„Asterios Polyp”. Recenzja komiksu

„Asterios Polyp”. Recenzja komiksu

Kilka lat temu kiedy wróciłem po bardzo długim okresie niebytu w Komiksowie postanowiłem obok codziennych nowości nadrobić zaległości w lekturze. Przeważnie wzrok leciał ku komiksom, które stały się klasykami. Wśród nich był jeden tytuł. Mityczny. Nie tylko przez greckie skojarzenia wpisane już w samo nazwisko bohatera, ale głównie dlatego, że cała masa ludzi o nim mówiła, a niewielu go czytało. Do tego nigdy nie ukazał się w Polsce. I wszystko wskazuje na to, że prędko się to nie zmieni.

Dlaczego? Bo z tego, co udało mi się ustalić, wydanie tego komiksu to nie jest zwykła robota pod tytułem: kupić licencję, przetłumaczyć, złożyć i wydrukować. Oryginalna edycja została pomyślana przez autora jako całość, w której znaczenie mają nie tylko fabuła i rysunek, ale też format, oprawa, papier, kolor i typografia. Sam album wydrukowano na papierze z recyklingu, a cała jego fizyczna forma została zaprojektowana z ogromną świadomością. Papier nie jest tutaj neutralnym nośnikiem. Wpływa na odbiór barw, ton całego wydania i jego fakturę.


Równie ważne pozostają kolorystyka i typografia. Mazzucchelli traktuje liternictwo nie jak techniczny dodatek, tylko integralną część narracji, a forma dymków i charakter pisma współgrają z osobowościami bohaterów. To oznacza, że taki album wymaga nie tylko tłumaczenia, ale również bardzo precyzyjnej adaptacji graficznej. W praktyce wydawca musiałby ponieść znacznie większe koszty składu, przygotowania plików, korekt, druku i kontroli jakości niż przy standardowym komiksie. I właśnie dlatego „Asterios Polyp” jawi się jako projekt prestiżowy, ale też zwyczajnie ryzykowny ekonomicznie. A szkoda.

Ja jednak nie odpuściłem. Postanowiłem wejść do labiryntu i złapać tego Minotaura za rogi. Skoro z angielskim radzę sobie całkiem nieźle, a komiks nie jest przecież rozprawą z filozofii bytu, zacząłem szukać sensownej oferty. Cena okładkowa potrafi wywołać lekki skurcz twarzy - pięćdziesiąt dolarów to nie są drobne - ale jak się okazuje, album da się kupić nowy za niewiele ponad sto dwadzieścia złotych, czasem nawet z darmową wysyłką.

Także Panie, Panowie – „ASTERIOS’a POLYP’a” mam i ja!

Autorem tej powieści graficznej jest David Mazzucchelli, którego chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Stał on m.in. za przełomowymi komiksami „Batman: Rok Pierwszy” oraz „Daredevil: Odrodzony”, gdzie odpowiedzialny był za rysunki. Omawiany przeze mnie komiks jest już w pełni autorskim dziełem artysty.

„Asterios Polyp” ukazał się w 2009 roku nakładem amerykańskiego wydawnictwa Pantheon Books i bardzo szybko wyrósł na jeden z najgłośniejszych komiksów swojego czasu. W 2010 roku, przy czterech nominacjach, zdobył trzy Nagrody Eisnera. Dodajmy do tego trzy Nagrody Harveya i pierwszą w historii Los Angeles Times Book Prize w kategorii „Powieść Graficzna”. Czy potrzeba więcej rekomendacji, by sięgnąć po ten tytuł?

Poznajcie Asteriosa Polypa – architekta, który skończył pięćdziesiąt lat. Człowieka uznanego, błyskotliwego i całkowicie zakochanego we własnym sposobie myślenia. Projektuje budynki, których nikt nigdy nie zbudował i pewnie nie zbuduje, bo są zbyt teoretyczne, zbyt czyste, zbyt doskonałe w swojej matematycznej konstrukcji, a przez to po prostu nieludzkie. Asterios nie patrzy na świat jak większość ludzi. Analizuje, dzieli, szufladkuje, porządkuje. Widzi rzeczywistość w binarnych opozycjach. Zero-jedynkowo. Albo coś jest funkcjonalne, albo stanowi zbędną dekorację.

