"Dwie nagie dziewczyny". Luz. Recenzja komiksu

"Dwie nagie dziewczyny". Luz. Recenzja komiksu

Widzisz okładkę komiksu. Żołnierze ze swastyką. Tytuł: „Dwie nagie dziewczyny”. Autor – niejaki Luz. Zestaw, który na pierwszy rzut oka wydaje się co najmniej niepokojący. Może nawet mylący. Bo nic tutaj nie zapowiada tego, z czym za chwilę przyjdzie się zmierzyć.

A prawda jest taka, że to jedna z tych historii, które nie uderzają od razu. Najpierw tylko patrzysz. Dopiero po chwili zaczynasz rozumieć.

Ale żeby zacząć w ogóle mój wywód, zacznijmy najpierw od autora. Rénald Luzier, czyli po prostu Luz, to znany francuski artysta, który zamieszczał swoje prace m.in. we francuskim tygodniku Charlie Hebdo. To artysta, który dziwnym zrządzeniem losu, przez przypadek uniknął tragicznej masakry w redakcji w 2015 roku. Spóźnił się do pracy. To spóźnienie ocaliło mu życie, ale zepchnęło go w otchłań niewyobrażalnej traumy, poczucia winy ocalałego i głębokiego kryzysu twórczego. Człowiek, który przez lata żył z rysowania i obśmiewania absurdów świata, nagle stanął twarzą w twarz z jego najczarniejszym obliczem. Jak po czymś takim wziąć do ręki ołówek?


Luz przez lata poszukiwał swojego odrodzenia, aż w końcu zainteresowany pewnym obrazem Otto Muellera postanowił zrobić komiks o… dziele sztuki.

Francuskie wydawnictwo Albin Michel wypuściło to dzieło jesienią 2024 roku, a w Polsce dostajemy je dzięki niezawodnemu wyczuciu wydawnictwa Kultura Gniewu.

„Dwie nagie dziewczyny” to nie jest zwykły komiks historyczny. To pomnik. To triumf pamięci nad zapomnieniem, uhonorowany zresztą najważniejszym europejskim laurem – prestiżową nagrodą Fauve d'Or za najlepszy album na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angoulême w 2025 roku oraz nagrodą krytyków ACBD. Ciekawostką jest fakt, że Luz spędził lata na badaniach archiwalnych, tropiąc losy jednego, konkretnego płótna, by uświadomić nam przerażającą prawdę: przedmioty, w przeciwieństwie do ludzi, są nieśmiertelne. Widzą wszystko. Czasami przeżywają swoich oprawców.

A o czym jest fabuła niniejszego komiksu? Cóż autor mocno nas zaskakuje już od samego początku.

Wyobraź sobie, że jesteś przykuty do jednego miejsca. Nie możesz krzyczeć, nie możesz uciec, nie możesz odwrócić wzroku. Zostajesz powołany do życia w 1919 roku, w gęstym, przesiąkniętym wilgocią lesie na obrzeżach Berlina. Nad tobą pochyla się Otto Mueller, niemiecki malarz ekspresjonista. Jego pędzel z czułością i furią nanosi na ciebie kształty dwóch ciał. Tak zaczyna się ta historia. Luz decyduje się na zabieg radykalny i genialny w swojej prostocie – głównym bohaterem, a zarazem jedynym punktem widzenia (niemal jak w grach FPP lub w eksperymentalnym kinie), jest sam obraz.

Fabuła płynie w rytm uderzeń serca XX wieku, ale my obserwujemy ją wyłącznie z perspektywy dzieła sztuki. Po narodzinach w plenerze i krótkim pobycie w pracowni, trafiamy do eleganckiego, mieszczańskiego salonu. Kupuje nas żydowski kolekcjoner sztuki. Dni mijają leniwie. Zmieniają się meble, zmienia się moda gości pijących herbatę, słychać śmiech, dyskusje o kulturze i sztuce. Widzimy to wszystko przez pryzmat fragmentu pokoju i okna majaczącego w tle. Sielanka.

A potem przychodzi mrok.

Dynamika tej opowieści opiera się na narastającym, pełzającym przerażeniu. My – czytelnicy – uwięzieni w ramach obrazu widzimy, jak goście salonu stają się coraz bardziej nerwowi. Jesteśmy świadkami narodzin nazistowskiej Rzeszy. Zostajemy brutalnie zerwani ze ściany. Podróżujemy w ciemnościach, w bydlęcych wagonach, wrzuceni między inne stłamszone arcydzieła, by ostatecznie trafić w 1937 roku do Monachium, na niesławną wystawę „Sztuki zdegenerowanej”. Zostajemy powieszeni nisko, tuż nad podłogą, celowo wyeksponowani na kpiny, splunięcia i pogardliwe spojrzenia odwiedzających nas dygnitarzy. Luz mistrzowsko gra tu napięciem. Nie wiemy, czy za chwilę nie spłoniemy na stosie. Przeżywamy konfiskaty, licytacje, zmiany właścicieli. Jesteśmy świadkami grabieży kulturowej na niewyobrażalną skalę, będąc rzucanymi z rąk do rąk niczym bezwartościowy łup, a jednocześnie milczącym archiwum zbrodni.

