„Na jedno pub”. Recenzja komiksu

„Na jedno pub”. Recenzja komiksu

Ilu z was ma swój ulubiony pub? Miejsce, w którym lubicie przebywać, spotykać znajomych. Miejsce, w którym napijecie się swojego ulubionego piwa (albo innego napoju) i pogadacie z barmanem o wszystkim i o niczym. Miejsce, gdzie czas magicznie się zatrzymuje, a magia nierzadko potrafi działać cuda (dopóki jeszcze trzymacie się na nogach, albo dopiero wtedy gdy zaczniecie latać). A ile razy mówiliście, że wychodzicie tylko na chwilę, tylko na jedno piwko, a wracaliście po dłuższym czasie z szerszym uśmiechem i obcobrzmiącym akcentem? Nawet jeśli nie pijecie alkoholu, pewnie znacie ten typ lokalu. Takiego własnego. Swojskiego. Prawie rodzinnego.

Kilka lat po tym, jak „Produkt” zniknął z obiegu i przeszedł do komiksowej legendy, Karol „KRL” Kalinowski i Michał „Śledziu” Śledziński zaczęli robić krótkie formy, które ukazywały się w warszawskim magazynie „SOUL”. Dziś wracają one w zbiorczym wydaniu „Na jedno pub” od Kultury Gniewu. To nie jest zwykłe odkurzenie staroci. Autorzy po latach domknęli historię, a sam album został uzupełniony o nowe paski, dodatki i ciekawą rozmowę.


Z niesamowitą radością sięgnąłem po ten komiks, zwłaszcza że osobiście jestem fanem Śledzia, a wszystko czego on dotyka w zasadzie trafia w moje gusta i wywołuje nierzadko szeroki uśmiech na mej twarzy.

Zanurzmy się więc w ten świat. Mętny, lepki od rozlanego lagera, rozgadany, nieco przykurzony i bardzo swojski. O czym to właściwie jest? O życiu, panie i panowie. O życiu, które toczy się między pierwszym a ostatnim łykiem w lokalu, gdzie ściany pamiętają jeszcze czasy, gdy nikt nie wiedział, co to rzemieślnicze IPA z nutą mango i marakui.

Centrum wszechświata stanowi tu pewien specyficzny pub, wymykający się pewnie niejednej sanepidowskiej normie. Tyle że nie jest to zwykła knajpa. To azyl. Prawdziwy, a czasem wręcz pierwszy dom dla absolutnie odklejonej ekipy bywalców. Pub „Na Jedno” to miejsce, które znacie, nawet jeśli nigdy tam nie byliście. To ten typ lokalu, gdzie przy barze siedzą wciąż te same twarze - knajpiane „meble”, bez których wszystko nagle przestaje się zgadzać. Prowadzi go nad wyraz skromna dziewczyna z kucykami, Irys. To ona spina ten cały rozchwiany świat. Wokół niej kręcą się stali goście, którzy rozświetlają mocno już podupadłe miejsce: biedny jak mysz kościelna Radek, niespełniony poeta i hipochondryk Kamil, chiński student Wong, studenci bliźniacy Dziobak i Dziabąg oraz Kamila, która ma wyraźną chrapkę na randkę z właścicielką baru.

Jak już wspomniałem, pub przeżywa poważne kłopoty. Irys coraz wyraźniej czuje, że może nie utrzymać lokalu. Tym bardziej że naprzeciwko działa prężna konkurencja, która praktycznie wykosiła miejscowy rynek i przejęła niemal wszystkich klientów. Widmo zamknięcia zaczyna zaglądać w oczy.

Zaczyna się od niewinnych żartów przy barze, ale bardzo szybko wpadamy w wir walki o przetrwanie. I tu dopiero rusza prawdziwa jazda bez trzymanki. Bohaterowie, zamiast pogodzić się z losem, wpadają na dosyć absurdalne pomysły ratunkowe – byle tylko ocalić ukochane miejsce.

Prawdziwe walki w pubie, gangsterskie porachunki z bombami w tle, niestandardowe i mocno szokujące warzenie firmowego piwa, trupy a nawet kosmici! Tak, dobrze czytacie. Wszystko to mieści się w tej niepozornej, niewielkiej objętościowo książce. I muszę przyznać, że poziomy format wydaje się tu rozwiązaniem wręcz idealnym dla zebranych pasków.

Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, że macie do czynienia z błahym zbiorem prymitywnych gagów o piciu. Obaj autorzy to weterani polskiego komiksu i doskonale wiedzą, co robią. Ich tekst jest brutalnie szczerą diagnozą pewnego społecznego zjawiska. Mamy tu fascynujące, podszyte absurdem studium mikrospołeczności, która rozpaczliwie próbuje przetrwać w starciu z bezdusznym rynkiem. Świat przedstawiony tworzy hermetyczną bańkę, rządzącą się własnym, dziwacznym, ale zaskakująco konsekwentnym kodeksem honorowym.

