Stwórca urządza Marvela po swojemu – „Nowy świat Ultimate. Inwazja” - recenzja komiksu
Nakładem wydawnictwa Egmont ukazał się „Nowy świat Ultimate. Inwazja”, czyli komiks, od którego zaczyna się jeden z najciekawszych marvelowskich eksperymentów ostatnich lat. Za sterami stanął Jonathan Hickman, scenarzysta zdecydowanie nieprzepadający za małymi historiami, a towarzyszy mu Bryan Hitch, jeden z twórców odpowiedzialnych za sukces pierwszego uniwersum Ultimate. Tyle że zamiast próbować wskrzesić tamten świat, Hickman robi coś znacznie ciekawszego. Wraca do pomysłów, którymi bawił się w „Tajnych wojnach”, ponownie miesza alternatywne rzeczywistości i zastanawia się, co się stanie, jeśli ktoś otrzyma możliwość zbudowania świata Marvela właściwie od podstaw.
Tym kimś jest Stwórca, czyli Reed Richards pochodzący ze starego uniwersum Ultimate. Kiedyś był odpowiednikiem Mr. Fantastica, później przeszedł długą drogę na ciemną stronę mocy i dziś stanowi jedno z najbardziej pokręconych odbić klasycznego superbohatera. Tym razem wpada na pomysł genialny w swojej prostocie: po co pokonywać herosów, skoro można sprawić, żeby nigdy nimi nie zostali? Wyrusza więc na Ziemię-6160 i zaczyna majstrować przy jej historii. Peter Parker nie zostaje ugryziony przez radioaktywnego pająka, inni przyszli bohaterowie zostają usunięci z równania, zanim zdążą odegrać swoje role, a świat stopniowo zmienia się w miejsce urządzone według wizji Stwórcy. Brzmi ciekawie? Mnie zaintrygowało.

I właśnie tutaj „Inwazja” jest najlepsza. Hickman nie ogranicza się do prostego „a co, gdyby…?”, lecz pokazuje konsekwencje świata pozbawionego swoich naturalnych obrońców. Stwórca nie chce siedzieć na tronie i rechotać jak komiksowy tyran. Przebudowuje politykę, dzieli strefy wpływów, tworzy system, w którym konflikty są kontrolowane, a społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy, jak mocno zostało oszukane. To bardzo hickmanowskie podejście: mniej interesuje go kolejna bójka superbohatera z superłotrem, bardziej mechanizm funkcjonowania całej rzeczywistości.
Ma to jednak swoją cenę. „Inwazja” potrafi być gęsta, miejscami chłodna i zdecydowanie nie prowadzi czytelnika za rękę. Hickman rzuca nazwami, koncepcjami, wariantami znanych postaci i kolejnymi elementami układanki, zakładając, że odbiorca albo zna wcześniejsze historie, albo nadrobi braki samodzielnie. Szczególnie osoby nieznające Stwórcy i wydarzeń z „Tajnych wojen” mogą początkowo zastanawiać się, czy przypadkiem nie ominęły kilku albumów.

Największy problem leży jednak gdzie indziej. „Inwazja” jest znacznie lepszym początkiem nowego uniwersum niż samodzielnym komiksem. Hickman ustawia figury na planszy, przedstawia nowych graczy, podrzuca tajemnice i przygotowuje konflikty, ale część z nich zostawia następcom. Niektóre pomysły pojawiają się tylko na moment, inne aż proszą się o rozwinięcie, a finał zamiast postawić kropkę, stawia kilka kolejnych znaków zapytania. Można więc skończyć lekturę z poczuciem, że przeczytało się wyjątkowo rozbudowany prolog. Poniekąd tak też jest.
Bryan Hitch czuje się natomiast w tej historii jak ryba w wodzie. Jego realistyczna, monumentalna kreska świetnie pasowała do „Ultimates” dwie dekady temu i równie dobrze sprawdza się tutaj. Architektura, technologia i wielkie starcia mają odpowiednią skalę, a kiedy scenariusz wymaga rozkładówki wypełnionej dziesiątkami postaci, Hitch najwyraźniej traktuje to jak osobiste wyzwanie. Szkoda tylko, że finałowa batalia jest efektowniejsza niż angażująca - trudno przejmować się losem bohaterów, których dopiero zdążyliśmy poznać. Hickman czerpie z Marvelowego wora pełnymi garściami, mamy Milesa Moralesa, Dooma (ale zaskoczy was, kto nim jest), jest stary Stark, młody Stark, Hulk, Colossus i wiele innych. Jednak ich rola może was zaskoczyć.

„Nowy świat Ultimate. Inwazja” nie jest zatem drugim „Ultimate Spider-Manem” ani próbą odtworzenia sukcesu Marvela sprzed ćwierćwiecza. To raczej akt założycielski nowej rzeczywistości. Jako zamknięta historia pozostawia niedosyt i momentami sprawia wrażenie katalogu świetnych pomysłów czekających dopiero na rozwinięcie. Ale kiedy ostatnia strona zostaje przewrócona, pojawia się coś znacznie ważniejszego: autentyczna ciekawość, jak wygląda Marvel w świecie, w którym ktoś ukradł bohaterom ich przeznaczenie. I właśnie dlatego ta inwazja, mimo swoich potknięć, spełnia najważniejsze zadanie - bardzo skutecznie otwiera drzwi do nowego Ultimate. Fajnie, że "Tajne wojny" mimo faktu, że pojawiły się na rynku ładnych kilka lat temu, wciąż mają znaczenie.

Mówiąc w skrócie, Hickman dostał zabawki, pustą piaskownicę i może w niej wyczyniać co tylko mu się podoba. Póki co, zapowiada się bardzo interesująco. Nie spodziewałem się, że ten komiks zrobi na mnie wrażenie, a tu proszę. Jednak. Czekam niecierpliwie na nowego "Ultimate Spider-Mana", no i oczywiście "Ultimates".
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.