„Tajemne życie Fernando Pessoi”. Recenzja komiksu

„Tajemne życie Fernando Pessoi”. Recenzja komiksu

Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy na dobre weszło w świat portugalskiego komiksu i zaprezentowało nam kolejny, jakże zaskakujący i interesujący tytuł - „Tajemne życie Fernando Pessoi”.

Kim był tajemniczy Pessoa? Fernando Pessoa był człowiekiem osobnym, zamkniętym w sobie i chyba znacznie swobodniej poruszającym się po świecie własnej wyobraźni niż w zwyczajnej codzienności. Portugalski poeta, tłumacz i publicysta fascynował się literaturą, filozofią, astrologią i okultyzmem (miał kontakt nawet z samym Aleisterem Crowleyem).

Jego największym znakiem rozpoznawczym stały się heteronimy - nie zwykłe pseudonimy, lecz stworzeni przez niego autorzy z własnymi biografiami, temperamentami, poglądami i stylem pisania. Alberto Caeiro, Ricardo Reis czy Álvaro de Campos byli na tyle odrębni, że potrafili komentować i krytykować nawzajem swoją twórczość, a nawet odnosić się do samego Pessoi. Powstał z tego niezwykły obraz człowieka, który zamiast budować jedną literacką osobowość, urządził sobie w głowie całe towarzystwo - i każdemu pozwolił mówić własnym głosem.

Ile nudnych dzieł biograficznych powstało po to, by pokazać życie jakiejś sławnej osoby, tego nie sposób zliczyć. André F. Morgado poszedł jednak w zupełnie innym kierunku i… dał Pessoi broń i wysłał go na misję zwalczania zła.

I tu wchodzimy w świat niesamowitej opowieści. Historia zaczyna się od rodzinnej tragedii. Po śmierci ojca, początkowo przypisywanej gruźlicy, mały Fernando otrzymuje list prowadzący do sekretu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Po latach, już w Lizbonie, wchodzi w świat tajnego stowarzyszenia zajmującego się eliminowaniem ludzi dotkniętych osobliwą zarazą. Zakażeni stopniowo tracą człowieczeństwo i przemieniają się w agresywne zombie. Reguły są proste i okrutne: znaleźć, upewnić się, zastrzelić, zanim choroba pójdzie dalej. Pessoa, którego znamy ze zdjęć jako chudego pana w kapeluszu i okularach, tutaj po zmroku ładuje broń i wykonuje wyroki. Skutecznie. Czy Fernando zdoła powstrzymać rozprzestrzeniającą się zarazę, przekonacie się po przeczytaniu całości.

Muszę przyznać, że Morgado kupił mnie swoim spojrzeniem na portugalską legendę. Bo przecież sam pomysł na Pessoę polującego na zombie brzmi jak coś, co mogło się skończyć kompletną katastrofą. Tani żart, literacka ciekawostka rozciągnięta na kilkadziesiąt stron albo kolejna wariacja z cyklu „znana postać kontra potwory”. Tymczasem scenarzysta bardzo szybko pokazał, że wcale nie chodzi mu o to, żeby pośmiać się z poety z pistoletem. Cała ta pulpa, tajne stowarzyszenie i zaraza służą opowiedzeniu czegoś znacznie ciekawszego o samym Pessoi.

Najciekawsze jest to, jak Morgado wykorzystał jego heteronimy. Nie wrzucił ich do opowieści tylko dlatego, że są najbardziej rozpoznawalnym elementem twórczości Portugalczyka. Zbudował wokół nich własną, fantastyczną teorię, która z czasem zaskakująco dobrze pasuje do tego, co dzieje się z bohaterem. Każde spotkanie, każdy wykonany wyrok i każdy człowiek, którego Fernando poznaje przed jego śmiercią, zostawia w nim jakiś ślad. I nagle te wszystkie cudze głosy, życiorysy i osobowości przestają wyglądać jak literacka zabawa. Zaczynają przypominać sposób radzenia sobie z tym, czego nie da się już cofnąć.

W tym momencie historia przestałą być dla mnie tylko fajnym komiksem z absurdalnie dobrym pomysłem. Zacząłem patrzeć na niego jak na historię o pamięci, poczuciu winy i o tym, ilu innych ludzi człowiek potrafi w sobie nosić. Morgado nie próbuje oczywiście wmówić nam, że właśnie odkrył prawdziwe źródło heteronimów Pessoi. Bawi się jego biografią, dopowiada białe plamy i splata fakty z fantazją tak, żeby jedno zaczęło podejrzanie dobrze pasować do drugiego. A ja takie zabawy uwielbiam, zwłaszcza kiedy po kilku stronach zastanawiam się, gdzie kończy się prawdziwy Pessoa, a zaczyna ten wymyślony przez scenarzystę.

