Ostatni taniec z potworem. Recenzja „Frankenstein żyje, żyje!” od KBoom
Bernie Wrightson przez kilkadziesiąt lat wracał do potwora Frankensteina, a w „Frankenstein żyje, żyje!”, napisanym przez Steve'a Nilesa, zrobił to po raz ostatni. Stwór przeżył lody Arktyki i trafił do objazdowego gabinetu osobliwości, a od plansz z jego przygodami trudno oderwać wzrok.

W lipcu, pisząc o „Potwornej kolekcji”, zwróciłem uwagę na federalnego agenta Ghula o posturze monstrum Frankensteina. Narzekałem też, że scenariusze Steve'a Nilesa nie dorównują rysunkom Berniego Wrightsona, bo to w gruncie rzeczy pulpa pisana z przymrużeniem oka i trochę pod rękę rysownika. „Frankenstein żyje, żyje!” to dzieło tego samego duetu, wydane przez to samo wydawnictwo, z tą różnicą, że tym razem dostajemy oryginalnego potwora i historię opowiedzianą całkiem na poważnie.

Żeby zrozumieć, czym jest ten album, trzeba cofnąć się do 1983 roku, kiedy Marvel wydał powieść Mary Shelley z ilustracjami Wrightsona. Artysta pracował nad nimi około siedmiu lat, z własnej woli i bez żadnego zlecenia, w przerwach między płatnymi pracami. Żeby to sfinansować, wypuścił po drodze trzy portfolia z gotowymi ilustracjami. Potwora rysował na podstawie opisów z powieści, z pominięciem filmowego wizerunku z Borisem Karloffem, a całość stylizował na dziewiętnastowieczne drzeworyty i staloryty. Ten wygląd zna każdy, kto oglądał zeszłorocznego „Frankensteina” Guillermo del Toro na Netfliksie. W napisach końcowych filmu zaznaczono, że projekt stwora powstał częściowo z inspiracji potworem Wrightsona.

„Frankenstein żyje, żyje!” to powrót do tej samej postaci po niemal trzydziestu latach i bezpośrednia kontynuacja powieści. Na pierwszych stronach spotykamy potwora w objazdowym gabinecie osobliwości, gdzie wśród innych dziwolągów żyje zaskakująco spokojnie i nikt nie przegania go z pochodniami. Dopiero jego wspomnienia cofają nas do czasów tuż po finale powieści Shelley. Wracają samotność, wyrzuty sumienia i próby odebrania sobie życia, które kończą się niczym, bo tego ciała nie da się tak łatwo zabić.
Przypadek sprowadza go w końcu pod dach doktora Simona Inglesa, jednego z nielicznych ludzi, którzy widzą w nim kogoś więcej niż potwora. Ingles dzieli się z nim wiedzą i rozmawia z nim bez uprzedzeń, a sam bohater coraz częściej zastanawia się, czy istota poskładana z cudzych ciał może mieć duszę. Kto zna powieść Shelley, szybko zaczyna podejrzewać, że ta sielanka nie potrwa długo, i słusznie. Fabuły nie będę zdradzał dalej. Napiszę tylko, że w pewnym momencie potwór musi wybrać między wdzięcznością wobec dobroczyńcy a własnym sumieniem.

Niles prowadzi narrację w pierwszej osobie, oddając głos samemu stworowi. Po cynicznych one-linerach z „Potwornej kolekcji” trudno uwierzyć, że to ten sam scenarzysta, bo tutaj pisze powoli i z namysłem. Frank, jak potwór każe się teraz nazywać, rozważa własne winy niczym bohater dziewiętnastowiecznej powieści.
Rysunki są powodem, dla którego za pierwszym razem przekartkowałem cały album, w ogóle nie czytając tekstu. Większość stron to ilustracje na całą planszę albo rozkładówki. Wrightson rysował tuszem i pędzlem, a potem nakładał szare laserunki. Najbardziej zapadła mi w pamięć twarz potwora, na której zmęczenie życiem widać wyraźniej niż w niejednym monologu. Za tę serię Wrightson otrzymał nagrodę National Cartoonists Society w kategorii Comic Books, pierwszą od tej organizacji w całej swojej karierze.
Seria powstawała jednak w bólach. IDW zapowiedziało ją latem 2011 roku jako cykl liczący trzynaście zeszytów. Pierwszy numer ukazał się w maju 2012 roku, drugi pół roku później, a na trzeci czytelnicy czekali aż do kwietnia 2014 roku. Czwartego Wrightson już nie skończył. W styczniu 2017 roku, po operacji mózgu, ogłosił zakończenie kariery, a w marcu zmarł.

Zanim odszedł, zdążył rozrysować cały ostatni zeszyt i dokończyć kilka plansz, a resztę powierzył rysownikowi, którego sam wybrał. Kelley Jones od lat był wielbicielem Wrightsona, co widać choćby w jego wychudzonym, przypominającym szkielet Deadmanie albo w gotyckim Batmanie z „Batman & Dracula: Red Rain”, narysowanym do scenariusza Douga Moencha. Jones ilustrował też zeszyty „Sandmana” Neila Gaimana, a z Nilesem pracował już wcześniej przy miniserii „Batman: Gotham After Midnight”. Liz Wrightson, żona artysty, tłumaczyła później, że Bernie chciał, aby cztery zeszyty tworzyły wizualnie spójną całość, i był przekonany, że styl Jonesa dobrze zgra się z jego własnym.
Różnicę między rysownikami oczywiście widać. Jones rysuje po swojemu, choć trzyma się kompozycji zaplanowanych przez Wrightsona. Na mnie ostatnie strony zadziałały jak wspólne pożegnanie dwóch przyjaciół i właśnie dlatego zrobiły tak duże wrażenie.
Polskie wydanie od KBoom to album w dużym formacie i twardej oprawie, w przekładzie Marka Starosty. Na początku znajdziemy osobisty wstęp Nilesa, w którym żegna się z przyjacielem. Na końcu jest galeria niepublikowanych wcześniej szkiców i layoutów Wrightsona. Pierwszy nakład z 2019 roku się wyprzedał, a w 2023 roku wydawnictwo wznowiło album z nową okładką.

Więcej komiksów na Twoim radarze.
Nowe tytuły, ciekawe recenzje i najważniejsze wydarzenia. Prosto na e-mail.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
Przy „Potwornej kolekcji” żałowałem, że wspólny świat Nilesa i Wrightsona urwał się w pół zdania. „Frankenstein żyje, żyje!” skończyłby się tak samo, gdyby nie Kelley Jones. Dzięki niemu dostajemy zamkniętą historię i zarazem ostatni komiks artysty, który przez kilkadziesiąt lat wracał do jednego potwora i sprawił, że czytelnik mu współczuje. Jeśli macie już na półce „Potworną kolekcję”, ten album powinien stanąć tuż obok niej.
| Tytuł | Frankenstein żyje, żyje! |
| Wydawca | KBOOM |
| Scenarzysta | Steve Niles |
| Rysownicy | Bernie Wrightson, Kelley Jones |
| Tłumacz | Marek Starosta |
| Rok wydania | 2019 (wyd. I), 2023 (wyd. II) |
| Format | 199×305 mm |
| Okładka | twarda |
| Liczba stron | 104 |
| Cena okładkowa | 79 zł (wyd. II) |
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.




