Energon Universe po polsku. Nostalgia, która naprawdę dostała nowe życie

Energon Universe po polsku. Nostalgia, która naprawdę dostała nowe życie

Kiedy w moje ręce trafiły pierwsze tomy „Void Rivals” i „Transformers”, wydawane w Polsce przez Nagle! Comics, byłem przede wszystkim zaciekawiony. Nie rzuciłem wszystkiego, żeby natychmiast zgłębiać kilkadziesiąt lat historii Autobotów, Deceptikonów i G.I. Joe, nie zacząłem też wykupywać figurek z drugiej ręki. Po prostu przeczytałem oba albumy i pomyślałem, że jest w tym coś ciekawego. Później pojawiały się kolejne tomy, miniserie oraz nowe odnogi tego świata, a moje zainteresowanie rosło. W pewnym momencie zorientowałem się, że naprawdę czekam na następne zapowiedzi. Miłość? Może jeszcze nie. Sympatia, szacunek i szczere wkręcenie się w ten projekt? Zdecydowanie tak.

Na początek muszę się do czegoś przyznać: nigdy nie byłem wielkim fanem marek tworzących Energon Universe. Nie miałem żadnej figurki G.I. Joe, za to gdzieś w dzieciństwie przewinęli się zabawkowi Optimus Prime i Starscream. Mam się martwić, że po tylu latach nadal dokładnie to pamiętam? Oglądałem też jakieś kreskówki z Transformerami, choć dziś nie potrafiłbym powiedzieć które i w jakiej kolejności. Na pewno śledziłem „Kosmiczne wojny”, czyli „Beast Wars: Transformers”, a później obejrzałem pierwszą trylogię filmów Michaela Baya. Potem moje zainteresowanie wielkimi robotami właściwie wyparowało i przez długi czas nic nie wskazywało, że jeszcze wróci. Aż nadszedł rok 2024.

Lubię obserwować powroty marek pamiętanych z dzieciństwa. Zawsze jestem ciekawy, czy po wyciągnięciu ich z zakurzonego pawlacza okaże się, że nadal mają coś do powiedzenia, czy dostaniemy tylko odgrzewany kotlet w nowej panierce. Nostalgia sprzedawana w najprostszej możliwej formie potrafi mnie irytować. Wiecie, jak to wygląda: na okładce ląduje znajoma postać, w środku pojawia się kilka cytatów albo scen odtwarzających dawne hity, a twórcy co chwilę puszczają oko do odbiorcy. Całość próbuje nas przekonać, że samo rozpoznanie bohatera wystarczy za dobrą historię. Czasem taki powrót działa, ale najczęściej przez chwilę jest miło, po czym film, książka lub komiks trafia na półkę i szybko się o nim zapomina. Zostaje kilka znajomych obrazków oraz świadomość, że ktoś po raz kolejny zarobił na naszych wspomnieniach.

Dlatego do Energon Universe podchodziłem z pewną ostrożnością. Transformers, G.I. Joe, Cobra Commander, Destro - wszystko to pachnie latami osiemdziesiątymi, kreskówkami oglądanymi z kaset VHS i zabawkami rozstawianymi na dywanie. W Polsce swoje zrobił również TM-Semic, który opublikował dwadzieścia cztery zeszyty „Transformers” oraz trzydzieści trzy zeszyty „G.I. Joe”. Nie przeczytałem żadnego z nich i dziś trochę tego żałuję, choć z drugiej strony dzięki temu do nowego uniwersum wszedłem bez bagażu oczekiwań. Nie porównywałem każdej sceny z komiksami sprzed trzydziestu lat, nie zastanawiałem się też, czy konkretna postać zachowuje się dokładnie tak, jak powinna według wieloletnich fanów. Dla mnie niemal wszystko było nowe.