Historia płynie dalej. Wojna. Powojnie. Rynek sztuki. Muzea. Nowi ludzie. Nowe konteksty. Stare rany.

A obraz? Wciąż tam jest.

I patrzy. A my razem z nim.

I tak się toczy ta dziwna historia aż do finału. I naprawdę warto wejść w tą opowieść i stać się tytułowym obrazem, przeżyć to wszystko i poczuć. Po prostu poczuć.

Są tu postacie historyczne i fikcyjne, są momenty komiczne i chwile, kiedy żołądek się zaciska. A pytanie, które obraz zadaje nam ze swoich ścian, jest ponadczasowe.

Wartość scenariusza stworzonego przez Luza wykracza daleko poza samą rekonstrukcję historyczną. To głęboki, filozoficzny wręcz traktat o wolności i zniewoleniu. Autor z niebywałą precyzją ukazuje ewolucję kultury pierwszych dekad XX stulecia – od artystycznej, nieskrępowanej niczym swobody i dekadencji Republiki Weimarskiej, przez narastającą paranoję, aż po sterylną, cenzorską dyktaturę nazistowskich Niemiec. Świat sztuki zostaje tu zderzony ze światem polityki w sposób bezpośredni i brutalny.

Problematyka „Dwóch nagich dziewczyn” uderza prosto w splot słoneczny współczesnego odbiorcy. Luz pyta nas: dlaczego autorytaryzm zawsze, ale to zawsze, w pierwszej kolejności atakuje artystów? Odpowiedź, jaką odnajdujemy na kartach tego komiksu, jest prosta i przerażająca. Bo sztuka wymyka się kontroli. Nagość, ekspresja, nieregularne linie, abstrakcja – to wszystko zmusza człowieka do myślenia, do indywidualnej interpretacji. A totalitaryzm nie znosi indywidualności. Totalitaryzm wymaga równego kroku, jednego koloru i jednej, odgórnie narzuconej prawdy. Obraz Muellera, ze swoją surowością i szczerością, staje się wrogim agentem w państwie, które promuje wyidealizowany, kiczowaty aryjski realizm.

Konwencja nieruchomego obserwatora to absolutny strzał w dziesiątkę. Luz nawiązuje tu dialog z popkulturą ale nadając mu wagę historycznego oskarżenia. Obraz patrzy. Nie może mrugnąć. Nie może zamknąć oczu, gdy jego prawowici żydowscy właściciele są bici i wywlekani z własnych domów. Ta perspektywa obnaża coś niezwykle bolesnego – naszą własną, ludzką bierność. Czytając ten komiks, czujemy fizyczny wręcz dyskomfort wynikający z niemożności zareagowania. Chcielibyśmy wyjść z kadrów, wykrzyczeć sprzeciw, zatrzymać rękę nazisty zdejmującego nas ze ściany, ale nie możemy. Jesteśmy tylko płótnem. Luz zmusza nas do skonfrontowania się z pytaniem, ile razy w prawdziwym życiu, mając przecież głos i wolę, zachowujemy się jak ten niemy, przykuty do ściany artefakt. Bierność boli. Zżera od środka.

Pierwsze strony albumu są zaproszeniem do dezorientacji. Widzisz fragment, potem kolejny. Jak puzzle składane w ciemności. Luz buduje kadr jako pole widzenia obrazu w trakcie powstawania

Ta konwencja - subiektywna kamera obrazu - wymusza od autora ciągłą inwencję kompozycyjną. Gdy płótno jest zdejmowane ze ściany i transportowane w skrzyni, strony są ciemne, kadr ukośny, geometria się rozsypuje. Gdy wisi w gabinecie kolekcjonera, widzimy całe pomieszczenie z perspektywy lekko przechylonej ku dołowi - jak z ramy zawieszonej zbyt wysoko. Gdy zostaje owinięte tkaniną, Luz wypełnia planszę szarą fakturą, przez którą tylko przesącza się światło. To jest myślenie o komiksie całym ciałem, nie tylko mózgiem.

Kreska jest ciepła, lecz niespokojna - wykonana odręcznie, tuszem, z wyrazistym tuszowaniem nadającym postaciom siłę bez popadania w karykaturę. Paleta barwna opiera się na szarobrunatnych odcieniach sepii. Luz, jak sam przyznał w wywiadach, sięgał przy tworzeniu plansz do tuszu, akwareli, a czasem nawet kawy. Widać to. Czuć to.

