„Batman. Nowe Gotham. Tom 1”. Recenzja komiksu

„Batman. Nowe Gotham. Tom 1”. Recenzja komiksu

Po wielkiej katastrofie najtrudniejsze wcale nie jest samo przetrwanie. Najtrudniejsze zaczyna się wtedy, gdy ktoś przychodzi z miotłą, wiadrem farby, planem odbudowy i mówi: „no dobra, wracamy do normalności”. Tylko że normalność po takim doświadczeniu jest zupełnie innym wymiarem rzeczywistości. Można wprawić nowe szyby, przywrócić prąd, otworzyć komisariaty i ogłosić, że miasto znowu funkcjonuje. Papier wszystko przyjmie. Gorzej z ludźmi, którzy pamiętają, co robili inni, kiedy nie było już procedur, urzędów, policji i bezpiecznych powrotów do domu.

Po „Ziemi Niczyjej” Gotham nie jest więc po prostu miastem w remoncie. Jest miejscem, w którym katastrofa zostawiła podział na tych, którzy przetrwali ją od środka, i tych, którzy wracają dopiero po wszystkim, z kluczami w kieszeni oraz przekonaniem, że wystarczy odzyskać mieszkanie, żeby odzyskać dawne życie. I właśnie z tego napięcia wyrasta „Batman. Nowe Gotham – Tom 1”: z pytania, czy miasto można naprawdę odbudować, jeśli jego mieszkańcy patrzą na siebie jak na winnych, dłużników albo intruzów.

Egmont wydał u nas „Batmana. Nowe Gotham – Tom 1” jako naprawdę solidne wydanie zbiorcze, w którym znalazły się zeszyty „Detective Comics” #742–753 oraz miniseria „Batman: Turning Points” #1–5. To materiał będący bezpośrednią kontynuacją „Ziemi Niczyjej”.

Za najważniejszą część scenariuszową odpowiada Greg Rucka, a przy „Turning Points” pojawiają się również Ed Brubaker i Chuck Dixon. I czuć tu, że za sterami stoją autorzy, którzy lepiej odnajdują się w kryminale, napięciu i pracy na relacjach niż w pustym superbohaterskim hałasie. Graficznie najmocniej wybija się Shawn Martinbrough, wspierany m.in. przez Johna Watkissa, Phila Hestera, Williama Rosado czy Brada Radera, a charakterystyczny klimat tomu mocno podbijają kolory WildStorm FX. Polski przekład przygotował Tomasz Sidorkiewicz.

Fabularnie tom otwiera historia „Uczeni Polegli”. Gordon wraca do służby po osobistej tragedii, GCPD próbuje odbudować struktury, a Batman szybko widzi, że Gotham nie przestało być polem walki. Przestępczość nie zniknęła. Zmieniła adresy, układy i metody. Potem „Ewolucja” wrzuca do gry Ra’s al Ghula, Whisper A’Daire i konflikt między organizacjami przestępczymi, które próbują podzielić między siebie nowe-stare miasto. A wszystko toczy się wokół tajemniczej substancji.

Po tej większej intrydze tom zaczyna ciekawie zmieniać skalę. „Dwieście lat, Renee...” skupia się na Montoyi, jej urodzinach i prezencie prowadzącym do spotkania z osobą, z którą najchętniej nie miałaby już nic wspólnego. To jeden z tych rozdziałów, które pokazują, że Rucka najlepiej czuje Gotham wtedy, gdy schodzi z dachów do ludzi: na komisariat, do pokoju przesłuchań, do więziennych korytarzy. „Rewitalizacja miasta” bierze odbudowę bardzo dosłownie. Mamy zamachy bombowe na placach budowy, inwestycje Wayne Enterprises, polityczne napięcia i konflikt między tymi, którzy przetrwali „Ziemię Niczyją” na miejscu, a tymi, którzy wrócili dopiero po wszystkim. To bardzo mocny punkt tomu, bo za kryminalną zagadką siedzi społeczny brud: pretensje, pogarda, poczucie zdrady i próba zarobienia na cudzej katastrofie. Batman może prowadzić śledztwo, Gordon naciskać ludzi władzy, ale nikt jednym ruchem nie wyczyści tego, co przez miesiące wsiąkało w miasto.

