Recenzja komiksu „Baśń o Bajarzu" Gonzalesa i Janusza
Po „Baśń o Bajarzu" sięgnąłem dla Ernesto Gonzalesa. Okazało się, że scenariusz Grzegorza Janusza pcha całą rzecz do przodu równie mocno. Nowa pozycja od Kultury Gniewu to nie do końca komiks, tylko narracyjna baśń, w której dymki pojawiają się z rzadka, a pod obrazkami czekają krótkie gawędy.
Po „Baśń o Bajarzu" sięgnąłem z jednego powodu: na okładce widnieje nazwisko Ernesto Gonzalesa. Warszawski ilustrator odpowiada za kultowego „Rroarra", „Kapitana Bzyka" i antologię „Nim wstanie dzień", którą Egmont wydał we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego. Fabuła w najnowszej książce duetu nie gra jednak drugich skrzypiec.

Scenariusz napisał Grzegorz Janusz, weteran polskiej komiksowej sceny, laureat Grand Prix MFK w Łodzi za „Ostrą Biel" i twórca „Przebiegłego dochodzenia Ottona i Watsona" z Krzysztofem Gawronkiewiczem. Z Gonzalesem współpracuje regularnie. Wspólnie zdobyli nagrodę w IV edycji konkursu Muzeum Powstania Warszawskiego za komiks „Traf" (2010), a potem podpisali dziecięcy „thriller symfoniczny" „Bon ton" (Filharmonia Szczecin, 2015). „Baśń o Bajarzu" jest ich pierwszą w pełni autorską, dłuższą wspólną opowieścią po Bon Tonie. Współwydawcą został tym razem, obok Kultury Gniewu, ZAiKS.
To nie jest komiks w klasycznym rozumieniu. Dymki pojawiają się sporadycznie, a główny tekst zamieszczony jest w krótkich zdaniach pod obrazkami. Bliżej temu do ilustrowanej gawędy, może jakiegoś picturebooka w komiksowej oprawie, niż do klasycznego albumu komiksowego.

Tekst nie przytłacza - jest go niewiele. Krótkie akapity pod planszami, długie oddechy w rysunku. Wydaje mi się, że idealnie sprawdzi się to dla młodszych czytelników, bo można spokojnie i płynnie przechodzić od strony do strony.
Gdyby Baśń zatrzymała się na warstwie dla najmłodszych, byłaby po prostu porządna. Janusz wrzuca jednak w gawędy Bajarza tematy, które z bajki wychodzą daleko. Bezsenność. Przemijanie. Gniew. Robi to bez moralizatorskiego tonu, w formie krótkich opowiastek, które można przeczytać dziecku bez zażenowania, a które same w sobie zostają w głowie na dłużej.

Osiadły w wiosce Tchnienie Bajarz nie ma ambicji wielkiego mędrca. Snuje historie po prostu dlatego, że tak działa. To pozwala Januszowi grać kameralnym tonem i unikać patosu, który przy takiej materii łatwo się wkrada.
W jednym miejscu pojawia się dialog, który wygląda mi na czytelny ukłon w stronę Tadeusza Baranowskiego:

Przypadek? Nie sądzę 😉 Absurd zbudowany na powtórzeniu, w rytmie, który Baranowski wypracował w „Antresolce profesorka Nerwosolka" czy „Skąd się bierze woda sodowa i nie tylko".
Najciekawsza dla mnie scena dotyczy tego, jak powstają opowieści. Bajarz stwierdza, że gdyby chciał, mógłby wykorzystać wiatr do przeszukania bibliotek w całej krainie i złożyć setki nowych historii. Nie robi tego. Utwór pozszywany z kawałków innych będzie, jak sam mówi, „jak ognisko odbite w lustrze": migoczące, ale nie dające ciepła.
Trudno w 2026 roku nie odczytać tego jako komentarza do generatywnej sztucznej inteligencji. Model językowy jest właśnie tym, o czym mówi Bajarz: sprawnym kompilatorem cudzych zdań, który udaje ogień, ale ogrzać nie potrafi. Że ten fragment znalazł się w książce firmowanej przez ZAiKS, organizację od lat walczącą o prawa autorów wobec platform i systemów AI, wygląda na zamierzoną klamrę.

„Baśń o Bajarzu" nie jest komiksem dla każdego. Kto szuka klasycznej narracji kadrowej albo gęstego scenariusza akcji, może się rozczarować. Kto zaakceptuje inną formułę, dostaje książkę, która działa na kilku poziomach jednocześnie. Da się ją przeczytać sześciolatkowi na dobranoc. Można wracać do niej samemu i wyłapywać drugie dna. Można ją potraktować jako cichy głos w sporze o to, czy ognisko musi grzać. Bardzo fajna pozycja!