Tutaj żart nigdy nie jest tylko żartem dla samego żartu. Każda scena coś buduje albo coś podkopuje. Dialogi i sytuacje są świetnie rozpisane, a całość buja emocjonalnie jak trzeba - od śmiechu, przez zdziwienie, aż po zdegustowanie i współczucie. Najpierw śmiejecie się z absurdalnego planu odbicia klientów konkurencji, a chwilę później czujecie ukłucie w sercu. Dociera do Was, że ci ludzie naprawdę nie mają za wiele poza tym barem. To opowieść o sympatycznej lojalności, która nie potrzebuje wielkich deklaracji. To też świat, w którym popkultura lat 90. miesza się z dzisiejszym cynizmem, a KRL doprawia tę miksturę szczyptą swojskiego, słowiańskiego fatalizmu. Miazga.

Ten komiks działa tak dobrze również dlatego, że między autorami po prostu zaiskrzyło. KRL zajął się scenariuszem, szkicami i projektami postaci, Śledziu przejął tusz, kolor oraz liternictwo. Efektem jest świetna symbioza!

Czytając „Na jedno pub” miałem cały czas wrażenie, jakbym oglądał mocno odjechaną kreskówkę z Cartoon Network. Czyste wariactwo graficzne. Kreska jest drapieżna, nerwowa i niesamowicie ekspresyjna. Postaci narysowane są z cudownym, karykaturalnym przerysowaniem. Rysunki pulsują czystą niepohamowaną energią pełną emocji. Patrząc na to co chwilę miałem rogala na buzi. I tak pod tym względem autorzy w komiksie zrobili mega robotę.

„Na jedno pub” działa jak dobrze schłodzony browar w upalny dzień. Historia nie jest dość skomplikowana, ale niesamowicie wciąga. Humor jest soczysty, inteligentny w swojej głupocie i przede wszystkim autentyczny. Kolejnym mocnym atutem jest to, jak sprawnie zszyto w jedną spójną oś narracyjną elementy powstające w dosyć dużym odstępie czasowym, w ogóle nie gubiąc przy tym wewnętrznego rytmu ani spójności charakterologicznej. Czuć tu ogromną dawkę naturalnej nostalgii, która trafia bezbłędnie w najczulsze struny.

Co do wad… no cóż. Jeśli ktoś szuka tutaj głębokiej metafizyki, subtelnego eseju o kondycji ludzkiej albo sterylnej, grzecznej kreski, to może się odbić. Dla części odbiorców humor okaże się zbyt gruby, zbyt bezczelny, zbyt dosadny. I pewnie wywoła u bardziej delikatnych, nowoczesnych jednostek grymas zniesmaczenia. Trudno. Ich strata, nasz zysk. To nie jest komiks dla miłośników poezji śpiewanej i sojowego latte.

„Na jedno pub” to komiksowy manifest pokolenia „Produktu”, które zdążyło dorosnąć, ale wciąż doskonale pamięta, jak to jest być młodym, gniewnym i zwyczajnie spragnionym. KRL i Śledziu stworzyli coś, co daje nam mocno po mordach w barowej bójce, a jednocześnie sprawia, że jesteśmy mega zadowoleni z mile spędzonego wieczoru.

To jest właśnie esencja tego, co w polskim komiksie najlepsze: bezczelność, talent, humor i ta bardzo specyficzna, słodko-gorzka nostalgia. Jeśli wychowaliście się na komiksach Śledzia i KRLa, to ten tytuł jest dla Was pozycją obowiązkową. A jeśli nie - tym bardziej warto nadrobić zaległości i zobaczyć, jak robią to mistrzowie. Kupujcie, czytajcie i pijcie za zdrowie autorów, bo odwalili kawał kapitalnej roboty.

I na koniec jeszcze mała ciekawostka. Jeśli chcielibyście odwiedzić pub „Na jedno” to… jest takie miejsce! Działa w czeskim Brnie. Opinie ma bardzo dobre, no i podobno można zabrać ze sobą psa. Osobiście jeszcze tam nie byłem, ale to dobry patent żeby pojechać tam z omówionym komiksem i zobaczyć, czy przypadkiem u naszych południowych sąsiadów nie dzieje się tam coś dziwnego rodem z opisanej historii.

Komiks do recenzji przekazał wydawca.

Informacje o komiksie
Tytuł „Na jedno pub”
Wydawca Kultura Gniewu
Scenarzysta Karol Kalinowski
Ilustracje Karol Kalinowski, Michał Śledziński
Rok wydania 2026
Format 235x165 mm
Okładka twarda
Liczba stron 112 (kolor)
Cena okładkowa 59,90 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.