"Maestria". Recenzja komiksu

"Maestria". Recenzja komiksu

Jest jakaś magia w samym czytaniu. Nie mam nawet na myśli tego, co dzieje się w opowieści, tylko ten prosty moment, kiedy bierzemy komiks do ręki i właściwie bez zastanowienia wiemy, co mamy robić. Otwieramy go, zaczynamy od początku, wzrok sunie od lewej do prawej, przewracamy stronę i lecimy dalej. Po tylu latach to już czysty automat, coś tak naturalnego, że człowiek nawet nie zauważa, jak wiele reguł przyjmuje bez pytania.

Oczywiście jest jeszcze manga, z którą mam zresztą cały czas pod górkę. Wiem, że czytanie od prawej do lewej jest dla jej odbiorców czymś zupełnie naturalnym, ale mój mózg za każdym razem potrzebuje chwili, żeby przestawić zwrotnicę i przestać uparcie szukać początku tam, gdzie go nie ma. Niby drobiazg, a świetnie pokazuje, jak mocno sposób czytania potrafi wejść człowiekowi w krew.

Ale co zrobić z komiksem, który każe czytać tylko górną połowę strony, ignorować kadry znajdujące się poniżej, dojść do końca, a potem obrócić cały album do góry nogami i zacząć wszystko od nowa? Pierwsza reakcja jest oczywista: co tu się, do cholery, dzieje? Druga pojawia się chwilę później i jest znacznie ciekawsza - skoro autor już na wejściu potrafił sprawić, że znowu muszę nauczyć się czytać komiks, to może właśnie na tym polega część tej magii.

I dokładnie od takiego przyjemnego zamieszania zaczęła się moja przygoda z „Maestrią”.

Już samo pojawienie się „Maestrii” na polskim rynku było dla mnie sporym, ale bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Kultura Gniewu po raz kolejny sięgnęła po rzecz, która nie należy do najbardziej oczywistych komiksowych wyborów, i w 2026 roku wydała ją w przekładzie Olgi Mysłowskiej. Tym bardziej warto zwrócić na ten album uwagę, że za wszystkim stoi właściwie jeden człowiek. Aurélien Lozes odpowiada zarówno za scenariusz, jak i rysunki, a „Maestria” jest jego pełnowymiarowym debiutem komiksowym. We Francji ukazała się w 2024 roku nakładem Komics Initiative pod tytułem „L’Orfèvre”, choć autor rozpoczął pracę nad nią już w 2012 roku i spędził nad projektem blisko dekadę.

Album szybko namieszał na frankofonnym rynku komiksowym, zdobywając kilka nagród i wyróżnień.

„Maestria” ma dwie równorzędne okładki, a czytelnik sam może zdecydować, od której strony rozpocznie lekturę. Niby nic skomplikowanego, gdy już zna się zasadę. Tyle że przez pierwszych kilka stron oczy uparcie próbują podglądać to, czego jeszcze nie powinienem czytać. Mózg dostał ode mnie chwilę na protest, po czym przestawił wajchę. I wtedy zaczęła się naprawdę ciekawa zabawa.

Pierwsza z dwóch dróg prowadzi do współczesnego Paryża. Na ulicach trwają demonstracje, napięcie między protestującymi a policją rośnie, a kolejne zamieszki sprawiają, że funkcjonariusze mają wystarczająco dużo problemów nawet bez następnego trupa. Właśnie wtedy inspektor Cisife trafia na miejsce wyjątkowo brutalnego morderstwa. To od tej zbrodni zaczyna się jego śledztwo, choć niemal od początku pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Przy zwłokach odnalezione zostają dokumenty należące do Justine, żony wpływowego biznesmena Faustiniena Galtona. Trop wydaje się oczywisty tylko przez chwilę. Galton kieruje uwagę policji na radykalnych aktywistów, z którymi kobieta miała utrzymywać kontakty, a Cisife zaczyna przedzierać się przez środowisko, w którym mieszają się polityka, duże pieniądze, społeczne napięcia i interesy ludzi przyzwyczajonych do tego, że ich wersja wydarzeń znaczy więcej niż cudza. Im dalej posuwa się śledztwo, tym trudniej traktować znalezione dokumenty jak prostą odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest zamordowana kobieta i dlaczego zginęła.

