"Goran. Żywokamień" - recenzja czwartego i ostatniego tomu
Jest taki moment w każdej serii, kiedy autor musi pozbierać wszystko, co rozsypał po poprzednich tomach, i ułożyć z tego coś, co ma sens. Bywa, że finał rozczarowuje, bo łatwiej zawiązać intrygę niż ją rozwiązać. "Żywokamień" tej pułapki na szczęście unika.
To już czwarty, finałowy tom pełnoprawnej polskiej serii fantasy od Andrzeja i Mikołaja Graniaków. Szybko zleciało - pamiętam, jak kupowałem pierwszy album "na próbę" podczas Radomskich Spotkań z Komiksem i Mangą w 2023 roku. Seria mi się podobała, o czym wielokrotnie pisałem już na łamach bloga. A podobała się do tego stopnia, że zostaliśmy jej patronem medialnym. Logo bloga znajdziecie na tylnej okładce komiksu.
Goran wraca na kontynent. Razem z Robem i jeńcami uwolnionymi z goblińskiej niewoli zmierza do zamku Al-Balar, żeby odnaleźć Irmę. W ruinach twierdzy trafia jednak na Mathgamana, który mimo upadku zamku nie przerwał swoich eksperymentów na goblinach. Drugi wątek prowadzi Irmę i Siewcę Kamieni do Izaad Kal. Tam wychodzi na jaw, że Kajmakan szuka czegoś w górach Uttur. Tym czymś jest żywokamień, zasiany niegdyś przez samego Siewcę i pół wieku wcześniej zniszczony w magiczny sposób. Drogi bohaterów schodzą się w górach, a goblińskie hordy Kajmakana nie zamierzają nikomu ułatwiać sprawy. Finałowa konfrontacja jest dokładnie tam, gdzie powinna być, choć autorzy dawkują napięcie po swojemu, nie spiesząc się ze spektaklem.

Rysunek to wciąż największy atut serii i w czwartym tomie Andrzej Graniak nie zwalnia. Czarno-biała kreska buduje mrok, który w tej historii nie jest ozdobnikiem, tylko stanem świata. Kadry walki mają ciężar, a sceny ciszy oddech. Widać, że rysuje je ktoś, kto wie, jak działa łuk, bo Goran strzela tak, jak strzela się naprawdę, a nie tak, jak strzelają bohaterowie, których narysował ktoś, kto łuku nigdy w ręku nie trzymał. Graniak czynnie uprawia łucznictwo tradycyjne i to widać na każdej planszy z napiętą cięciwą.

Scenariusz Mikołaja Graniaka domyka wątki, których przez trzy tomy uzbierało się sporo. Goran pozostaje bohaterem ukształtowanym przez stratę, a "Żywokamień" daje tej stracie jakieś rozwiązanie, nie udając przy tym, że da się ją cofnąć. To dojrzałe podejście do postaci.

Tom liczy 56 stron i przy ilości wątków do zamknięcia momentami czuć, że historia chętnie oddychałaby szerzej. Kilka rozwiązań przychodzi szybciej, niż chciałby czytelnik, który spędził z Goranem cztery albumy. To nie jest zarzut, raczej żal, że dobrego było mało. Osoby sięgające po "Żywokamień" bez znajomości poprzednich części poczują się zagubione, ale to akurat naturalna cena finału.

Dla każdego, kto czytał poprzednie tomy, wybór jest oczywisty. Jeśli zaczynaliście "Goranem", musicie wiedzieć, jak to się skończy. Nie zawiedziecie się. Dla nowych czytelników to wciąż argument, żeby zacząć od "Znamienia" i przejść całą drogę. Polskie fantasy komiksowe rzadko dostaje domknięte, czteroczęściowe sagi rysowane z taką konsekwencją. "Goran" jest jedną z nich i warto mieć go na półce w komplecie. Polecam!