„Uzależnienie” wraca do spraw Ra’sa i Whisper, ale ciekawsze od samego starcia jest tu to, jak łatwo śledztwo zaczyna ocierać się o obsesję. Batman niby kontroluje sytuację, niby trzyma się faktów, ale ta historia dobrze przypomina, że jego potrzeba doprowadzenia sprawy do końca też bywa czymś niebezpiecznym. „Spacer po parku” prowadzi nas z kolei do Robinson Park, gdzie Poison Ivy po wydarzeniach „Ziemi Niczyjej” stworzyła własną zieloną enklawę, zamkniętą przed resztą Gotham i chronioną razem z dziećmi, które znalazły tam schronienie. Miasto chce odzyskać park, władza pokazać sprawczość, Gordon zostaje wciśnięty między rozkaz a zdrowy rozsądek, a Batman musi wejść w sytuację, w której nie da się prosto powiedzieć: tu jest prawo, tu jest przestępstwo, tu jest porządek.

Na osobne miejsce zasługują „Przygody Copernicusa Denta”, czyli komiks w komiksie i jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy w całym zbiorze. Harvey Dent w Arkham tworzy własną historię, w której przetwarza siebie, Renee i Batmana przez filtr pulpowej, przerysowanej przygody. To zabawne, dziwne, miejscami wręcz absurdalne, ale pod spodem siedzi coś bardzo niepokojącego. Śmiech bierze się tu z formy, a ciężar z tego, że patrzymy na człowieka próbującego opowiedzieć własny rozpad tak, jak umie. I nagle ta groteskowa zabawa konwencją robi się jednym z najmocniejszych komentarzy do Two-Face’a, Montoyi i całej tej chorej relacji między nimi.

„Turning Points” działa już inaczej, bardziej jak emocjonalny aneks niż kolejna część tej samej kryminalnej układanki. Pięć historii przeskakuje przez kolejne momenty relacji Batmana i Gordona: od wczesnych, niepewnych sojuszy, przez wejście Robina do gry, rany po tragediach Barbary Gordon i Jasona Todda, czas, gdy pod maską Batmana stał Azrael, aż po powrót do konsekwencji „Ziemi Niczyjej”. Nie każdy rozdział uderza z taką samą siłą, ale jako dopowiedzenie do tomu ma to sens, bo przypomina, że Gordon nie jest tylko facetem od bat-sygnału. Jest drugim biegunem tej mitologii. Bez niego Batman nie byłby miejskim sojusznikiem. Byłby po prostu cieniem, który sam uznał się za prawo.

Jeśli chodzi o warstwę scenariuszową tych opowieści, tom jest nierówny, ale dobrze pomyślany jako większa całość. Rucka w głównej części stawia na kryminał, pracę śledczą i powolne zagęszczanie atmosfery, a Brubaker i Dixon w „Turning Points” dopowiadają emocjonalne zaplecze relacji Batmana z Gordonem. Tempo nie jest tu nastawione na ciągłą akcję, tylko na stopniowe odsłanianie kolejnych pęknięć w mieście i w samych bohaterach. Najlepiej wypadają momenty, w których nie trzeba wielkich deklaracji, żeby było jasne, ile każdy z nich niesie na plecach: Gordon jest zmęczony, Montoya coraz mocniej wysuwa się na pierwszy plan, a Batman częściej działa jak detektyw niż pomnik własnej legendy. Dialogi są krótkie, konkretne, często szorstkie, choć miejscami czuć jeszcze zeszytową manierę przełomu wieków. Całość najmocniej broni się klimatem: brudnym, kryminalnym, podszytym nieufnością i poczuciem, że Gotham po katastrofie nie tyle wraca do życia, ile próbuje nauczyć się funkcjonować z nowymi bliznami.

Graficznie „Nowe Gotham” najmocniej złapało mnie tym, jak konsekwentnie ucieka od typowej superbohaterskiej efektowności w stronę noir, kryminału i miejskiego chłodu. To nie jest album, który próbuje zachwycać wyłącznie dużymi kadrami z Batmanem wyskakującym z cienia. Owszem, takie momenty też tu są, ale dużo ciekawsze okazują się sceny spokojniejsze: rozmowy w biurach, puste pokoje, ciasne korytarze, twarze przecięte mrokiem, sylwetki ginące w czerni. Shawn Martinbrough nadaje głównej części bardzo mocny ton, ale dobrze czuć też pracę pozostałych rysowników, którzy wnoszą do tomu różne odcienie tej samej ponurej rzeczywistości. John Watkiss, Phil Hester, William Rosado, Brad Rader i inni nie rysują identycznie, więc przy tak obszernym zbiorze widać zmiany stylu, ale przez większość czasu nie rozbija to klimatu. Raczej pokazuje Gotham z kilku stron: raz bardziej ostro i kanciasto, raz bardziej klasycznie komiksowo, raz bardziej nerwowo i brudno.