Co ważne, autor bardzo dobrze pilnuje, żeby całość nie zamieniła się w wykład z historii literatury. Są tu odniesienia, cytaty, prawdziwe postacie i wydarzenia, ale ani przez chwilę nie czułem się jak na lekcji portugalskiego modernizmu. Najpierw wciąga sama opowieść. Dopiero później pojawia się ciekawość, żeby sprawdzić, ile z tego wydarzyło się naprawdę. Zamiast tłumaczyć nam Pessoę, Morgado sprawił więc, że po prostu chce się o nim dowiedzieć więcej.

Do tej lekko szalonej historii Alexandre Leoni dobrał mocno umowną, chwilami niemal karykaturalną kreskę. Wydłużone sylwetki, przerysowane twarze, duże dłonie i charakterystyczne białe szkła okularów Pessoi sprawiają, że bohater od początku wydaje się trochę obcy, jakby część jego samego wciąż pozostawała gdzieś poza kadrem. Szczególnie podobało mi się to, że Leoni nie poszedł w dosłowny horror - dzięki temu zombie potrafią być niepokojące, ale komiks nie zamienił się w pokaz wyprutych flaków.

Leoni prowadzi plansze czytelnie, bez zbędnych wygibasów. Spokojniejsze sceny opiera na prostych kadrach, a kiedy zaczyna się atak albo strzelanina, tempo narracji gwałtownie przyspiesza: pojawiają się większe zbliżenia, bardziej dynamiczne perspektywy i wyraziste onomatopeje. Do tego dochodzą brązy, fiolety, ciężka czerń i trupie błękity zakażonych, nadające całości klimat dziwnego, nocnego snu. Dla mnie sprawdziło się to bardzo dobrze - zamiast realizmu dostaliśmy świat lekko odklejony od rzeczywistości, ale właśnie przez to idealnie pasujący do Pessoi.

Bardzo ważne jest to, że znajomość twórczości Pessoi nie stanowi tu żadnego progu wejścia. Morgado potrafi zainteresować nim nawet kogoś, kto wcześniej miał z portugalskim poetą tyle wspólnego co zombie z dietą pudełkową. Komiks skutecznie rozbudza ciekawość i zachęca, żeby po lekturze samemu pogrzebać głębiej. Scenarzysta nie traktuje przy tym czytelnika jak ucznia na lekcji literatury - daje mu fabułę, emocje i zagadkę, a wiedzę przemyca przy okazji. Bardzo cenię też fakt, że twórcy nie boją się ryzyka. Biorą postać otoczoną kulturową powagą i pozwalają sobie na zabawę, nie robiąc z niej przy tym kabaretu.

Największy problem miałem natomiast z tym, że Morgado upchnął tutaj więcej pomysłów, niż objętość albumu pozwala spokojnie rozwinąć. Kilka postaci pojawia się tylko na chwilę, niektóre relacje aż proszą się o dodatkowe sceny, a pewne wydarzenia kończą się szybciej, niż zdążą naprawdę wybrzmieć. Przydałoby się więcej oddechu i kilka dodatkowych stron, żeby emocje miały czas osiąść, zanim narracja ruszy dalej. Nie rozwala to całości, ale zostawiło mnie z poczuciem, że dostałem bardzo dobry komiks, który przy nieco większej objętości mógłby wejść poziom wyżej. Najnormalniej w świecie - niedosyt.

Po przeczytaniu całości miałem przede wszystkim jedną myśl: cholera, ktoś naprawdę wpadł na pomysł, żeby zrobić z Pessoi pogromcę zombie - i jeszcze wyszedł z tego sensowny komiks. Nie jest to wielkie objawienie ani arcydzieło na miarę samego poety, ale bardzo przyjemna, inteligentna i momentami naprawdę przewrotna zabawa jego legendą.

I chyba właśnie tak najlepiej do tego podejść. Nie jak do biografii, nie jak do lekcji literatury, tylko jak do szalonego „a co, jeśli…?”, które ktoś potraktował zaskakująco serio. Pessoa pewnie miałby na ten temat własne zdanie. A właściwie kilka. I coś mi mówi, że przynajmniej jedno z nich byłoby potwierdzeniem jakości i solidności.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Tajemne życie Fernando Pessoi"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Tajemne życie Fernando Pessoi”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta André F. Morgado
Rysownik Alexandre Leoni
Tłumacz Jakub Jankowski
Rok wydania 2026
Format 170x240 mm
Okładka twarda
Liczba stron 88 (kolor)
Cena okładkowa 69,00 zł

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Obserwuj Blog o komiksach w Google