I wtedy niebo postanawia sprawdzić jego teorię w najbardziej brutalny z możliwych sposobów. W dniu 50 urodzin Asteriosa piorun uderza w jego apartament, a całe sterylne, perfekcyjnie poukładane życie ginie w płomieniach. Asterios zostaje tylko z tym, co ma na sobie. I w sobie.

Można by się spodziewać, że człowiek jego formatu szybko stanie na nogi dzięki znajomościom, dawnym współpracownikom, kontaktom z uczelni i środowiska. Tylko że Asterios robi coś zupełnie innego. Postanawia zacząć od zera. Naprawdę od zera. Wsiada do pierwszego lepszego autobusu i jedzie jak najdalej. Najlepiej tam, gdzie nikt nie słyszał o dekonstruktywizmie, teorii formy i wielkiej sztuce.

Trafia do Apogee. Miejsca, w którym czas płynie jakoś wolniej, a zapach kurzu i smaru silnikowego wypiera woń manhattańskiej kawy i akademickiego zadęcia. Genialny profesor architektury ląduje w warsztacie samochodowym u Stiffa Majora - faceta prostego, rubasznego, twardo stojącego na ziemi, który ma w sobie więcej życiowej mądrości niż cała uczelniana kadra Polypa razem wzięta. Wielki Architekt zostaje prostym pomocnikiem mechanika samochodowego. Dysharmonia? Owszem. Zgrzyt? Jeszcze większy. I właśnie dlatego to działa.

Ale to nie przeszkadza Asteriosowi. Wręcz przeciwnie. Sytuacja, w której się znalazł pozwala mu odłożyć na bok swoje rozdmuchane do granic możliwości ego i zajrzeć w głąb siebie. Przeanalizować krok po kroku swoje życie, by narodzić się na nowo.

Mazzucchelli prowadzi tę historię dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy teraźniejszość Asteriosa: jego pobyt w małym amerykańskim miasteczku, próbę urządzenia się od nowa, zderzenie z ludźmi, którzy nie są zachwyceni jego erudycją i nie mają najmniejszego zamiaru padać przed nim na kolana. Z drugiej - wracamy do przeszłości. Do dzieciństwa. Do akademickiej kariery. Do kolejnych warstw pychy, które Asterios nakładał na siebie przez lata jak świetnie skrojone garnitury. I przede wszystkim do związku z Haną - od pierwszego spotkania aż po rozpad.

Hana jest niepewna siebie, ciepła, delikatna. Stanowi niemal całkowite przeciwieństwo chłodnego, geometrycznego, do bólu racjonalnego Asteriosa. Widzimy, jak ich orbity się przecinają, jak między nimi zaczyna iskrzyć uczucie, które wydaje się równie nieuchronne, co skazane na katastrofę. Opowieść meandruje między rodzącą się relacją, coraz głębszymi pęknięciami w małżeństwie a teraźniejszością, w której rozbity Asterios próbuje - być może po raz pierwszy w życiu - zbudować coś prawdziwego własnymi rękami. Nad wszystkim unosi się jeszcze duch Ignazia, zmarłego przy porodzie brata bliźniaka, który pełni od czasu do czasu rolę narratora. Spokojnego, zdystansowanego, chwilami wręcz bezlitosnego obserwatora, punktującego zza grobu błędy ocalałego brata.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa siła tego komiksu. W tej fabule nie chodzi tylko o to, co się wydarzyło. Chodzi o napięcie między wydarzeniem a samowiedzą. Każdy zwrot akcji - a jest ich tu kilka, niektóre bardzo subtelne, inne bolesne - ma znaczenie nie dlatego, że ma efektownie zaskoczyć, ale dlatego, że obnaża Asteriosa. Pokazuje człowieka, który umiał opisywać świat cudzymi kategoriami, lecz kompletnie nie umiał słuchać. Człowieka tak przywiązanego do własnej wizji siebie, że przez długi czas nie zauważył, jak bardzo już się rozsypuje. Komiks odsłania ten rozpad powoli.