Jeśli jednak zaczniemy „Maestrię” od drugiej strony, Lozes wrzuca nas w zupełnie inne miejsce i od razu rozbija to, co zdążyliśmy sobie poukładać. Spotykamy żywą Justine, zagubioną w ciemnych podziemiach, brodzącą w wodzie i szukającą drogi na powierzchnię. Kiedy wreszcie udaje jej się wydostać, trafia na Philippe’a - drugiego z ważnych policjantów tej historii, który próbuje odnaleźć swojego zaginionego partnera. Ich spotkanie nie daje jednak żadnemu z nich chwili wytchnienia. Wokół nadal trwa uliczny chaos, sytuacja szybko robi się niebezpieczna i oboje zostają zmuszeni do ucieczki. Od tej chwili Philippe staje się dla tego wątku tym, kim Cisife jest dla pierwszego: przewodnikiem po drugiej stronie tej samej zagadki. Jeden zaczyna od martwej kobiety i próbuje ustalić, co doprowadziło do zbrodni, drugi spotyka Justine żywą i razem z nią przedziera się przez miasto, w którym z każdą kolejną ulicą coraz trudniej ufać temu, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się pewne. Oba wątki prowadzą w stronę tej samej tajemnicy, ale robią to z przeciwnych kierunków, więc zależnie od wybranej na początku okładki najpierw poznajemy zupełnie inny zestaw faktów, ludzi i podejrzeń.

Po pewnym czasie dotarło do mnie, że Lozes miesza nie tylko kierunki lektury, ale również sam czas. I robi to bez żadnego ostrzeżenia. Bohaterowie idą dalej, rozmawiają, uciekają, prowadzą śledztwo, a Paryż wokół nich po prostu zaczyna się zmieniać. Najpierw znika jakiś współczesny detal, za chwilę inaczej wyglądają mundury, broń, samochody czy szyldy i nagle łapię się na tym, że jestem już w zupełnie innej epoce. W zależności od tego, z której strony rozpocząłem lekturę, przesuwam się przez dzieje miasta ku współczesności albo odwrotnie - od dzisiejszych protestów, przez okupację i Komunę Paryską, aż po rewolucyjną Francję. I właśnie ta płynność zrobiła na mnie największe wrażenie, bo granice pomiędzy kolejnymi okresami właściwie przestają istnieć.

Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że za tym pomysłem stoi coś więcej niż chęć popisania się konstrukcją. Lozes zestawia ze sobą kolejne momenty historii Paryża tak, żeby pokazać, jak łatwo pewne sytuacje zaczynają się ze sobą rymować. Zmieniają się nazwiska, hasła oraz powody, dla których ludzie wychodzą na ulice, ale emocje napędzające te konflikty pozostają zaskakująco podobne. Gniew, strach, poczucie krzywdy, przemoc, walka o władzę - wszystko to wraca w nowych dekoracjach. Dzięki temu cofanie się w czasie nie jest tylko efektownym numerem narracyjnym. Staje się jednym z najważniejszych elementów całej opowieści, bo pokazuje, że historia w „Maestrii” nie tyle się kończy, co co jakiś czas zmienia kostium.

I właśnie przy tej wędrówce przez kolejne warstwy historii Lozes dorzucił jeszcze coś, co szczególnie mnie ujęło - prawdziwych ludzi. Najmocniej zatrzymałem się przy Simonie Cukrze. W pewnym momencie policjant spisuje jego dane: data i miejsce urodzenia - 11 maja 1910 roku, Radom. Dla kogoś innego to pewnie tylko kolejna informacja w kadrze, dla mnie już niekoniecznie. Sam pochodzę z Radomia, więc widok nazwy mojego miasta w takim miejscu był nie tylko miłą niespodzianką, ale też czymś więcej.

