„Białe Volvo”. Recenzja komiksu
Jak często sięgacie po komiks, który po przeczytaniu sprawia, że macie w głowie totalny mindfuck? Tak naprawdę nie wiecie, co właśnie przeczytaliście a treści, obrazy i wszystko co z nimi związane dopiero zaczyna być powoli trawione w waszym umyśle, by wrócić po jakimś czasie z krótką myślą „Ja, pi***ę…”. Tak właśnie mogę przekazać wam moje reakcje na niedawno wydany przez wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy komiks „Białe Volvo” Erika Svetofta.
Pamiętam, że jego poprzednie dzieło „SPA” bardzo mocno zaburzyło moje myślenie i odbiór, ale w najnowszym komiksie Svetoft wszystko potęguje jeszcze bardziej i dostajemy świetne połączenie thrillera z horrorem polane ostrym sosem absurdu.
Najpierw towarzyszył mi śmiech. Taki głupi, krótki, trochę zawstydzający, bo jeszcze nie wiedziałem, że właśnie wszedłem w cudzy koszmar i zaraz nie będzie wypadało się śmiać. Erik Svetoft zrobił w „Białym Volvo” rzecz niezwykle podłą: podsuwa nam groteskę, absurdalne zachowania, dziwaczne twarze, jakieś biurowe tik-taki codzienności, a potem powoli dokręca śrubę. I nagle okazuje się, że to, co przed chwilą wyglądało jak żart, było raczej objawem choroby. Bardzo zaawansowanej.
Po „SPA” autor wraca do swojego dziwnego, chorego uniwersum, ale nie robi powtórki z poprzedniej książki. Tam mieliśmy luksusowy ośrodek odnowy biologicznej, który stopniowo zamieniał się w cuchnące, cielesne piekło. Czerń, biel, wilgoć, czarna maź, ciała rozłażące się pod ciężarem własnych pragnień i kompleksów. „SPA” było koszmarem zamkniętym w czterech ścianach, satyrą na bogactwo i obsesję oczyszczania, która kończyła się całkowitym zabrudzeniem człowieka. „Białe Volvo” jest inne. Chłodniejsze. Bardziej rozproszone. Mniej mięsne, bardziej nerwowe. Jakby tamta infekcja wyszła z kurortu i rozlała się po kraju: po fabrykach, biurach, hotelowych recepcjach, ulicach, zapleczach i głowach ludzi, którzy wciąż próbują zachowywać się normalnie, choć normalność już dawno straciła rację bytu.




Po przejściu przez pierwsze tajemnicze strony związane z jakimś zespołem à la męska ABBA fabuła prowadzi nas do fabryki, w której dochodzi do wypadku. To pierwsze pęknięcie w świecie przedstawionym. Zaraz potem następuje zamach na jednego z najważniejszych przedsiębiorców w kraju. Sprawca bez twarzy znika w zaułku, za nim rusza ochroniarz, a z miejsca zdarzenia odjeżdża białe volvo.
Wokół tej głównej osi autor rozstawia postacie i wątki, które z początku wyglądają jak absurdalne dygresje. Specjalnie nie zdradzę Wam szczegółów, żeby nie psuć odbioru i przyjemności z odkrywania tego świata. Powiem tylko, że to, z czym się zetkniecie, potrafi naprawdę mocno przestawić coś w głowie. Zdradzę jeszcze, że niektóre postacie występujące w „SPA” pojawiają się również w „Białym Volvo”.
Niepokój rodzi się tu z narastającego rozszczelnienia rzeczywistości. Najpierw śmiejemy się z dziwactw. Z groteskowych ludzi, z absurdalnych sytuacji, z tej suchej, chorej komedii. A potem śmiech zaczyna się zacinać. W „Białym Volvo” absurd nie jest oddechem od grozy. Jest jej częścią. Człowiek w tym świecie nie traci rozumu w wielkim, dramatycznym geście. Po prostu dalej wykonuje swoje rytuały, mówi normalnym tonem i zajmuje się drobiazgami, podczas gdy coś pod spodem zaczyna gnić.
I tu powraca echo „SPA”. Nie jako prosta kontynuacja, nie jako odcinanie kuponów od poprzedniego sukcesu, ale jako rozwinięcie tej samej wizji rzeczywistości. Jeśli czytaliście „SPA” — a powinniście, bo to jeden z najmocniejszych komiksów ostatnich lat — wiecie już, czego się spodziewać, i jednocześnie nie macie pojęcia, co tak naprawdę dostaniecie. Twórcę interesuje świat, w którym systemy obiecujące bezpieczeństwo, komfort i kontrolę same zaczynają produkować rozpad. W „SPA” był to system luksusu, relaksu i cielesnej odnowy. W „Białym Volvo” to już szerszy mechanizm: przemysł, biznes, usługi, społeczne role, biurowe zachowania, cała fasada uporządkowanej nowoczesności. Tam ciało ciekło i puchło. Tutaj puchnie podejrzenie.
Warstwa graficzna „Białego Volvo” jest brzydka, ale nie byle jak. To brzydota wypracowana, konsekwentna, potrzebna tej historii jak zły zapach w zamkniętym pomieszczeniu. Rysownik deformuje ludzi, ale nie zamienia ich w klasyczne potwory. Zostawia im garnitury, fryzury, zawodowe miny, codzienne gesty i całą tę małą scenografię społecznej normalności, a jednocześnie pokazuje ich tak, jakby pod spodem coś już miękło, puchło i po cichu się rozkładało. W tym tkwi absurdalna siła tej grozy: człowiek wygląda jeszcze jak pracownik, menedżer, ochroniarz albo recepcjonistka, ale zarazem jak ktoś, komu ciało i twarz zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Dzięki temu nawet najdziwniejsze sceny nie uciekają w czystą fantazję. Przeciwnie, zostają nieprzyjemnie blisko codzienności i podważają jej pozorną stabilność. Śmiech pojawia się tu odruchowo, ale szybko więźnie w gardle, bo ta karykatura za bardzo przypomina coś znajomego. To świat, który nie runął spektakularnie, tylko po cichu zaczął tracić ludzki kształt.




