„Szczęściarz”. Recenzja komiksu

Szczęście ma tę wygodną właściwość, że bardzo łatwo je zauważyć u innych. Ktoś trafia na dobrą okazję, unika kłopotów, poznaje właściwą osobę we właściwym momencie, wybiera jedną z kilku dróg i akurat ta okazuje się najlepsza. Patrzymy z boku i mówimy: miał fart. Sam też tak czasami robię. Bez wielkiej filozofii.
Gorzej, kiedy próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie ten fart jest. Przypadkiem? Zbiegiem okoliczności? Dobrą decyzją podjętą trochę na ślepo? A może po prostu słowem, którym nazywamy to, czego po fakcie nie potrafimy sensownie wyjaśnić? Bo jeśli raz coś ułożyło się po naszej myśli, nie ma nad czym rozmyślać. Człowiek bierze, co dostał, i cieszy się, że tym razem życie nie postanowiło kopnąć go w dupę.
Sam nie mam potrzeby doszukiwania się w każdym takim zdarzeniu znaków, przeznaczenia czy jakiegoś wielkiego planu. Z drugiej strony nie potrafię też udawać, że wszystko można rozpisać na chłodno i zamknąć w prostym słowie „przypadek”. Zbyt wiele rzeczy w życiu rozstrzyga się w jednej chwili, na którą wcześniej nawet nie zwrócilibyśmy uwagi. Przypadkowe spotkanie. Nagła decyzja. Jedno spóźnienie. Nieoczekiwany telefon. I nagle wszystko idzie w zupełnie inną stronę.
Może dlatego samo słowo „szczęściarz” zawsze wydawało mi się ciekawsze, niż na pierwszy rzut oka wygląda. Niby wiadomo, co znaczy. Ktoś, komu się wiedzie. Ktoś, komu los sprzyja. Ktoś, o kim łatwo powiedzieć: temu to się udało.
A jednak wystarczy zatrzymać się przy nim na chwilę dłużej i nagle robi się z tego całkiem niezły temat.
Dlatego tytuł komiksu „Szczęściarz” od razu zwrócił moją uwagę.
Pod tym prostym tytułem kryje się polski komiks, który niedawno ukazał się nakładem wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Za scenariusz odpowiada Wojciech Chamier-Gliszczyński, za rysunki Wojciech Stefaniec. Już sam duet tych nazwisk był dla mnie wystarczającym powodem, żeby po „Szczęściarza” sięgnąć. Zwłaszcza że Stefańca od dawna bardzo lubię.


Fortune’a Gluckmanna poznajemy jeszcze jako żołnierza, podczas misji w Libanie i Afganistanie. W pewnym momencie kupuje aparat i zaczyna fotografować to, co do tej pory oglądał wyłącznie z perspektywy wojskowego. Poznajemy też jego bardziej niepokojącą stronę - razem z jednym z kompanów gra w rosyjską ruletkę, jakby samo przebywanie w strefie wojny dostarczało mu za mało adrenaliny. Wszystko zmienia tragiczny atak na konwój. Po terapii Gluckmann nie wraca już do dawnego życia. Wybiera fotografię i zostaje fotoreporterem.
Szybko okazuje się, że ma nie tylko oko, ale też wyjątkowy talent do znajdowania się tam, gdzie dzieje się coś ważnego - i niebezpiecznego. Jego zdjęcia zostają zauważone i w końcu przynoszą mu Pulitzera, a sam Gluckmann coraz mocniej wsiąka w świat fotografii wojennej i reporterskiej. Szuka miejsc, od których inni woleliby trzymać się jak najdalej, wchodzi w sam środek wydarzeń i za każdym razem wraca ze świetnym materiałem. Z czasem uwagę przykuwa jednak coś jeszcze. Gluckmann ma szczęście. Dużo szczęścia. W pewnym momencie nawet jemu zaczyna to dawać do myślenia.
I tutaj najlepiej się zatrzymać. Dalej komiks zaczyna odsłaniać karty, które powinniście odkryć sami.

Jeśli chodzi o scenariusz, to Wojciech Chamier-Gliszczyński bardzo dobrze wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy odpuścić. I właśnie to jest jedną z największych sił „Szczęściarza”. Początkowo wszystko układa się dość klarownie, choć od początku czuć, że coś tu nie gra. Później autor krok po kroku podważa porządek, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie potrzebuje do tego jednego wielkiego zwrotu. Jedna scena jeszcze nie budzi podejrzeń, następna już trochę uwiera, kolejna każe wrócić myślami do tego, co wydarzyło się wcześniej. I nagle łapię się na tym, że przestałem czytać historię o człowieku z niezwykłym fartem, a zacząłem śledzić kogoś, kto sam nie bardzo wie, co właściwie dzieje się z jego życiem.
Scenarzysta potrafi wrzucić czytelnika w sam środek gwałtownej, nerwowej sceny, a chwilę później niemal całkowicie wyhamować. Zostawić bohatera w ciszy. Bez pośpiechu. Bez potrzeby natychmiastowego tłumaczenia wszystkiego. Dzięki temu mocniejsze momenty nie zlewają się w jeden nieustanny łomot. Wybrzmiewają w swoim tempie.