Około 2021 roku Hasbro zwróciło się do Skybound z propozycją przygotowania nowych komiksów na licencji Transformers i G.I. Joe. Prawa wydawnicze miały opuścić IDW Publishing, więc właściciel marek szukał dla nich nowego domu. Robert Kirkman i jego współpracownicy nie chcieli jednak po prostu wystartować z kolejnym „Transformers #1” i udawać, że wcześniejsze serie nigdy nie istniały. Zaproponowali stworzenie od podstaw wspólnego uniwersum, w którym znane postacie oraz najważniejsze elementy ich mitologii otrzymają nowe początki. Kirkman porównywał ten pomysł do dawnego Ultimate Universe Marvela: czytelnik rozpoznaje bohaterów, ale nie musi znać kilkudziesięciu lat ich historii, relacje mogą wyglądać inaczej, a twórcy nie są przywiązani do każdej decyzji podjętej przez poprzedników.

Do czerwca 2026 roku nakładem Nagle! Comics ukazało się w Polsce czternaście albumów należących do Energon Universe: cztery tomy „Transformers”, cztery tomy „Void Rivals”, miniserie „Duke”, „Cobra Commander”, „Scarlett” i „Destro” oraz dwa tomy głównej serii „G.I. Joe”. To już nie jest ciekawostka ani projekt, który dopiero obiecuje, że kiedyś się rozkręci. Po czternastu albumach można spokojnie zapytać, czy Energon Universe rzeczywiście ma do zaoferowania coś więcej niż znane nazwy i bohaterów pamiętanych z dzieciństwa. Moim zdaniem ma, i to całkiem sporo. Nie potrafiłbym jednak ustawić wszystkich tomów od najlepszego do najgorszego, ponieważ każda z tych serii robi coś trochę innego. Jedne stawiają na wojenną akcję, inne na space operę, thriller konspiracyjny, szpiegowską przygodę albo opowieść o przemyśle zbrojeniowym.

Całe uniwersum wystartowało w 2023 roku wraz z pierwszym zeszytem „Void Rivals”. Czytelnicy spodziewali się nowej kosmicznej serii Roberta Kirkmana i Lorenza De Feliciego. W zapowiedziach nie ujawniono, że będzie to początek wspólnego świata Transformerów i G.I. Joe. Prawdziwą naturę projektu zdradzono dopiero na stronach komiksu, dzięki pojawieniu się pewnej dobrze znanej postaci. Zamiast przez kilka miesięcy reklamować „największe wydarzenie dekady”, Skybound pozwoliło, aby niespodzianka wydarzyła się podczas lektury. Dziś trudno odtworzyć tamten efekt zaskoczenia, ponieważ informacja o powiązaniu serii z Transformerami znajduje się praktycznie wszędzie, również na polskich wydaniach. Sam pomysł na rozpoczęcie całego uniwersum od tajemnicy, a nie od wielkiego crossoveru, nadal jednak robi wrażenie.

Polska edycja „Transformers” obejmuje obecnie cztery tomy: „Zamaskowane roboty”, „Wyprawę w otchłań”, „Pojedynek Combinerów” oraz „Podbić i podporządkować”. Razem tworzą dwudziestoczterozeszytowy etap napisany przez Daniela Warrena Johnsona. Pierwsze zeszyty również narysował, później za większość oprawy graficznej odpowiadał Jorge Corona. Punkt wyjścia jest klasyczny: Autoboty i Deceptikony budzą się na Ziemi, wojna z Cybertronu przenosi się na naszą planetę, a pomiędzy ogromne maszyny trafiają zwykli ludzie. Brzmi znajomo, ponieważ ma brzmieć znajomo. Johnson nie odcina się od serialu animowanego z 1984 roku i nie próbuje udowadniać, że wszystko, co powstało wcześniej, należy wyrzucić do kosza. Jednocześnie nie tworzy po prostu nowocześniej narysowanej wersji starej kreskówki.