Świat ukazany w albumie jest poligonem dla psychiki, filozofii i pychy. Asterios dzieli rzeczywistość na dwie połowy, a binarność staje się jego religią. Dla niego nie ma szarości. Nie ma chaosu, którego nie dałoby się zamknąć w eleganckim wzorze. Mazzucchelli bierze tę arogancję, tę pewność siebie, ten intelektualny pancerz i rozcina go krok po kroku.

Asterios przez lata obudował się słowami, teoriami i swoim akademickim statusem, ale kompletnie nie zostawił w tym miejsca dla drugiego człowieka. W relacji z Haną widać to aż za dobrze. To opowieść o tym, jak inteligencja i błyskotliwość mogą stać się czymś męczącym, przytłaczającym, a z czasem po prostu raniącym. On bez końca mówi, analizuje, tłumaczy świat po swojemu, a ona próbuje po prostu ten świat poczuć. On zajmuje coraz więcej miejsca, ona powoli usuwa się w cień. I właśnie to boli najbardziej.

Jest w tej historii także głęboki tragizm, momentami niemal grecki w swoim tonie. Zejście Asteriosa do nowojorskiego metra w poszukiwaniu utraconej miłości aż prosi się o odczytanie przez mit Orfeusza i Eurydyki. Tyle że tutaj Orfeusz ma tylko własne ego. I to właśnie ono okazuje się jego największym przeciwnikiem. Mazzucchelli nie oszczędza bohatera. Ani przez chwilę.

Autor konfrontuje nas z pytaniem o to, co zostaje z człowieka, gdy zabierze mu się wszystkie atrybuty statusu, wszystkie te zabawki, którymi się otaczamy, by zagłuszyć pustkę. Czy Asterios bez swoich książek, bez swojej katedry na uniwersytecie i bez swojego idealnie skrojonego garnituru w ogóle istnieje? Czy jest kimś więcej niż sumą swoich opinii? To jest świat przesycony symboliką, gdzie każdy przedmiot ma swoją wagę. Problematyka „Asteriosa Polipa” to walka o to, by przestać kategoryzować, a zacząć czuć. To opowieść o tym, jak bardzo potrafimy być ślepi na potrzeby najbliższych, chowając się za parawanem własnej genialności, własnego „ja”.

Wielką zaletą scenariusza jest również to, że temat męskości nie zostaje tutaj sprowadzony do banału. Asterios nie jest po prostu „złym facetem”. To produkt określonego sposobu myślenia o sobie i o świecie. Mężczyzna, który wierzy w hierarchie, klasyfikacje, wyższość rozumu nad uczuciem i formy nad miękkością. Jego dramat polega na tym, że ten porządek przez lata dawał mu poczucie sensu, a jednocześnie wypalał wszystko, co naprawdę żywe. To nie jest oskarżenie wygłaszane z ambony. To trafna, gorzka obserwacja: można być człowiekiem podziwianym, a zarazem duchowo okaleczonym.

„Asterios Polyp” jest też historią o spóźnionym rozpoznaniu. O tym jednym z najgorszych momentów w dorosłym życiu, kiedy człowiek zaczyna rozumieć własne błędy dopiero wtedy, gdy ich skutki dawno wyszły poza kadr. Nie ma tu sentymentalizmu. Nie ma łatwego oczyszczenia. Jest ciężar. Ten znajomy, dorosły ciężar świadomości, że niektórych rzeczy nie psuje się jednym ciosem, tylko latami — słowami, gestami, uporem, egoizmem, chłodem i zwykłym brakiem czułości. A kiedy wreszcie to pojmujesz, często okazuje się, że jest już bardzo późno.

Przechodząc do warstwy graficznej: ona naprawdę powala na kolana. Jasne, ilu czytelników, tyle opinii, ale mnie świat narysowany przez Mazzucchelliego po prostu poruszył.

Kreska jest tutaj podporządkowana psychologii. To widać od razu. Asterios bywa rysowany twardo, geometrycznie, ostrą linią, jakby składał się z prostych kątów, planów technicznych i konstrukcyjnych założeń. Hana przeciwnie - miękko, płynnie, organicznie. To nie jest estetyczny kaprys. To sposób myślenia obrazem o tym, kim są ci ludzie i jak wzajemnie siebie odbierają. W jednych scenach ich wizualne systemy niemal się zwalczają. W innych zaczynają się przenikać. I nagle okazuje się, że Mazzucchelli jednym przejściem linii potrafi opowiedzieć więcej o konflikcie dwojga ludzi niż niejeden prozaik w całym rozdziale.