Trauma Gluckmanna nie zostaje tu odhaczona kilkoma wspomnieniami z wojny i symbolicznym smutnym spojrzeniem w dal. Ona w nim siedzi. Idzie za nim dalej, wpływa na sposób, w jaki odbiera rzeczywistość i samego siebie. Z czasem Fortune zaczyna funkcjonować jakby pomiędzy dwiema wersjami tego samego świata i coraz wyraźniej widać, że nie potrafi już porządnie ich rozdzielić. To dało mi mocno do myślenia. Nie sama zagadka, ale człowiek, któremu przestaje wystarczać najprostsze wyjaśnienie tego, co widzi i czego doświadcza.
Mam tylko jeden żal do samego scenariusza. Jest tu kilka tropów, które aż proszą się o więcej. Najbardziej psychika Gluckmanna. Chciałbym kilka razy zostać z nim dłużej, bez konieczności natychmiastowego popychania opowieści do przodu. Zobaczyć jeszcze trochę tego rozpadu i poczuć, jak bardzo bohater zaczyna gubić grunt pod nogami. Nie dlatego, że pomysł nie działa. Wręcz przeciwnie. Działa na tyle dobrze, że te 104 strony zwyczajnie mi nie wystarczyły.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną - tutaj akurat nie mam zamiaru udawać chłodnego recenzenta. Stefańca bardzo lubię, a „Bardo” tylko tę słabość pogłębiło. W „Szczęściarzu” dostałem dokładnie to, za co go cenię: charakterystyczne twarze, nerwową linię, miejscami celowo rozchwiane proporcje i rysunek, którego nie sposób pomylić z pracą kogokolwiek innego. To nie jest estetyka dla każdego, ale mnie właśnie ta odrębność najbardziej przekonuje. Stefaniec niczego nie wygładza. Świat pozostaje brudny, gwałtowny, czasem zwyczajnie nieprzyjemny - dokładnie taki, jaki w danym momencie powinien być.
A kolor? Tutaj mam jeszcze większy problem z zachowaniem dystansu. Jedne sceny niemal parzą, inne nagle stygną i robią się obce. Barwa nie siedzi potulnie na rysunku jako ozdobnik. Buduje nastrój, podkręca emocje i często ustawia ton sceny, zanim zdążymy przeczytać zamieszczony obok tekst.
Stefaniec robi jeszcze jedną świetną rzecz: steruje tempem samym układem planszy. Potrafi rozbić stronę na dziewięć mniejszych kadrów i prowadzić akcję szybko, nerwowo, niemal klatka po klatce, a chwilę później rozciągnąć obraz na całą stronę albo dwustronicowy splash. Wtedy wszystko nagle zwalnia. Wzrok przestaje przeskakiwać między kolejnymi kadrami i trzeba się zatrzymać. Właśnie ta swoboda zmiany rytmu robi wrażenie. Stefaniec swoimi rysunkami bardzo dobrze reguluje puls scenariusza.
Dla części czytelników jego styl pewnie będzie zbyt ostry albo zbyt daleki od klasycznie pojmowanej „ładnej kreski”. Ja mam dokładnie odwrotnie. Im bardziej Stefaniec idzie własną drogą, tym chętniej za nim podążam. W „Szczęściarzu” kilka razy złapałem się na tym, że zatrzymuję się na stronie nie dlatego, że coś jest nieczytelne, ale dlatego, że zwyczajnie nie chcę jeszcze przewracać kartki.


Mimo całego ciężaru tematów ten komiks ani na chwilę nie zamula. Nie grzęźnie w psychologicznych wywodach i nie zatrzymuje opowieści tylko po to, żeby tłumaczyć, co właściwie mamy z niej wynieść. Trzeba samemu poskładać kilka rzeczy, wrócić myślami do wcześniejszych scen, czasem pogodzić się z tym, że dwie wersje wydarzeń mogą przez chwilę funkcjonować obok siebie. I właśnie to lubię. Głowa ma co robić, ale fabuła nie staje przez to w miejscu. Nie zamienia się ani w ćwiczenie z symboliki, ani w intelektualny popis. Do tego świetnie działa jej niejednoznaczność.
Tyle że przy takiej liczbie pomysłów 104 strony robią się zwyczajnie ciasne. Niektóre wątki ledwo zdążą się rozgościć i już trzeba kończyć zabawę. Dotyczy to zwłaszcza konsekwencji psychicznych i coraz większego rozjeżdżania się tego, co Gluckmann uznaje za rzeczywistość. Chciałbym zobaczyć więcej tych momentów, kiedy nic spektakularnego się nie dzieje, ale bohater zostaje sam ze sobą i tym, czego już nie potrafi poukładać. Kilka dodatkowych scen mogłoby jeszcze mocniej docisnąć emocjonalnie, a przede wszystkim dać tej historii więcej oddechu.
I tu dochodzę do największego zarzutu. Dlaczego ten komiks jest tak cholernie krótki? Czyta się go świetnie, historia niesie od początku do końca, a kiedy wszystko zaczyna naprawdę nabierać rozpędu, nagle okazuje się, że stron zostało podejrzanie mało. To nie jest niedosyt w rodzaju: „fajne, poproszę więcej”. Tutaj naprawdę czuję niewykorzystany potencjał. „Szczęściarz” spokojnie uniósłby drugie tyle stron i ani przez moment nie miałbym wrażenia rozwlekania. Wręcz przeciwnie - mam poczucie, że dopiero wtedy dostałby tyle miejsca, ile naprawdę potrzebuje.
„Szczęściarz” to po prostu cholernie dobry komiks. Nie potrzebuje wielkiej reklamy ani napompowanych haseł, bo broni się sam - pomysłem, klimatem i charakterem. Wciąga.
Jeśli lubicie historie nieoczywiste, trochę niewygodne i zostawiające po sobie więcej niż tylko „było fajnie”, naprawdę warto po ten album sięgnąć. Ja skończyłem lekturę z bardzo prostą myślą: szkoda, że już koniec. I to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę mu wystawić.
A pecha ma tylko czytelnik.
Bo stron jest zdecydowanie za mało.
Co słychać w świecie komiksu?
Premiery, recenzje i wydarzenia. Jeden newsletter, raz w tygodniu.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
"Szczęściarz"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.