Jego Cybertronianie są wielcy, ciężcy i niebezpieczni. Kiedy walczą, naprawdę czuć, że zderzają się ze sobą kilkutonowe maszyny. Blachy się wyginają, pancerze pękają, kończyny odpadają, a ciała robotów zostają rozrywane z brutalnością, której raczej nie pokazywano dzieciom przy sobotnim śniadaniu. Serio, ten komiks potrafi być naprawdę brutalny. Nie chodzi jednak o przemoc dla samej przemocy ani o desperacką próbę przekonania nas, że oto dostajemy „Transformers dla dorosłych”. Johnson pokazuje po prostu wojnę, w której każdy cios ma konsekwencje, a nawet zwycięstwo może oznaczać, że ktoś nie wróci do domu.

Scenarzysta ma przy tym fantastyczne wyczucie ruchu. Plansze są szorstkie, pełne gwałtownych kresek i pozornie chaotycznych kadrów, ale podczas walki zawsze wiadomo, kto kogo uderzył, skąd nadleciał pocisk i dlaczego na następnej stronie któryś z robotów wbija się w ścianę. Nawet transformacja nie wygląda tu jak schludne przestawienie kilku elementów, lecz jak gwałtowna, mechaniczna zmiana kształtu. Czytając, niemal słyszy się zgrzyt metalu. Gdyby „Transformers” było wyłącznie serią efektownych bójek, prawdopodobnie znudziłbym się po kilku zeszytach. Największą siłą komiksu są jednak emocje - czasem proste i podane bez szczególnej subtelności, ale szczere.

Cybertronianie nie są niezniszczalnymi maskotkami. Cierpią, boją się, tracą przyjaciół i podejmują decyzje, z którymi później muszą żyć. Optimus Prime nie jest wyłącznie pomnikowym dowódcą wygłaszającym przemowy o wolności. Johnson pokazuje go jako istotę zmęczoną wojną i świadomą ciężaru własnych rozkazów. Każdy tom ma trochę inny charakter. „Zamaskowane roboty” uderzają świeżością i siłą pierwszego wrażenia, „Wyprawa w otchłań” rozszerza konflikt i daje więcej miejsca konsekwencjom wcześniejszych wydarzeń, „Pojedynek Combinerów” stawia na jeszcze większe widowisko, natomiast „Podbić i podporządkować” jest, przynajmniej moim zdaniem, tomem najbardziej ponurym i bezwzględnym. Świat Autobotów i Deceptikonów wciągnął mnie właściwie od razu. Po zakończeniu czwartego tomu nie zastanawiałem się, czy sięgnę po następny, tylko kiedy wreszcie będę mógł to zrobić.

Na polskim rynku ukazały się dotąd również cztery tomy „Void Rivals”: „Więcej niż mogłoby się zdawać”, „Ścigani przez pustkowie”, „Klucz do zwycięstwa Thety” oraz „Pierwszy wybraniec”. Głównymi bohaterami są Darak i Solila, przedstawiciele dwóch ras od pokoleń prowadzących ze sobą wojnę. Oboje trafiają na odludzie i zostają zmuszeni do współpracy, choć każde z nich wychowano w przekonaniu, że druga strona jest potworem, któremu nie wolno ufać. Pierwszy tom jest właściwie jednym długim początkiem. Kirkman ostrożnie przedstawia świat, podrzuca kolejne tajemnice i bardzo oszczędnie rozdaje odpowiedzi, ale mimo to seria zrobiła na mnie wrażenie już po kilku pierwszych zeszytach.

Ta historia jest po prostu świetnie prowadzona. Przeczytałem trzydzieści zeszytów i nadal jestem pod wrażeniem tego, jak Kirkman rozstawia bohaterów, rozwija świat i kończy kolejne rozdziały dokładnie w momencie, w którym człowiek chciałby natychmiast czytać dalej. We wrześniu ma ukazać się w Polsce piąty tom i już teraz wiem, że sięgnę po niego bez zastanowienia. „Void Rivals” można traktować jak samodzielną space operę. Nie trzeba śledzić „Transformers” ani komiksów o G.I. Joe, żeby zrozumieć historię Daraka i Solili, choć od początku wiadomo, że poszczególne części Energon Universe prędzej czy później zaczną się mocniej zazębiać. Właściwie już zaczęły.

