Koniec pewnej ery. „Star Wars. Wielka Republika. Strach Jedi” – recenzja komiksu
„Wielka Republika” od samego początku była przedsięwzięciem wyjątkowym. Zamiast opowiedzieć jedną historię w jednej serii książek czy komiksów, Lucasfilm zdecydował się stworzyć rozbudowany projekt wydawniczy obejmujący powieści dla dorosłych, młodzieży i młodszych czytelników, komiksy Marvela i Dark Horse'a, słuchowiska oraz opowiadania. Wszystkie te elementy wzajemnie się uzupełniają, tworząc jedną, spójną opowieść o złotej erze Zakonu Jedi, rozgrywającą się około dwustu lat przed wydarzeniami z „Mrocznego widma”.
Polscy czytelnicy mogli śledzić ten projekt dzięki współpracy dwóch wydawnictw. Egmont odpowiadał za komiksy Marvela, natomiast Olesiejuk publikował kolejne powieści. Był to odważny eksperyment, który pozwolił także w Polsce doświadczyć „Wielkiej Republiki” w sposób zbliżony do zamysłu twórców.
„Star Wars. Wielka Republika. Strach Jedi” jest zwieńczeniem głównej marvelowskiej serii autorstwa Cavana Scotta. To komiks, który nie próbuje wprowadzać nowych bohaterów ani budować kolejnych tajemnic. Czas na to minął. Tutaj wszystkie najważniejsze wątki zmierzają już do finału. Jedi przygotowują się do ostatecznej konfrontacji z Marchionem Ro i Nihilami, stawka osiąga najwyższy możliwy poziom, a wojna, która trwa od kilku lat, zbiera swoje ostateczne żniwo.

Największą zaletą albumu jest to, że Cavan Scott doskonale rozumie, iż finał nie powinien polegać wyłącznie na coraz większych eksplozjach i coraz liczniejszych bitwach. Owszem, akcji tutaj nie brakuje. Walki są dynamiczne, tempo praktycznie nie zwalnia, a kolejne wydarzenia prowadzą bohaterów ku nieuniknionej konfrontacji. Jednocześnie autor nie zapomina, że siłą „Wielkiej Republiki” od początku byli przede wszystkim bohaterowie.
Keeve Trennis od lat pozostaje jedną z najlepiej napisanych postaci całego projektu. Nie jest nieomylnym mistrzem Jedi ani kolejnym wybrańcem losu. Popełnia błędy, wątpi, podejmuje trudne decyzje i niejednokrotnie musi wybierać pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co konieczne. Scott konsekwentnie rozwija jej historię od pierwszych zeszytów serii i właśnie w „Strachu Jedi” zbiera owoce kilku lat prowadzenia tej bohaterki. Podobnie wygląda sytuacja z pozostałymi postaciami. Autor nie traktuje ich jak pionków potrzebnych wyłącznie do rozegrania wielkiej bitwy. Każda z nich wnosi do historii własne doświadczenia, własne lęki i własne motywacje. Dzięki temu nawet sceny akcji mają odpowiedni ciężar emocjonalny. Czytelnik rozumie, o co walczą bohaterowie i ile mogą stracić.

Na uwagę zasługuje również sam tytuł komiksu. „Strach Jedi” nie odnosi się wyłącznie do zagrożenia zewnętrznego. To opowieść o ludziach, którzy przez lata byli symbolem odwagi i nadziei, a teraz sami muszą zmierzyć się z własnym lękiem. Nie chodzi wyłącznie o strach przed śmiercią. Równie istotny staje się strach przed porażką, utratą bliskich czy świadomością, że nawet Jedi nie są w stanie ocalić wszystkich.
Od strony wizualnej album prezentuje bardzo wysoki poziom. Marika Cresta świetnie odnajduje się zarówno w kameralnych rozmowach, jak i wielkich scenach bitewnych. Jej kadry są czytelne, dynamiczne i pełne detali, ale nigdy nie sprawiają wrażenia przeładowanych. Szczególnie dobrze wypadają sceny z udziałem Bezimiennych, których obecność niezmiennie budzi niepokój. Jim Campbell z kolei doskonale operuje kolorem, dzięki czemu poszczególne lokacje mają własny charakter, a dramatyczne momenty zyskują dodatkową siłę wyrazu.
Nie oznacza to jednak, że album jest pozbawiony wad.
Największym problemem „Strachu Jedi” nie jest nawet sam komiks, lecz sposób, w jaki został wydany w Polsce.
To temat, którego nie sposób pominąć.