Kolorystycznie „Białe Volvo” od razu odcina się od czarno-białego „SPA”. Tam cały ciężar rozkładu opierał się na kresce, plamie, kontraście, fakturze i dusznym poczuciu, że coś gnije pod powierzchnią luksusowego ośrodka. Tutaj dochodzi kolor, ale właściwie jeden kolor: niebieski, rozpisany na różne odcienie chłodu, siności, zmęczenia i martwego światła. Dzięki temu „Białe Volvo” nie powtarza klaustrofobicznego brudu poprzedniego albumu, lecz buduje własny rodzaj niepokoju: mniej cielesny, bardziej wyziębiony i paranoiczny. Jakby świat nie tyle gnił na naszych oczach, ile stopniowo tracił temperaturę życia, a mimo to nadal udawał, że wszystko działa normalnie.
Świetnie wypada też praca ciszą. Wiele plansz obywa się bez dialogów, ale nie oznacza to pustki. Przeciwnie, właśnie tam napięcie zaczyna pracować najmocniej. W tych niemych fragmentach czytelnik nie dostaje wyjaśnień, tylko przestrzeń do niepokoju. Patrzy na twarze, gesty, pomieszczenia, samochód, korytarz, przypadkowe detale i sam zaczyna dopowiadać sensy. A im dłużej to robi, tym bardziej czuje, że został wciągnięty w ten sam paranoiczny rytm, którym oddycha cała historia.
Najlepsze w scenariuszu jest to, że autor potrafi utrzymać uwagę mimo świata, który co chwilę próbuje wymknąć się spod kontroli. To trudna sztuka, bo przy takiej dawce absurdu łatwo przesadzić i zamienić całość w popis dziwactwa dla samego dziwactwa. Tutaj jednak nawet najbardziej niedorzeczne sceny mają swój rytm, ciężar i miejsce w narastającym poczuciu osaczenia. Twórca świetnie wyczuwa moment, w którym trzeba przyspieszyć, kiedy zostawić czytelnika w ciszy, a kiedy wrzucić coś tak głupio-niepokojącego, że człowiek najpierw prycha śmiechem, a po chwili zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie się zaśmiał. Dzięki temu „Białe Volvo” nie rozpada się pod ciężarem własnej osobliwości. Przeciwnie, im dłużej trwa ta jazda, tym mocniej czuć, że nad chaosem panuje pewna ręka.

Największy problem „Białego Volvo” polega na tym, że chwilami komiks tak mocno wierzy w siłę własnego odchylenia, że nie zawsze pamięta o czytelniku. To nie jest zarzut o brak prostoty, bo ta historia z definicji nie ma być prosta. Chodzi raczej o momenty, w których narracja zaczyna dryfować od jednej osobliwości do drugiej i przez chwilę bardziej podziwiamy konstrukcję dziwności, niż naprawdę w niej toniemy. Niektóre epizody są świetne same w sobie, ale w całości potrafią osłabić napięcie zamiast je zagęszczać. Album gra na granicy fascynacji i zmęczenia, i czasem ją przekracza. Dlatego może zachwycić pomysłem, klimatem i konsekwencją, a jednocześnie zostawić wrażenie, że pod spodem brakuje mocniejszego emocjonalnego zaczepienia. Nie postaci do lubienia, tylko kogoś albo czegoś, co pozwoliłoby przeżyć ten obłęd głębiej, a nie wyłącznie obserwować go z rosnącym zdumieniem.
Ale chyba właśnie dlatego ta rzecz jest tak ciekawa. „Białe Volvo” nie tworzy zagadki po to, żeby ją grzecznie rozwiązać. Tworzy zagadkę jako stan umysłu. Pokazuje, jak łatwo człowiek zaczyna widzieć powiązania tam, gdzie być może ich nie ma, i jak przerażająca bywa myśl odwrotna: że powiązania istnieją, tylko nigdy nie dostaniemy do nich pełnego dostępu. W tym napięciu między absurdem a spiskiem, między śmiechem a obrzydzeniem, między przypadkiem a ukrytym porządkiem, album znajduje własny język grozy. Nie zawsze przyjemny. Często irytujący. Ale zdecydowanie osobny.
„Białe Volvo” to komiks, który wymaga od czytelnika czasu i zaangażowania. To prawdziwe wyzwanie. Autor rzuca nam w twarz absurd, obrzydzenie i paranoję, pytając: co z tym zrobisz? Czy odwrócisz wzrok, jak wszyscy w tej historii?




Czy zanim sięgniecie po opisywany komiks, musicie najpierw zapoznać się ze „SPA”? Niekoniecznie, choć dobrze zrobić sobie taki podkład i przygotować się na to, co czeka w najnowszym dziele autora. Jeśli „SPA” było diagnozą choroby, nowa opowieść jest kroniką jej terminalnego stadium. Zdecydowanie nie jest to lektura dla każdego, ale ci, którzy szukają w grozie narracyjnej odwagi, absurdu i bezkompromisowego body horroru, znajdą tu rzecz wyjątkowo mocną. Ta podróż nie ma szczęśliwego finału, a najstraszniejsze jest to, że siedzimy na miejscu pasażera.
Swoją drogą dawno nie widziałem już na ulicach białego volvo… Aż strach się bać, co będzie, gdy napotkam takie gdzieś wieczorem na jakiejś bocznej ulicy.
Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