Kirkman buduje fabułę spokojnie i robi wszystko, żeby po każdym rozdziale pojawiały się kolejne pytania. Odpowiedzi nie przychodzą szybko, a jedna rozwiązana zagadka potrafi natychmiast doprowadzić do trzech następnych. W teorii powinno mnie to irytować, ale w praktyce zupełnie mi nie przeszkadza. Cieszę się z każdego zeszytu, bo niemal każdy dorzuca do układanki coś nowego. Z początku uwagę przyciągają przede wszystkim powiązania z Transformerami. Kiedy pojawia się znajomy Cybertronianin, trudno nie zastanawiać się, kto wyskoczy następny. Kirkman nie wykorzystuje jednak tych postaci wyłącznie jako fanowskich niespodzianek. Wprowadza je do fabuły bez długich wykładów i zakładania, że czytelnik zna ich całą historię. Fan Transformerów dostanie dodatkową satysfakcję z rozpoznania bohatera, ale osoba mniej obeznana z marką nadal zrozumie, kim jest i jaką rolę odgrywa.

W drugim i trzecim tomie świat zaczyna się wyraźnie rozrastać. Pojawiają się nowe planety, społeczności, konflikty polityczne oraz bohaterowie związani z historią Cybertronu. Seria przestaje być wyłącznie opowieścią o dwójce rozbitków i zaczyna pokazywać znacznie większy konflikt. Mimo tego jej sercem pozostaje relacja Daraka i Solili. Oboje przez całe życie słyszeli, że przeciwnicy są źli, zdradliwi i niezdolni do jakichkolwiek uczuć. Ich zaufanie nie rodzi się po jednej szczerej rozmowie. Każdy krok w stronę porozumienia oznacza zakwestionowanie własnego wychowania, lojalności wobec rodziny i wszystkiego, co wcześniej uznawali za prawdę. Kirkman prowadzi ten wątek cierpliwie, być może chwilami nawet zbyt cierpliwie, ale przynajmniej nie wybiera łatwej drogi.

W czwartym tomie „Void Rivals” zdecydowanie przestaje wyglądać jak seria stworzona głównie po to, żeby łączyć pozostałe komiksy. Opowieść o wojnie podtrzymywanej za pomocą kłamstw, kontroli informacji i dziedziczonej nienawiści nabiera własnego ciężaru. Czy seria jest rozwleczona? Tak. Kirkman uwielbia przestawiać pionki, odwlekać odpowiedzi i urywać rozdział sekundę przed ujawnieniem czegoś ważnego, ale mnie ta rozwlekłość naprawdę nie przeszkadza. W jednym zeszycie śledzimy losy Daraka i Solili, a następny potrafi być niemal w całości poświęcony Skuxxoidowi. Człowiek przez chwilę myśli: serio, co tu się właśnie wydarzyło? Potem orientuje się jednak, że Skuxxoid też jest ciekawą postacią i właściwie chciałby wiedzieć o nim więcej. Oczywiście nadal najbardziej interesuje mnie, co dzieje się z głównym duetem, a Kirkman doskonale o tym wie i bezlitośnie wykorzystuje moją ciekawość.

Przed rozpoczęciem głównej serii „G.I. Joe” Image opublikowało cztery pięciozeszytowe miniserie. Każda skupiała się na innym bohaterze i przygotowywała jeden z elementów przyszłego konfliktu. W Polsce wszystkie ukazały się jako osobne albumy: „Duke”, „Cobra Commander”, „Scarlett” oraz „Destro”. Można je potraktować jak komiksową fazę zero. Poszczególni bohaterowie jeszcze nie stoją obok siebie w jednym szeregu, a organizacje G.I. Joe i Kobra dopiero nabierają kształtu, ale każda z tych historii dokłada coś, co później okazuje się ważne. Co najistotniejsze, wszystkie cztery miniserie wyraźnie się od siebie różnią.

