Latająca forteca. Recenzja komiksu

Latająca forteca. Recenzja komiksu

Kto z was nie kojarzy „incydentu” z Roswell z 1947 roku? Kto nie oglądał serialu „Z Archiwum X” czy filmu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”? A teraz wyobraźcie sobie kontakt z czymś pozaziemskim nie na terenie USA, nie w amerykańskim sosie popkultury, lecz w Europie. W faszystowskich Włoszech pod przywództwem Mussoliniego, w 1933 roku.

Oczywiście komiks, o którym za chwilę przeczytacie, to autorska fantazja duetu Lorenzo Palloni - Miguel Vila. Ale kto da nam stuprocentową gwarancję, że coś podobnego - choćby w szczątkowej formie - nigdy się nie wydarzyło?


Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy serwuje nam niezwykle oryginalną opowieść w albumie „Latająca forteca”. Do tej publikacji przyciągnęło mnie przede wszystkim nazwisko Miguela Vili. Jego „odrażająca” kreska i odjechane wizje z „Mlecznej drogi” (wyd. Kultura Gniewu) tak mocno wryły mi się w pamięć, że nie mogłem przejść obok „Latającej fortecy” obojętnie. I przyznam wprost - nie zawiodłem się.

Na początku poznajemy tajemniczą starszą kobietę, która zaczyna snuć opowieść o wydarzeniach sprzed sześćdziesięciu lat. Cofamy się w czasie, by spotkać zagadkowego, podstarzałego więźnia pilnowanego w wyjątkowo osobliwy sposób. Różowy jegomość prowadzi nas prosto do sedna tej historii.

Lato 1933 roku, niewielka wioska Vergiate. Dziadek z wnuczkiem podczas wieczornego wypasu krów stają się świadkami katastrofy dziwnego obiektu latającego. Giną zwierzęta. Ginie dziecko. Dziadek popada w obłęd. Wydarzenie natychmiast elektryzuje lokalną społeczność - fascynacja miesza się ze strachem. Aurelio, młody chłopak marzący o karierze fotoreportera, chwyta aparat i pędzi w stronę miejsca katastrofy, by zdobyć materiał życia.

Upadek tajemniczego obiektu błyskawicznie przyciąga uwagę nie tylko lokalnych władz. Sprawa odbija się szerokim echem w stolicy, skąd Duce wysyła przedstawicieli Gabinetu Politycznego, by wyjaśnić sytuację. Wojsko działa sprawnie, niemal mechanicznie. Teren zostaje odgrodzony, świadkowie odseparowani, oficjalna wersja wydarzeń zaczyna się krystalizować. I właśnie w tym momencie komiks przestaje być historią o zagadce, a skręca w stronę paranoi. Obiekt nie stanowi już wyłącznie fizycznego zagrożenia - staje się problemem politycznym, ideologicznym i naukowym.

Na scenę wkracza Guglielmo Marconi. Palloni robi z nim rzecz niezwykle ciekawą: nie burzy mitu wielkiego uczonego, lecz nadaje mu nowe odcienie. Marconi w „Latającej fortecy” jest symbolem wiary w komunikację, w fale radiowe, w możliwość dotarcia do tego, co niewidzialne. I właśnie dlatego zostaje wciągnięty w próbę zrozumienia czegoś, co być może nie chce - albo nie potrafi - zostać zrozumiane.

Fabuła rozwija się powoli, niemal podskórnie. Nie znajdziemy tu spektakularnych zwrotów akcji co kilka stron. Zamiast tego narasta poczucie, że sytuacja wymyka się spod kontroli, choć wszyscy uparcie twierdzą, że panują nad nią w stu procentach. Palloni płynnie zmienia ton: z tajemnicy przechodzi w thriller polityczny, by następnie zanurzyć się w opowieści o epistemologicznej klęsce. O tym, co dzieje się, gdy nauka i władza stają naprzeciw czegoś, na co nie mają narzędzi ani języka.

W tym wirze zdarzeń interesująco poprowadzony jest wątek Aurelia i wspierającej go przyjaciółki Benedetty, ale także Attilia - zagorzałego wyznawcy faszyzmu, który po latach wraca do rodzinnej wioski, by rozwikłać tajemnicę katastrofy. Każda z tych postaci wnosi do opowieści inny punkt widzenia, inne emocje, inne napięcie.

Zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, a rozwój wydarzeń zmierza w zaskakującym kierunku. W tym miejscu powiem „stop” - historia zawarta w komiksie pełna jest grozy i mocnych zwrotów, których nie chcę zdradzać.

Świat „Latającej fortecy” momentami przywodzi na myśl najlepsze odcinki „Z Archiwum X”, ale pozbawione amerykańskiej egzaltacji. Bliżej mu zdecydowanie do europejskiej tradycji niepokoju. To rzeczywistość, w której największym zagrożeniem nie jest obcy obiekt, lecz ludzka potrzeba kontrolowania narracji.

Scenariusz Palloniego to kawał solidnej pracy. Owszem, można odnieść wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać rozwinięte szerzej, ale w ogólnym rozrachunku niedopowiedzenia działają na korzyść opowieści. Budują napięcie, zostawiają przestrzeń na interpretację, zmuszają czytelnika do myślenia.

I teraz najważniejsze: Miguel Vila. Bez jego rysunków „Latająca forteca” byłaby poprawnym, może nawet bardzo dobrym komiksem. Dzięki jego ilustracjom staje się przejmującym doświadczeniem wizualnym.

Vila to artysta, który myśli kadrem jak filmowy reżyser. Jeśli czytaliście „Mleczną drogę”, doskonale wiecie, o czym mowa.

Plansze są przemyślane od pierwszej do ostatniej strony, często ascetyczne, z wyraźnie wyczuwalną przestrzenią. Postacie bywają zepchnięte na margines, przytłoczone architekturą, pejzażem czy maszynami. To wizualny komentarz do treści: jednostka wobec systemu, człowiek wobec nieznanego. Kadry o mniejszym formacie nadają rytm narracji i wyznaczają tempo opowieści. Są sekwencje niemal statyczne, kontemplacyjne, ale są też momenty, gdy obraz nagle przyspiesza, skraca oddech i potęguje napięcie.

Kolorystyka uderza w zmysły czytelnika. Dominują chłodne, stonowane palety, a gdy pojawia się charakterystyczny, obcy róż - działa niczym sygnał alarmowy. Vila operuje barwą jak dźwiękiem w filmie: oszczędnie, lecz z chirurgiczną precyzją.

Bohaterowie są wyraziści, momentami wręcz odpychający w swojej fizyczności. Silnie oddziałują na psychikę czytelnika, zostają w głowie.

To jeden z tych przypadków, gdy warstwa graficzna nie tylko napędza komiks, ale nadaje mu głębszy sens. Warto po ten album sięgnąć dla samych ilustracji. Choć wiem, że dla wielu czytelników, ta forma ilustracyjnej ekspresji wyda się zbyt brzydka i odpychająca.

Mnie ta historia kupiła. Wciągnęła bez reszty. Jeśli cenisz europejski komiks operujący atmosferą, obrazem i ciszą - to pozycja obowiązkowa. A jeśli śledzisz rozwój Miguela Vili, dostaniesz kolejny dowód, że mamy do czynienia z artystą naprawdę wyjątkowym.

Na koniec drobna uwaga do redakcji. Na wewnętrznej stronie okładki widnieje informacja, że wydarzenia z komiksu wyprzedzają te z Roswell o trzydzieści lat. Podejrzewam, że to błąd w tłumaczeniu. Incydent w Roswell miał miejsce 2 lipca 1947 roku. Warto przed oddaniem publikacji do druku dokładnie weryfikować fakty. Ten drobny zgrzyt nie wpływa jednak znacząco na końcową ocenę.

Mocne 7/10.

Informacje o komiksie
Tytuł „Latająca forteca”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenariusz Lorenzo Palloni
Ilustracje Miguel Vila
Tłumacz Agnieszka Bienias
Rok wydania 2025
Format 174x240 mm
Okładka miękka
Liczba stron 206 (kolor)
Cena okładkowa 99,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Mleczna droga. Recenzja komiksu
komiks Mleczna Droga recenzja, Miguel Vila, thriller psychologiczny, erotyczny komiks, Kultura Gniewu, Premio Micheluzzi, Comic Barcelona, Festiwal Komiksu Angoulême, relacje miłosne, moralne dylematy, seksualna obsesja, kontrowersje, blog o komiksach, warstwa graficzna, psychologiczne napięcie, groteska, hipokryzja, toksyczność, emocjonalna burza, komiks dla dorosłych, realistyczne dialogi.

Read more