Cukier rzeczywiście urodził się w Radomiu, później wyemigrował do Francji, działał jako Alfred Grant i związał się z żydowskim ruchem oporu podczas okupacji. I nagle cała zabawa Lozesa z historią przestała być dla mnie wyłącznie ciekawym zabiegiem narracyjnym. Pomyślałem o tym, jak przedziwnie potrafią układać się ludzkie losy - człowiek urodzony w moim rodzinnym mieście po latach staje się częścią historii rozgrywającej się w odległym kraju, a ponad sto lat później trafia jeszcze na karty francuskiego komiksu. Jeśli ktoś go nie zna, może po prostu czytać dalej. Ja oczywiście nie mogłem. Musiałem sprawdzić, kim był Simon Cukier, i właśnie takie drobne spotkania prawdziwej historii z fikcją są jednym z tych elementów „Maestrii”, które sprawiły mi podczas lektury najwięcej frajdy.

Oczywiście już od pierwszych kadrów - niezależnie od tego, od której strony zaczniemy lekturę - pojawia się skojarzenie z serią „Blacksad”. Kryminał, antropomorficzne zwierzęta, policjanci, przestępcy, polityczne napięcia. Na szczęście po kilku stronach podobieństwa zaczynają się rozchodzić. Lozes nie kopiuje jednak bezmyślnie rozwiązań Guarnido. Zamiast malarskiej elegancji dostajemy gęsty, czarno-biały rysunek, chwilami wręcz chropowaty. Również zwierzęce głowy nie zawsze działają jako prosty kod charakterologiczny. Czasami mam wręcz poczucie, że służą przede wszystkim szybkiemu rozpoznawaniu postaci w bardzo rozbudowanej obsadzie. I dobrze, bo przy tej konstrukcji dodatkowa czytelność naprawdę się przydaje.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, bardzo szybko widać, ile cierpliwości Lozes musiał włożyć w te plansze. Jego rysunek jest gęsty, szczegółowy i oparty na mozolnym budowaniu obrazu z tysięcy drobnych kresek. Czerń nie jest tutaj płaską plamą - autor buduje ją szrafowaniem, kolejnymi warstwami linii i kontrastami. Dzięki temu Paryż ma odpowiednią fakturę: jest brudny, ciężki, chwilami wręcz przytłaczający. Jednocześnie Lozes potrafi wydobyć z tej gęstwiny bardzo dużo światła. Biel twarzy, fragment ulicy czy pojedynczy element wnętrza potrafią mocno wybić się z kompozycji. Brak koloru nie jest więc żadnym ograniczeniem. Wręcz przeciwnie - czarno-biała szata świetnie pasuje do kryminalnego charakteru historii i jeszcze mocniej podkreśla jej niepokojący ton.

Lozes dobrze radzi sobie również z kadrowaniem i prowadzeniem akcji. Przez dużą część albumu trzyma się dość uporządkowanej kompozycji, co przy tak nietypowym sposobie czytania jest wręcz konieczne. Dzięki temu nie gubiłem się jeszcze bardziej w układzie plansz. Kiedy jednak akcja przyspiesza, autor potrafi ten porządek rozbić: pojawiają się skosy, zbliżenia, gwałtowne cięcia, a większą rolę zaczynają odgrywać onomatopeje. Sceny bójek czy pościgów nie są więc statycznym pokazem ładnych rysunków. Mają odpowiednie tempo, a kolejne kadry prowadzą wzrok dokładnie tam, gdzie w danej chwili powinien trafić.

Lozes równie dużo uwagi poświęca bohaterom, architekturze, wnętrzom i drobnym detalom otoczenia, przez co miasto nie sprawia wrażenia pustej dekoracji doklejonej za plecami postaci. Czasami ta dokładność potrafi jednak obrócić się przeciwko niemu. Przy największym zagęszczeniu kreski plansze stają się ciężkie i wymagają od oka chwili odpoczynku, a niektóre dynamiczne pozy postaci wypadają odrobinę sztywno. Nie zmienia to jednak jednego: „Maestria” ma bardzo własny wizualny charakter i trudno pomylić ją z czymkolwiek innym.