Ogólnie w komiksie postacie narysowane są bardzo mocno psychologicznie, patrząc na nie możemy od razu poczuć z kim mamy do czynienia.

Podobnie jak kreska, tak kolory odgrywają w tej opowieści bardzo ważne znaczenie. Autor użył mocno zawężonej palety barw, dzięki czemu odbiór emocjonalny podczas czytania jest znacznie głębszy. Granie kolorami, konfrontacja barw zimnych z ciepłymi, to wszystko sprawia, że ten komiks żyje w czytelniku. I powiem Wam, że świat zamknięty w cyjanie, magencie i żółci potrafi być zdecydowanie piękniejszy, a przede wszystkim prawdziwszy, niż obraz tonący w pełnej palecie kolorów.

Oczywiśćie nie sposób tu wspomnieć o użytej typografii, różnego rodzaju czcionkach oraz strukturze plansz. Dynamika kadrów, liternictwo, które zmienia się wraz z tonem głosu postaci, wraz z ich nastrojem – to wszystko ma głębszy sens. Mazzucchelli nie popada tu w monotonię. To jest podręcznik tego, co można zrobić z komiksem. To wszystko sprawia, że ten komiks naprawdę jest wyjątkowy.

A skoro już opowiedziałem o wnętrzu, kilka słów trzeba poświęcić samemu wydaniu. Okładka jest twarda, surowa, toporna, wręcz celowo niekomfortowa w odbiorze. Dotykając kantów, ma się wrażenie, że ta rzecz za chwilę się rozsypie, choć przecież właśnie o taki efekt chodzi. Do tego obwoluta krótsza od okładki, odsłonięte elementy konstrukcji. Cała ta przedmiotowa „niedogodność” okazuje się częścią zamysłu. Wszystko zostało tu zaprojektowane od początku do końca z obsesyjną wręcz precyzją.

To jest komiks, który zmienia perspektywę. Po jego lekturze człowiek inaczej patrzy na wiele innych tytułów i nagle widzi, ilu rzeczy twórcy nawet nie próbują zrobić. Jak rzadko treść i forma naprawdę idą razem. Mazzucchelli zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko.

O wadach nie chcę się tutaj rozwodzić. Nie dlatego, że ich obiektywnie nie ma, tylko dlatego, że w moim odbiorze ten album po prostu rozłożył mnie na łopatki. Dosłownie. Nie tylko historią, ale i formą. David Mazzucchelli stworzył dzieło, które na nowo definiuje granice tego, czym w ogóle może być komiks.

„Asterios Polyp” nie był, nie jest i nie będzie komiksem dla każdego. To rzecz zdecydowanie dla dojrzałego czytelnika. I nie chodzi mi o metrykę, tylko o pewien rodzaj doświadczenia. Sam pewnie jako nastolatek uznałbym ten album za przeintelektualizowany, pretensjonalny i zwyczajnie męczący. Odbiłbym się od niego jak od ściany. Ale do niektórych historii trzeba po prostu dorosnąć. Trzeba trochę w życiu przeżyć, trochę spartaczyć, trochę stracić, żeby naprawdę usłyszeć, co autor chce powiedzieć.

Najbardziej szkoda mi chyba tego, że wielu polskich czytelników nadal obejdzie się smakiem i tej opowieści zwyczajnie nie pozna. Trzeba się pogodzić z tym, że rodzimej edycji raczej szybko nie dostaniemy. Ale jeśli język angielski nie jest dla Was trudny, to cholernie mocno Wam polecę Asteriosa. Kupcie, sięgnijcie, przeczytajcie. Wejdźcie w ten wspaniały świat wypełniony treścią i formą. Fantastyczne doznanie, które zostaje na długo po skończonej lekturze.

Informacje o komiksie
Tytuł „Asterios Polyp”
Wydawca Pantheon Books
Scenarzysta David Mazzucchelli
Rysownik David Mazzucchelli
Kolorysta David Mazzucchelli
Język angielski
Rok wydania 2009
Format 208x268 mm
Okładka twarda
Liczba stron 344 (kolor)
Cena okładkowa $50,00

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.