„Duke” jest chyba najlepszym punktem wejścia w ziemską część Energon Universe. Joshua Williamson nie zaczyna od gotowej drużyny, tajnej bazy i zespołu bohaterów ustawionych do wspólnego zdjęcia. Conrad Hauser jest żołnierzem, który zobaczył coś, czego według przełożonych nie miał prawa zobaczyć. Kiedy próbuje dowiedzieć się prawdy, system, któremu przez lata służył, obraca się przeciwko niemu i rozpoczyna się polowanie. Powstaje z tego sprawny thriller konspiracyjny przypominający chwilami kino sensacyjne z lat dziewięćdziesiątych. Jest tajemnica, bohater ścigany przez własnych ludzi, wojskowa technologia oraz rosnące przekonanie, że ktoś wysoko postawiony wie o wiele więcej, niż zamierza powiedzieć.

Sam schemat nie jest szczególnie odkrywczy, ale Williamson prowadzi go z takim tempem, że zupełnie mi to nie przeszkadzało. Duke nie jest jeszcze idealnym dowódcą, lecz człowiekiem, który ufał instytucjom i nagle odkrywa, że w zamian nie otrzymał nawet podstawowej uczciwości. Tom Reilly rysuje całość bardzo przejrzyście. Sceny akcji są dynamiczne, lecz nigdy nie zamieniają się w chaotyczną plątaninę postaci i wybuchów. „Duke” działa jako samodzielna opowieść, a jednocześnie skutecznie przygotowuje fundamenty pod główną serię.

„Cobra Commander” był dla mnie największym zaskoczeniem wśród miniserii. Można było opowiedzieć prostą historię o narodzinach złoczyńcy w metalowej masce: pokazać ambitnego człowieka budującego armię, wymyślającego logo i wygłaszającego przemowy o podboju świata. Joshua Williamson zrobił jednak coś znacznie ciekawszego. Połączył militarną fantastykę z pulpowym science fiction, zakazaną technologią, odizolowanym społeczeństwem i całkiem solidną dawką body horroru. Tutejszy Dowódca Kobry nie przypomina krzykliwego nieudacznika, którego kolejny plan rozpada się pod koniec odcinka kreskówki. Jest naukowcem, manipulatorem i fanatykiem, a moralność traktuje jak przeszkodę stworzoną przez ludzi pozbawionych odwagi. Kiedy widzi coś niebezpiecznego, nie zastanawia się, czy powinien tego użyć. Interesuje go wyłącznie to, jak szybko może przejąć nad tym kontrolę.

Komiks nie wyjaśnia od razu wszystkich zasad przedstawionego świata i bardzo dobrze. Przez sporą część albumu nie wiadomo, w jakim kierunku pójdzie historia. Zamiast standardowej opowieści militarnej dostajemy mieszankę fantastyki naukowej, pulpu i horroru. „Cobra Commander” jest najbardziej osobliwą z czterech miniserii, ale również jedną z najważniejszych dla całego Energon Universe. Pokazuje, jak technologia Cybertronian może zmienić układ sił na Ziemi, szczególnie kiedy trafia w ręce człowieka, którego interesują jedynie jej możliwości.

Kelly Thompson wysyła Scarlett do Japonii, gdzie bohaterka ma przeniknąć do klanu Arashikage i odnaleźć Jinx. Po konspiracyjnym „Duke’u” oraz chwilami niemal horrorowym „Cobra Commanderze” dostajemy bardziej klasyczny komiks szpiegowski z dużą liczbą ninja. Brzmi jak przepis na bardzo dobrą zabawę i przez sporą część albumu dokładnie nią jest. Najlepiej wypadają sceny walk. Marco Ferrari prowadzi je płynnie, dba o kierunek ruchu i nie gubi bohaterów pomiędzy kolejnymi cięciami. Scarlett nie jest świetną agentką tylko dlatego, że inne postacie co kilka stron ją chwalą. Jej umiejętności widać w tym, jak się porusza, obserwuje przeciwników i wykorzystuje otoczenie.

