"Supergirl. Świat" - recenzja komiksu
„Supergirl: Świat” ukazała się w czerwcu 2026 roku nakładem wydawnictwa Egmont. To kolejna odsłona międzynarodowego projektu DC, w którym twórcy z różnych krajów dostają jednego bohatera i kilka stron, by opowiedzieć historię po swojemu. Tym razem padło na Karę Zor-El, czyli Supergirl.
Nie jestem wielkim fanem DC. W dzieciństwie czytałem Supermany i Batmany wydawane przez TM-Semic, ale o ile do człowieka nietoperza lubiłem od czasu do czasu wracać, o tyle Superman nigdy na dobre nie zagościł w moim sercu. Supergirl siłą rzeczy również pozostawała dla mnie postacią z dalszego planu. Wiedziałem, kim jest, znałem jej pochodzenie, ale nigdy nie śledziłem jej przygód z większym zaangażowaniem. Do „Supergirl: Świat” podszedłem więc bez nabożnego stosunku do bohaterki, ale również bez większych uprzedzeń. Komiks, który wpadł w moje łapki, był jedną wielką niewiadomą. Tym chętniej zabrałem się za czytanie.
Sam pomysł jest prosty, ale atrakcyjny. Kara podróżuje po świecie, a kolejne ekipy twórców umieszczają ją w swoich krajach, wśród lokalnych krajobrazów, tradycji i problemów. W albumie znalazły się opowieści przygotowane przez autorów i autorki z czternastu państw, więc trudno narzekać na monotonię. Zmieniają się sposoby kadrowania, tempo, palety barw, rodzaj kreski, a nawet podejście do samej superbohaterskości. Raz Supergirl jest niemal mityczną postacią spadającą z nieba, innym razem kimś znacznie bardziej ludzkim, kto po prostu pojawia się obok osoby potrzebującej pomocy.

To z całą pewnością działa na korzyść tego zbioru. Zmieniają się miasta, krajobrazy i lokalne konteksty, a Kara przestaje na moment być wyłącznie „kuzynką Supermana”. Staje się przybyszką próbującą zrozumieć świat, który przyjęła za swój nowy dom.
Podoba mi się również to, że album nie wymaga znajomości dziesiątek serii, restartów i kryzysów na nieskończonych Ziemiach. Wystarczy wiedzieć, że Kara ocalała z Kryptona, dysponuje ogromną mocą i próbuje odnaleźć się na obcej planecie. Motywy domu, wyobcowania, odpowiedzialności i empatii od razu skojarzyły mi się jednak z Supermanem. Jakoś nie potrafię pozbyć się wrażenia, że Supergirl to po prostu Superman w żeńskiej wersji. A może tylko tak mi się wydaje?

Nie miejcie mi tego za złe. Naprawdę nic do tych postaci nie mam. To, że za nimi nie przepadam i nie śledzę ich losów, nie oznacza przecież, że je hejtuję. Już za dzieciaka przygody Supermana zwyczajnie mnie… nudziły. Ot, superfacet, cholernie silny, latający i praktycznie nie do pokonania. Ziew. A może po prostu jeszcze nie dojrzałem do jego przygód?
Największą zaletą albumu pozostaje różnorodność wizualna. „Supergirl: Świat” bardzo dobrze się ogląda, a przeskakiwanie pomiędzy kolejnymi stylami daje sporo przyjemności. Nie wszystkie rysunki trafiły w mój gust, ale trudno odmówić temu zbiorowi wizualnego bogactwa. Najbardziej – pod względem graficznym, rzecz jasna – spodobała mi się chyba opowieść narysowana przez Kasię Nie. Scenariusz mnie nie porwał, za to warstwa wizualna prezentuje naprawdę wysoki poziom. Z kolei historie z Meksyku, narysowana przez Marianę Moreno, i Niemiec, zilustrowana przez Marie Sann, kojarzyły mi się z animacjami Disneya lub Pixara. Cieszyły oko, choć ostatecznie nie trafiły do mojego serca.

Siłą zbioru pozostaje więc różnorodność. Nawet gdy konkretna fabuła nie trafiała w mój gust, zwykle znajdowałem w niej jakiś ciekawy pomysł, efektowny kadr albo nietypową interpretację bohaterki. Album można potraktować również jako prezentację różnych szkół komiksowego rysunku. Nie ma tu wizualnej monotonii, a przechodzenie pomiędzy opowiadaniami przypomina czasem przeglądanie efektownego katalogu prac artystów o zupełnie różnych temperamentach.
Bardzo, ale to bardzo cieszy mnie też obecność polskiego akcentu, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich odsłon tej serii. Byłem szczerze zaskoczony, że akcja „naszego” opowiadania rozgrywa się w Katowicach. To naprawdę nieoczywisty wybór.
Niestety właśnie tutaj ujawnia się również największy problem „Supergirl: Świat”. Każdy z krajów – mówiąc oczywiście w dużym uproszczeniu – dostał bardzo ograniczoną liczbę stron. W efekcie większość opowieści kończy się dokładnie wtedy, gdy zaczyna robić się naprawdę ciekawie. Twórcy przedstawiają miejsce, zarysowują konflikt, pokazują swój pomysł na Karę i już muszą zmierzać do finału. Brakuje przestrzeni na rozwinięcie relacji, nadanie przeciwnikom wyrazistego charakteru czy zbudowanie mocniejszego napięcia. Niektóre opowiadania sprawdzają się jako zgrabne miniatury, inne urywają się w chwili, w której dopiero zaczynają nabierać rumieńców. Właśnie dlatego całość jest tak nierówna – niekoniecznie pod względem samych pomysłów, ale możliwości ich rozwinięcia. Paradoksalnie najbardziej udane epizody okazują się też najbardziej frustrujące, bo aż proszą się o dodatkowe dziesięć czy dwadzieścia stron.

Oczywiście taka konstrukcja jest wpisana w formułę antologii, ale dla mnie pozostaje jej największą wadą. Nie jestem fanem zbiorów składających się z aż tak króciutkich opowiadań. Zanim przyzwyczaję się do kreski i tonu danej historii, następuje koniec, przewracam stronę i wszystko zaczyna się od nowa. Po kilku rozdziałach zamiast zaangażowania pojawia się pewien emocjonalny dystans. Owszem, nie tak dawno rozpływałem się nad lovecraftowską mangą będącą zbiorem opowiadań, ale tam, kurczę, twórca miał tyle stron, ile uznał za potrzebne, i w pełni wykorzystał każdą z nich!
Mimo tych zastrzeżeń „Supergirl: Świat” pozostaje komiksem na swój sposób ciekawym, efektownym i przygotowanym z dużym sercem. Pokazuje, że Kara jest wdzięczną bohaterką, ponieważ jej doświadczenie utraty domu i poszukiwania własnego miejsca można przełożyć na wiele kultur i osobistych historii. Jako album do oglądania, przeglądania i poznawania różnych twórców sprawdza się naprawdę dobrze. Jako spójna lektura pozostawia jednak spory niedosyt. To kolorowa, efektowna podróż dookoła świata, złożona z wielu obiecujących przystanków. Szkoda tylko, że każdy z nich trwa tak krótko.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.