Od początku „Wielka Republika” była projektowana jako jedna historia opowiadana równocześnie w różnych mediach. Owszem, można czytać wyłącznie komiksy albo wyłącznie powieści, ale pełnię obrazu otrzymuje się dopiero wtedy, gdy śledzi się oba nurty jednocześnie. Twórcy wielokrotnie podkreślali, że nie chodzi o osobne serie, lecz o jeden wielki projekt wydawniczy.
Tym bardziej dziwi decyzja o polskiej kolejności publikacji.
„Strach Jedi” trafił do sprzedaży jeszcze przed wydaniem finałowej powieści zamykającej cały projekt. W efekcie komiks zdradza wydarzenia, które z punktu widzenia czytelnika książek powinny być niespodzianką. Dowiadujemy się o losach kilku ważnych bohaterów, poznajemy konsekwencje kluczowych wydarzeń i otrzymujemy informacje, które w książkowym finale miały wywołać znacznie większy efekt emocjonalny. Podczas lektury tego komiksu dowiedziałem się, że ta czy inna postać zginęła... a w nadchodzącej powieści "Pokusy Mocy" są one obecne. No i taki miałem mały mindfuck. To nie jest pojedynczy drobiazg czy subtelne nawiązanie. To informacje, które dla czytelników śledzących przede wszystkim powieści mogą mieć naprawdę duże znaczenie. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że polski odbiorca został postawiony przed niepotrzebnym wyborem: albo przeczytać komiks od razu i zepsuć sobie część książkowego finału, albo odłożyć go na półkę i wrócić dopiero po zakończeniu całego cyklu.
Szkoda, bo wystarczyłoby chwilowo zawiesić premierę wydania tego komiksu, by problem praktycznie nie istniał. Tym bardziej że w zagranicznym harmonogramie finałowe publikacje były ze sobą ściśle skoordynowane jako element kończący całą inicjatywę wydawniczą.

Nie jest to oczywiście wada samego scenariusza Cavana Scotta. Wręcz przeciwnie. To właśnie dlatego problem tak mocno rzuca się w oczy. „Strach Jedi” bardzo dobrze spełnia rolę finału komiksowej części „Wielkiej Republiki”. Domyka wieloletnie wątki, daje bohaterom satysfakcjonujące zakończenia i pozostawia czytelnika z poczuciem, że uczestniczył w czymś większym niż kolejna przygoda Jedi. Scott po raz kolejny udowadnia również, że był jednym z architektów całego projektu. Doskonale czuje jego bohaterów, pamięta o wydarzeniach sprzed kilku faz i potrafi wykorzystać nawet pozornie drugoplanowe motywy. Dzięki temu finał nie sprawia wrażenia napisanej na szybko kulminacji, lecz naturalnego zwieńczenia historii rozwijanej od 2021 roku.
„Strach Jedi” jest więc bardzo dobrym komiksem. Dynamicznym, emocjonalnym i świetnie narysowanym. To godne zakończenie jednej z najciekawszych serii komiksowych ostatnich lat w świecie „Gwiezdnych wojen”.
Paradoksalnie największym problemem albumu okazuje się nie jego treść, ale okoliczności wydania. I właśnie dlatego po lekturze pozostaje pewien niedosyt. Nie dlatego, że Cavan Scott zawiódł. Wręcz przeciwnie - stworzył finał, który spełnia oczekiwania. Szkoda jedynie, że polska kolejność publikacji odebrała części czytelników możliwość przeżycia zakończenia całego projektu dokładnie w taki sposób, w jaki zaplanowali je jego twórcy.
Mimo zastrzeżeń dotyczących kolejności wydania, „Strach Jedi” sprawił mi ogromną przyjemność. Przez kilka lat trwania serii zdążyłem naprawdę zżyć się z jej bohaterami. Keeve Trennis wyrosła na jedną z najciekawszych Jedi stworzonych w nowym kanonie, Sskeer okazał się również ciekawą postacią, początkowo za nim nie przepadałem, ale z biegiem czasu zacząłem go darzyć sympatią, Lourna Dee przeszła jedną z najbardziej poruszających przemian w całym projekcie, a przy okazji okazała się postacią znacznie bardziej niejednoznaczną, niż mogłoby się wydawać przy pierwszym spotkaniu. To właśnie dzięki takim bohaterom finał wojny z Nihilami ma odpowiedni ciężar emocjonalny i nie sprowadza się wyłącznie do efektownych bitew. Tym bardziej żałuję, że album kończy się tak szybko. Chętnie spędziłbym z tymi postaciami jeszcze kilkadziesiąt stron, bo Cavan Scott udowodnił, że zasłużyły na miejsce w gronie najbardziej udanych bohaterów współczesnych „Gwiezdnych wojen”.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.
"Wielka Republika. Strach Jedi."
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.