Luz jest karykaturzystą z krwi i kości. I to dziedzictwo widać w sposobie rysowania twarzy. Niektóre postaci są wyraźnie przerysowane, przesadzone w wyrazie - szczególnie naziści, którzy przy całym swoim ideologicznym patosie wyglądają jak papierowe kukły. To zamierzone. Postacie historyczne, jak Goebbels, są rozpoznawalne, lecz dalekie od portretowych - to typy, nie twarze. Inne postaci - Mueller, Maschka, Littmann - rysowane są z czułością, miękko, jakby Luz chciał je ocalić przed kadrami, przez które muszą przejść.

W tle każdego kadru autor ukrywa smaczki: na ścianie sąsiedniej sali pojawia się obraz Otto Dixa, zaraz obok Ernst Ludwig Kirchner - artyści kręgu Die Brücke i pokrewnych nurtów, których los biegnie równolegle do losów płótna Muellera. To rodzaj cichego, bocznego toru narracji: historia sztuki nowoczesnej opowiadana przez przemilczenie i skojarzenie.

Geniusz Luza objawia się w kadrach niemych. Jest w tym albumie sekwencja, która dosłownie odbiera mowę. Noc Kryształowa. Pokój, w którym wisi obraz, tonie w absolutnym, gęstym mroku. Nie pada ani jedno słowo, nie ma żadnych dymków tekstowych. Jedyne światło, które oświetla fakturę farby na naszym płótnie, to migoczący, wściekle pomarańczowy blask pożarów za oknem.

To nie jest lektura łatwa, lekka i przyjemna. Owa bezkompromisowość niesie za sobą zarówno niepodważalne atuty, jak i pewne wyzwania dla odbiorcy.

Największą siłą „Dwóch nagich dziewczyn” jest pomysł narracyjny - spojrzenie z wnętrza obrazu, który nie jest tylko chwytliwym trikiem, lecz prawdziwym narzędziem filozoficznym. Bierność płótna staje się doskonałą metaforą bierności obserwatora, a w momentach, gdy historia sięga dna, ta bezradność obrazu jest wręcz fizycznie odczuwalna.

Są momenty, gdy narracja jednak traci nieco tempo. Historia bywa miejscami monotonnie zła i Luz nie próbuje jej upiększać. Komiks wymaga skupienia i cierpliwości.

Nieznajomość twórczości Muellera i środowiska Die Brücke może miejscami utrudniać odbiór pełni kontekstów. Album zawiera wprawdzie biogramy i bibliografię, lecz czytelnik, który nigdy nie zetknął się z pojęciem Sztuki Zdegenerowanej, może chwilami poczuć się jak ktoś, kto wszedł na wystawę bez przewodnika. Nie na tyle, żeby rezygnować - ale na tyle, żeby zatrzymać się przy kilku kadrach dłużej niż zwykle.

Kultura Gniewu oddaje w nasze ręce rzecz absolutnie zjawiskową. „Dwie nagie dziewczyny” to komiks, który łapie za gardło i nie puszcza. Uderza bez ostrzeżenia, z każdą przewracaną stroną uświadamiając nam kruchość fundamentów, na których zbudowaliśmy nasz rzekomo bezpieczny i cywilizowany świat. Luz wyciągnął z cienia zapomniane dzieło Otto Muellera i uczynił z niego lustro, w którym z przerażeniem możemy dostrzec odbicie naszych własnych, współczesnych demonów. Kiedy ekstremizmy polityczne ponownie podnoszą głowę w Europie, a kultura bywa cenzurowana w imię jedynych słusznych ideologii, ta opowieść staje się boleśnie aktualna.

To lektura obowiązkowa. Nie tylko dla miłośników historii sztuki, nie tylko dla fanów ambitnego komiksu europejskiego, ale dla każdego, kto uważa się za świadomego człowieka.

Gdy skończysz czytać ten komiks, poczujesz dziwny chłód. Ale zrozumiesz jedno. Ludzie umierają. Reżimy upadają, obracając się w pył i hańbę. A płótno wciąż oddycha.Jak sztuka.Trwa. I dopóki na nie patrzymy, ci, którzy chcieli je zniszczyć, pozostaną wyłącznie przegranymi mordercami na śmietniku historii.

Egzemplarz recenzencki dostarczył wydawca.

Informacje o komiksie
Tytuł „Dwie nagie dziewczyny”
Wydawca Kultura Gniewu
Scenarzysta Luz
Rysownik Luz
Kolorysta Luz
Tłumacz Olga Mysłowska
Rok wydania 2026
Format 205x255 mm
Okładka twarda
Liczba stron 194 (kolor)
Cena okładkowa 99,90 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.