Ogromną robotę robi kolorystyka WildStorm FX, bo to ona bardzo mocno spina wizualny charakter głównej części tomu. Te ograniczone palety, przygaszone tła i wybiórcze akcenty pomarańczu, zieleni, błękitu czy brudnych żółci tworzą kapitalny efekt. Kolor nie zalewa plansz, tylko pracuje punktowo: wyciąga twarz z mroku, podbija napięcie, prowadzi wzrok albo nagle zmienia temperaturę sceny. Dzięki temu Gotham nie jest po prostu „ciemne”, bo to byłoby za łatwe. Ono jest duszne, chłodne, miejscami toksyczne, a czasem rozświetlone w taki sposób, że robi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Najbardziej lubię właśnie ten moment, kiedy czerń, ostre kadrowanie i selektywny kolor zaczynają grać razem – wtedy ten komiks naprawdę pachnie starym kryminałem, mokrym asfaltem i papierosem gaszonym gdzieś pod komisariatem. A „Przygody Copernicusa Denta” dorzucają do tego zupełnie inną energię: przerysowaną, pulpową, celowo dziwaczną, trochę śmieszną, trochę chorą.

Najbardziej zadziałało na mnie to, że ten tom ma wyraźny klimat i przez większość czasu potrafi go utrzymać. Przy tak obszernym wydaniu łatwo byłoby rozbić całość na luźne epizody, które łączy głównie Batman na okładce. Tutaj czułem jednak, że wszystkie sprawy wyrastają z jednego miasta i z tej samej rany po „Ziemi Niczyjej”. Raz oglądam ją od strony policji, raz przestępców, raz ludzi próbujących wrócić do normalnego życia, raz kogoś, komu normalność już dawno rozsypała się w głowie. To sprawia, że „Nowe Gotham” ma ciężar, którego często brakuje superbohaterskim seriom. Nie chodzi tylko o to, kto komu przyłoży i kto kogo przechytrzy. Bardziej interesowało mnie to, co kolejna sprawa mówi o samym Gotham i o ludziach, którzy muszą w nim dalej funkcjonować.

Słabsze strony wynikają głównie z tego, że to jednak duży zbiór zeszytów, a nie jedna od początku do końca zamknięta powieść graficzna. Są fragmenty bardzo mocne, ale są też takie, które nie zostają w głowie na dłużej i po prostu prowadzą mnie do następnego etapu. Momentami czuć rytm miesięcznej serii: trzeba zamknąć pewien odcinek, przesunąć postacie, przygotować grunt pod kolejne wydarzenia. Wtedy kryminalny ciężar trochę słabnie, a historia robi się bardziej poprawna niż naprawdę wciągająca. Nie każda opowieść ma ten sam pazur, nie każda zmiana graficzna działa równie dobrze i nie każdy wątek dostaje tyle miejsca, ile bym chciał. Całości mi to nie przewróciło, ale dobrze przypomina, że „Nowe Gotham” jest bardzo udanym, lecz nierównym albumem.

Ostatecznie „Batman. Nowe Gotham - Tom 1” to bardzo dobry komiks i kawał solidnego Batmana dla tych, którzy wolą brudny kryminał od superbohaterskiej naparzanki. Ma swój klimat, charakter i kilka historii, które świetnie pokazują, dlaczego Gotham pozostaje jednym z najciekawszych miejsc w komiksowym świecie DC.

Cóż, pozostaje nam czekać na drugi tom serii.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Batman. Nowe Gotham. Tom 1"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Batman. Nowe Gotham. Tom 1”
Seria Batman: Nowe Gotham
Wydawca Egmont
Scenariusz Greg Rucka, Ed Brubaker, Chuck Dixon
Rysunki Shawn Martinbrough, Brad Rader, John Watkiss i inni
Kolory WildstormFX i inni
Tłumacz Tomasz Sidorkiewicz
Rok wydania 2026
Format 170x260 mm
Okładka twarda
Liczba stron 464 (kolor)
Cena okładkowa 199,99 zł

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.