Problem polega na tym, że niemal przez cały czas kontroluje sytuację. Kolejne zagrożenia rzadko wydają się naprawdę niebezpieczne, a Scarlett sprawia wrażenie przygotowanej na każdy ruch przeciwnika. Oglądanie kompetentnej bohaterki potrafi być satysfakcjonujące, ale w pewnym momencie zaczyna brakować poczucia, że misja rzeczywiście może się nie udać. Finał również bardziej otwiera drzwi do przyszłych wydarzeń, niż porządnie zamyka tę konkretną historię. Po lekturze zostaje wrażenie, że przeczytało się efektowny wstęp do większego wątku. Nie jest to zły komiks, ale spośród czterech miniserii zrobił na mnie najmniejsze wrażenie.

Dan Watters przedstawia Jamesa McCullena Destro jako człowieka, który nie musi wierzyć w żadną sprawę, ponieważ może zarabiać na wszystkich stronach konfliktu. To świetny punkt wyjścia dla historii o handlarzu bronią. M.A.R.S. nie sprzedaje wyłącznie karabinów, rakiet i pojazdów, lecz możliwość prowadzenia wojen, których bez odpowiedniej technologii nie dałoby się rozpocząć. Destro doskonale rozumie, że najcenniejszym produktem nie jest sama broń, ale zależność. Spośród czterech miniserii „Destro” jest komiksem najbardziej cynicznym i politycznym. Tytułowy bohater nie przypomina zwykłego złoczyńcy planującego podbój świata. Traktuje przemoc jak rynek, reputację jak walutę, a rodzinne nazwisko jak firmę, której wartość trzeba chronić za wszelką cenę.

Watters chwilami pozwala mu mówić zbyt dużo. Destro lubi objaśniać swoją filozofię, a niektóre monologi brzmią tak, jakby scenarzysta chciał się upewnić, że czytelnik na pewno zrozumiał wszystkie metafory. Kiedy jednak komiks przestaje tłumaczyć i pozwala bohaterom działać, robi się naprawdę interesująco. Dostajemy thriller o przemyśle zbrojeniowym, rodzinnych ambicjach oraz ludziach, którzy potrafią wywołać konflikt tylko po to, aby sprzedać rozwiązanie obu stronom. Album sporo zyskuje po rozpoczęciu głównej serii „G.I. Joe”, ponieważ dopiero wtedy widać, ile elementów przyszłego konfliktu Watters umieścił w tle i jak daleko sięgają plany Destro.

„Kobra atakuje!” oraz „Zemsta Bludda” rozpoczynają właściwą serię „G.I. Joe” autorstwa Joshuy Williamsona i Toma Reilly’ego. Po czterech miniseriach pionki zostały rozstawione. Duke przeszedł własną drogę, Cobra Commander rozpoczął budowę swojej organizacji, Scarlett wykonała misję, a Destro zadbał o interesy M.A.R.S. Teraz wszystkie te historie mogą zacząć się ze sobą zderzać. Pierwszy tom ma sporo pracy do wykonania. Musi zebrać bohaterów, przedstawić obie strony konfliktu, przypomnieć wydarzenia z miniserii i jednocześnie opowiedzieć własną historię. Bardzo łatwo było zamienić „Kobra atakuje!” w długie spotkanie organizacyjne, podczas którego kolejne postacie wchodzą do sali i tłumaczą, kim są, ale Williamson na szczęście w większości unika tej pułapki.

