Superman. Superwoman. Tom 1 - recenzja
Uczciwe ostrzeżenie na początek: tej recenzji nie napiszę zupełnie bez spojlerów, bo cały tom stoi na kilku zwrotach akcji i muszę o nich chociaż napomknąć. Najważniejszych postaram się nie zdradzić. Kto woli wejść w lekturę na ślepo, niech od razu przeskoczy do ostatniego akapitu.
Wziąłem ten album do ręki i zgłupiałem. Lois Lane jako Superwoman? Od kiedy? Przekartkowałem pamięć, pomrukując pod nosem, że coś mi umknęło. I rzeczywiście. Lois dostała moce we „Władzy absolutnej", tylko że w tamtym evencie działo się tyle naraz, że ten „drobiazg” jakoś mi umknął. Pierwsze strony czytałem więc w stanie lekkiego osłupienia, coraz bardziej poirytowany amerykańskim sposobem prowadzenia opowieści.

Bo to jest mój pierwszy zarzut i wcale nie drobny. Wychowałem się na frankofonach, gdzie historia płynie po kolei, jak Pan Bóg przykazał: tom pierwszy, drugi, trzeci, wątek rośnie liniowo. Amerykanie tymczasem skaczą. Interludia, tie-iny, zeszyty specjalne, przeskoki w czasie. Czytelnik ląduje w środku akcji i czuje się pogubiony. W tym albumie wyjaśnienie, skąd Lois wzięła moce, wylądowało na samym końcu, w doklejonym „Superwoman Special". A przecież mogło otwierać tom i po ludzku wprowadzić w nowe realia.

Reset numeracji, czyli marketing udający punkt wejścia
I tu przechodzę do rzeczy, która denerwuje mnie jeszcze bardziej. Na grzbiecie stoi „Tom 1", bo Egmont startuje z linią DC All In od zera. Problem w tym, że run Joshuy Williamsona wcale się tu nie zaczyna. W Stanach to jego czwarty zbiorczy tom „Supermana", a oryginał nosi tytuł „Rise of the Superwoman". Polska „jedynka" jest więc czysto umowna.

Wiem, o co chodzi w tej sztuczce. „1" na grzbiecie ma krzyczeć: wskakuj, nie musisz znać wcześniejszych numerów, masz świeży start. I owszem, po lekturze całości część klocków się układa. Ale dopiero po lekturze całości, bo połowa tła wyrasta prosto ze „Władzy absolutnej". To nie jest czysta karta, tylko czysta karta z gwiazdką i przypisem drobnym drukiem.

Najgorsze, że wydawca sam sobie tę obietnicę podkłada nogą. Skoro reklamuje komiks jako dobre miejsce na start, to historia o pochodzeniu mocy Lois powinna go otwierać, a nie zamykać. Tymczasem nowy czytelnik siada, widzi latającą Lois w kostiumie i przez trzy czwarte albumu zachodzi w głowę, co tu się właściwie odwaliło. Egmont nie jest tu zresztą oryginalny w błędzie. Amerykanie ustawili special dokładnie tak samo, na końcu, mimo że chronologicznie jego wydarzenia wyprzedzają główną akcję. Polskie wydanie tylko powtórzyło cudzą wpadkę redakcyjną.
Williamson bierze zbyt wysoki zamach
Skoro już narzekam, dorzucę drugie zastrzeżenie, cięższego kalibru. Moim zdaniem Williamson upycha tu za dużo na raz [SPOILERY!!!]. Przemiana Lois, źródło jej mocy, powrót Doomsdaya, tajemniczy gość z przeszłości serii, amnezja Lexa Luthora, program resocjalizacji superzłoczyńców w SuperCorp, na deser zapowiedzi kolejnych wątków. Pod tym ciężarem finał zaczyna miejscami trzeszczeć.

Ale mimo tego wszystkiego run Williamsona czytam od pierwszego numeru i to dzięki niemu wróciłem do Supermana po latach. Historia jest mocna, a jej motorem nie jest wcale Lois. Jest nim Doomsday. Williamson robi rzecz, na którą przy tej postaci prawie nikt się nie odważył, czyli daje mu wnętrze. Do tego scenarzysta dokłada zagadkę, która wyciąga Lois w podróż grubo wykraczającą poza kolejną bijatykę w Metropolis. I to wcale nie wygląda na odcinanie kuponów od kultowej historii sprzed lat. To brzmi jak prawdziwe rozwinięcie postaci, a nie twist dorobiony pod okładkę.

Uwaga, teraz największy spojler, ale nie mogę się powstrzymać. W pewnym momencie Superman i Doomsday walczą razem, ramię w ramię, przeciwko innemu przeciwnikowi. Wyobrażacie to sobie? Facet, który zatłukł Supermana na śmierć, staje po jego stronie. Zrobienie z tego sceny, która ma sens i emocjonalny ciężar, a nie tylko efekciarski twist na okładkę, to jest właśnie klasa Williamsona.
Lois była Superwoman już nieraz
Ciekawostka, którą znalazłem robiąc research, choć wcześniej o tym nie wiedziałem. Pseudonim Superwoman Lois nosiła już kilka razy. Na przykład w 1943 roku, w „Action Comics" #60, choć cała historia okazała się jej snem. W 1951 zakładała blond perukę i przypominała Supergirl na lata przed debiutem Kary Zor-El. Potem pojawiła się na chwilę w tej roli jeszcze 2-3 razy.
Tym razem Williamson daje Lois czas, żeby tę rolę przeżyć. Nie na jeden dzień, nie na jeden zeszyt. Dzięki temu może pokazać rzeczy proste i ludzkie: euforię pierwszego lotu, testowanie, co potrafi nowe ciało, powolne dojrzewanie do ciężaru, jaki się z tym wiąże.
Co ciekawe – teraz moce Lois nie pochodzą od Supermana. Wchłonęła zdolności innej ikonicznej, kryptoniańskiej postaci z cyklu, i to takiej, która na wieść o tym, kto zawłaszczył jej potęgę, raczej nie klaśnie z radości. Wydaje mi się, że to będzie mocny punkt zaczepienia do kolejnych tomów.
Dan Mora, czyli koniec dyskusji
Tu nie ma o czym gadać. Rysunki są zachwycające. Mora prowadzi narrację rysunkową na tyle klarownie, że nawet w scenach zbiorowych, gdzie na jednej planszy ścierają się Superman, Superwoman i całe zastępy przeciwników, czytelnik bez trudu śledzi przebieg i kierunek akcji. Przejścia od kameralnych scen małżeńskich do rozbudowanych sekwencji kosmicznych zachowują spójność stylistyczną. Pod względem mimiki, skali i tempa jest to rysunek najwyższej próby.

Jeden przypis. Nie wszystko narysował Mora. „Superwoman Special" na końcu wyszedł spod innych ołówków i to widać gołym okiem, bo wizualnie odstaje od fenomenalnej głównej serii.
Warto?
Warto, z ręką na sercu i z listą zastrzeżeń w drugiej. To bardzo dobry, naładowany energią komiks o Supermanie, w którym Williamson robi z Doomsdaya coś świeżego, Lois wreszcie dostaje własną historię, a Dan Mora rysuje jak natchniony. Wkurza sztuczny reset numeracji, wkurza special wepchnięty na koniec zamiast na początek, chwilami przytłacza nadmiar wątków. A jednak, jeśli zastanawiacie się, gdzie wskoczyć w dzisiejszego „Supermana", to mimo tych rys jest to dobry moment.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.

