„Przyczajona groza", czyli Lovecraft, którego czyta się szybko
„Światy H. P. Lovecrafta. Tom 1" od BestComics to czarno-biała adaptacja czterech wczesnych opowiadań mistrza grozy. Lovecraft sprzed mitologii Cthulhu, podany w skondensowanej, czytelnej formie. Klimatu trochę ubywa, ale czyta się to znacznie lżej niż prozę.
Z Lovecraftem mam pewien problem, do którego przyznają się chyba wszyscy jego fani, tylko nie wszyscy głośno. Jego prozę uwielbiam, ale czyta się ją ciężko. To gęste ściany tekstu, zdania ciągnące się przez pół strony, narracja oparta na relacji i nawarstwianiu sugestii zamiast na konkretnych scenach. „Światy H. P. Lovecrafta. Tom 1", który ukazał się nakładem BestComics, rozwiązuje ten problem w najprostszy możliwy sposób: zamienia prozę na kadry.

Efekt jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po adaptacji komiksowej. Tekst zostaje skondensowany, podany w bardziej współczesny sposób, czyta się go szybko i bezboleśnie. Coś za coś – ubywa trochę tego specyficznego, dusznego klimatu, który u Lovecrafta bierze się właśnie z rozwlekłości i niedopowiedzenia. Ale dla mnie to uczciwy kompromis. Dostajemy sprawną publikację, którą można przejść w jeden wieczór, a klimat i tak częściowo się broni.
Co dokładnie dostajemy
Tom liczy 112 stron w twardej oprawie i zbiera cztery adaptacje: „Grobowiec", „Alchemik", „Poza murem snu" oraz „Przyczajoną grozę". Za scenariusz odpowiada Steven Philip Jones, za rysunki Octavio Cariello. Polskie wydanie ukazało się pod koniec maja 2026 roku w cenie okładkowej 54 zł. Jak podaje wydawca, część historii trzyma się blisko oryginałów, a część jest swobodniejszą interpretacją.

Warto wiedzieć, w co się wchodzi. Nie jest to zbiór największych przebojów Lovecrafta. Nie ma „Zewu Cthulhu", nie ma „Koloru z przestworzy", nie ma „W górach szaleństwa". Zamiast tego dostajemy Lovecrafta wczesnego, sprzed mitologii Cthulhu, jeszcze mocno gotyckiego i pulpowego. Oryginalne opowiadania powstawały na przestrzeni kilku lat: „Alchemik" w 1916 roku, „Poza murem snu" w 1919, „Grobowiec" w 1922, a „Przyczajona groza" w odcinkach w 1923. To w gruncie rzeczy przekrój przez młodego autora, który dopiero szukał swojego języka.

I to mi się akurat podoba. „Alchemik" Lovecraft napisał jako nastolatek i widać to – klątwa, stary ród, dziedziczona wina, fatalistyczny los. Czysty, klasyczny gotyk. „Grobowiec" to obsesja, genealogia i psychiczny rozpad. Według lovecraftowskich opracowań inspiracją miała być wizyta autora na cmentarzu w Warwick w Rhode Island, gdzie odwiedził grób dalekiego krewnego. „Poza murem snu" jest najbardziej ideowe, bo to już sen, telepatia i kontakt z czymś większym niż człowiek - zapowiedź późniejszej kosmicznej grozy. A „Przyczajona groza" to najczystsza pulpa: odludzie, stary dom, tajemnicze morderstwa i potworność pod powierzchnią. Drukowana pierwotnie w odcinkach w magazynie „Home Brew".
Czerń, biel i klimat starego horroru
Komiks jest czarno-biały, bo to album o rodowodzie indie, z kręgu Caliber Comics i jego imprintu Tome Press, gdzie czarno-biała groza była normą. Strona lovecraft.fandom.com podaje, że cykl „H.P. Lovecraft's Worlds" zaczynał jako zeszyty, później został zebrany w tomy.

Cariello, brazylijski rysownik z doświadczeniem w komiksie superbohaterskim (pracował m.in. przy „Green Lanternie", „Deathstroke" i „Black Lightning") i horrorowym, prowadzi to wszystko w stronę nastrojowej, brudnej grozy. Czerń i biel pasują tu do pulpowego charakteru tekstów.
Adaptowanie Lovecrafta jest z definicji ryzykowne, bo on często nie opowiadał scenami, tylko relacją i narastającą sugestią. Komiks musi pokazać to, co u niego bywało „niewyrażalne", i nie zawsze udaje się to w stu procentach. Ale Jones nie próbuje uwspółcześniać Lovecrafta na siłę ani robić z niego efektownego blockbustera. Po prostu przepuszcza go przez język czarno-białego komiksu gatunkowego.
Dla kogo to jest
Nie ma co owijać w bawełnę: rewolucji tu nie ma. Za granicą album ma odbiór umiarkowany, na Goodreads w okolicach 3 na 5 przy niewielkiej liczbie ocen, więc nikt tu nie krzyczy o arcydziele. To pozycja niszowa, ciekawa bibliograficznie, odkurzone curiosum z lat 90.
Ale wiecie co? Bardzo fajna publikacja i sięgnę po kolejne tomy. Jeśli lubicie klimat „Dylan Doga" albo stare „Opowieści z dreszczykiem", traficie tu we właściwe miejsce – ta sama estetyka czarno-białej, lekko pulpowej grozy, którą czyta się dla nastroju, a nie dla wstrząsu. Dla fanów Lovecrafta ciekawych jego mniej oczywistego, młodzieńczego oblicza to po prostu przyjemna rzecz. Nie definitywna komiksowa wersja mistrza grozy, tylko sympatyczny ukłon w stronę klasyki, podany w formie, którą da się przeczytać bez przedzierania się przez ściany tekstu.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.