i charakterystyczną fizjonomią – momentami przywodzą na myśl bardziej humorystyczne komiksy niż intymny dramat obyczajowy. Tyle że właśnie w tym tkwi siła tego zabiegu. Zderzenie pozornie lekkiej, niemal cartoonowej formy z druzgocącą emocjonalnie treścią sprawia, że ten ból wybrzmiewa jeszcze mocniej. Jeszcze boleśniej. Jeszcze prawdziwiej. Pokazuje, że człowiek jest jednocześnie śmieszny i tragiczny.

W „Codziennej walce” bardzo wiele rzeczy nie zostaje wypowiedzianych wprost. Najczęściej kryją się w spojrzeniach, opuszczonych ramionach, drobnych, nerwowych gestach, w ciele, które mówi więcej niż słowa. Larcenet znakomicie operuje pauzą i ciszą. Puste przestrzenie między kadrami, dłuższe zatrzymania na zamyślonych twarzach, sceny rozgrywane niemal bez dialogów – wszystko to wzmacnia ciężar tej opowieści i zostawia czytelnikowi miejsce na własny oddech, własne dopowiedzenia, własny niepokój.

Nie sposób pominąć też pracy Patrice’a Larceneta. Barwy subtelnie budują nastrój scen. Ciepło wnętrz, chłód pejzażu, miękkość codziennych przestrzeni, przygaszenie trudniejszych chwil – wszystko to wybrzmiewa czysto, spokojnie i bardzo prawdziwie.

Terapia grupowa. Manu Larcenet. Recenzja
Depresja i wypalenie zawodowe to bardzo mocne i ciężkie tematy. Częstokroć obie z tych przypadłości łączą się ze sobą. A co jeśli ich nosicielem staje się bardzo znany artysta komiksowy, a stworzenie komiksu o sobie staje się rozliczeniem oraz panaceum na ukryte zło obu schorzeń? Przed Wami jazda bez trzymanki.

Larcenet zrobił coś znacznie trudniejszego niż „ładny, poruszający komiks”. Opowiedział o życiu tak, że po lekturze człowiekowi robi się zwyczajnie cicho. Nagle pojawia się potrzeba, żeby zadzwonić do rodziców, póki jeszcze odbierają i pamiętają. Żeby spojrzeć inaczej na osobę, z którą się żyje. „Codzienna walka” brutalnie przypomina, że kiedy wszystko zaczyna się sypać, zostają nam przede wszystkim ludzie. Niedoskonali, męczący, poranieni. Ale nasi.

„Codzienna walka” nie jest komiksem dla każdego. To dzieło wymagające od czytelnika pewnej emocjonalnej gotowości, zgody na ciszę, na niedopowiedzenia, na własne lęki i na nieuchronność przemijania. To komiks dla tych, którzy rozumieją, że największy dramat nie zawsze ma postać katastrofy. Potrafi kryć się w najmniejszych, codziennych rzeczach.

Jeśli jesteście fanami historii Manu Larceneta i jakimś cudem jeszcze nie przeczytaliście „Codziennej walki”, to naprawdę nie ma na co czekać. Dla mnie to prawdziwa miazga.

Informacje o komiksie
Tytuł „Codzienna walka”
Wydawca Mandioca
Scenarzysta Manu Larcenet
Rysownik Manu Larcenet
Kolorysta Patrice Larcenet, Manu Larcenet
Tłumacz Paweł Łapiński
Rok wydania 2026
Format 240x320 mm
Okładka twarda
Liczba stron 248 (kolor)
Cena okładkowa 159,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.