Nie próbuje dać wszystkim bohaterom dokładnie tyle samo miejsca. Duke pozostaje głównym punktem odniesienia, ale jego towarzysze nie są anonimowymi żołnierzami ustawionymi w tle. Mają własne cele, wątpliwości i sekrety. Nie każdy ufa nowej organizacji i nie każdy znalazł się w niej z tego samego powodu. Podobnie wygląda Kobra. Nie jest jeszcze sprawnie działającą armią, której członkowie posłusznie wykonują rozkazy jednego dowódcy. To zbiór ambitnych i niebezpiecznych ludzi współpracujących ze sobą tylko dlatego, że chwilowo im się to opłaca. Sojusze opierają się na szantażu, strachu oraz wspólnych interesach, więc wystarczy jedna zmiana układu sił, żeby wszyscy rzucili się sobie do gardeł.

Drugi tom, „Zemsta Bludda”, wypada jeszcze lepiej. Świat został już przedstawiony, dlatego scenarzysta może poświęcić więcej czasu relacjom oraz konsekwencjom wcześniejszych decyzji. Seria zaczyna swobodniej mieszać różne tonacje. Obok militarnej akcji pojawia się fantastyka naukowa, czarny humor oraz kilka sojuszy, których trudno było się spodziewać. Najciekawsze pozostaje jednak to, jak ludzie reagują na Energon i technologię Cybertronian. Dla jednych jest to źródło przewagi militarnej, dla innych możliwość zarobku, a dla jeszcze innych najkrótsza droga do władzy. Prawie nikt nie zadaje najważniejszego pytania: czy ludzie w ogóle rozumieją, czym próbują się posługiwać?

Energon Universe nie wymyśla wspólnego świata od nowa. Nadal mamy tu serie poboczne, zapowiedzi przyszłych konfliktów, gościnne występy i bohaterów przechodzących z jednego tytułu do drugiego. Różnica polega na tym, że ktoś na razie nad tym wszystkim panuje. Poszczególne serie mają własne tempo, oprawę i pomysł na bohaterów. „Transformers” jest wojenną historią o odpowiedzialności, stracie i przywództwie, „Void Rivals” rozwija space operę o dwóch społeczeństwach wychowanych w nienawiści, „Duke” jest thrillerem konspiracyjnym, „Cobra Commander” przedziwną mieszanką science fiction, pulpu i horroru, „Scarlett” stawia na szpiegowską akcję, a „Destro” opowiada o biznesie, który potrzebuje kolejnych wojen. Każdy z tych komiksów ma własną tożsamość i żaden nie sprawia wrażenia, jakby został napisany według jednej korporacyjnej instrukcji.

Czy warto wejść w Energon Universe? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Nie boję się nazwać tego projektu powiewem świeżości. W ostatnich miesiącach te komiksy skutecznie odciągnęły moją uwagę od Marvela i „Gwiezdnych wojen”. Dzisiaj bardziej czekam na kolejne przygody Optimusa Prime’a, Daraka, Solili i Rękoida niż na następną wielką zapowiedź superbohaterskiego wydarzenia.

Oczywiście wszystkie omawiane serie mają swoje wady. „Void Rivals” potrafi długo odwlekać odpowiedzi, „Scarlett” nie zawsze buduje odpowiednie napięcie, „Destro” bywa przegadany, a „Transformers” chwilami tak mocno podkręca dramat, że bohaterowie ledwie mają czas złapać oddech. Nie istnieją jednak komiksy idealne. Najważniejsze, że ten świat czyta się naprawdę dobrze, a kolejne części nie sprawiają wrażenia produktów stworzonych wyłącznie po to, żeby wykorzystać stare logo.

Energon Universe korzysta z nostalgii, ale nie pozwala, żeby nostalgia zastąpiła historię. Bierze znane postacie, zmienia ich relacje, wrzuca je w nowe konflikty i pozwala im znowu zaskakiwać. Jeżeli zastanawiacie się, czy warto dać temu uniwersum szansę, moja odpowiedź jest prosta: warto.

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.