Jeszcze kilka zdań o scenariuszu. Kiedy odsunąć na bok całą zabawę z kierunkiem lektury, czasem i konstrukcją plansz, pod spodem pozostaje dość klasycznie poprowadzony kryminał. Są kolejne tropy, podejrzani, pościgi i zwroty akcji, których w końcówce robi się nawet odrobinę za dużo. Kilka razy złapałem się też na tym, że bardziej czekałem na następny pomysł Lozesa związany ze zmianą epoki albo sposobem zestawienia obu części albumu niż na rozwój samych bohaterów. Forma potrafi więc chwilami odciągać uwagę od emocji i sprawić, że bardziej podziwiamy konstrukcję, niż przejmujemy się tym, co właśnie dzieje się z konkretną postacią. Nie każde przejście między epokami ma też taką samą siłę - są takie, które świetnie dopowiadają sens całej opowieści, ale zdarzają się również momenty, gdy efekt wyprzedza fabularne uzasadnienie.

Paradoksalnie to właśnie ta konstrukcja sprawiła jednak, że „Maestrię” czytało mi się z taką ciekawością. Samo obracanie albumu byłoby tylko fajnym numerem, gdyby po drugiej stronie czekała na mnie po prostu druga połowa tej samej historii. Lozes zrobił coś znacznie ciekawszego. To, czego dowiedziałem się później, zmieniło moje spojrzenie na sceny przeczytane wcześniej, podważyło pierwsze podejrzenia albo nadało pozornie mało ważnemu detalowi zupełnie inne znaczenie. W dodatku kolejność tych odkryć zależy od tego, od której strony okładki zacząłem. Ostatecznie nie rozwiązałęm więc tylko kryminalnej zagadki. Ułożyłem sobie również samą opowieść - z dwóch stron, dwóch kierunków i informacji, które dopiero po spotkaniu zaczęły tworzyć pełniejszy obraz.

W „Maestrii” sporo miejsca zajmuje również problematyka społeczna, ale Lozes nie wykłada jej czytelnikowi wprost. Interesuje go przede wszystkim napięcie między tymi, którzy mają władzę, pieniądze i możliwość narzucania własnej wersji wydarzeń, a tymi, którzy zostają zepchnięci na ulicę i próbują ten porządek zakwestionować. Protest, policyjna przemoc, radykalizacja, manipulowanie informacją czy zwykły strach przed utratą wpływów nie są tutaj zamknięte w jednej epoce, dzięki czemu wyraźnie widać ich powtarzalność w kolejnych historycznych odsłonach.

Autor nie sprowadził tego do prostego podziału na dobrych buntowników i złą władzę. Pokazał raczej, jak szybko każda ze stron potrafi wejść w logikę przemocy, jak łatwo idea zaczyna usprawiedliwiać środki i jak niewiele czasem potrzeba, żeby społeczny gniew przestał być tylko sprzeciwem, a stał się kolejnym narzędziem nacisku. Dzięki temu pod kryminalną intrygą działa drugi, znacznie bardziej gorzki temat: pytanie o to, czy człowiek naprawdę wyciąga cokolwiek z historii, czy tylko coraz sprawniej zmienia dekoracje.

„Maestria” to bardzo udany, pomysłowo skonstruowany kryminał, który wyróżnia się nie tylko nietypową formą, ale też świetną czarno-białą oprawą i ciekawym wykorzystaniem historii Paryża. Nie wszystko działa tu idealnie, jednak całość ma na tyle własny charakter, że zdecydowanie warto dać Lozesowi szansę - szczególnie jeśli lubicie komiksy, które potrafią jeszcze czymś autentycznie zaskoczyć.

Po zakończeniu lektury korciło mnie jak cholera, żeby odwrócić komiks jeszcze raz i sprawdzić, co tym razem zauważę coś inaczej. Zresztą już następnego dnia przeczytałem komiks ponownie. A to chyba najlepsze podsumowanie tego, z jak dobrym komiksem mamy do czynienia.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Kultura Gniewu. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Logo Lost In Time
Informacje o komiksie
Tytuł „Maestria”
Wydawca Kultura Gniewu
Scenarzysta Aurélien Lozes
Rysownik Aurélien Lozes
Tłumacz Olga Mysłowska
Rok wydania 2026
Format 210x297 mm
Okładka twarda
Liczba stron 170 (cz-b)
Cena okładkowa 99,90 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Obserwuj Blog o komiksach w Google