"Zaginione horyzonty" - Juana Zanotto. Recenzja space opery z odważnym twistem

Amazonka na grzbiecie pustynnego dingo, konfederacki pilot z rozkazem od Matki i planeta, której brakuje wody. „Zaginione horyzonty" Juana Zanotto wyglądają na typową space operę z lat 90. Wyglądają, bo po kilkunastu stronach robi się z tego coś zupełnie innego.

"Zaginione horyzonty" - Juana Zanotto. Recenzja space opery z odważnym twistem

Szczerze mówiąc, to nie przymierzałem się do recenzji tego komiksu - z lipcowej oferty Lost In Time „Zaginione horyzonty" nie były moim pierwszym wyborem. Kojarzyły mi się z tą półką science fiction, gdzie skąpo odziana wojowniczka macha mieczem na tle obcych słońc, a fabuła jest dodatkiem do kadru. Falka zresztą gościła już kiedyś w Polsce, w czasach, gdy SF w wersji „amazonka kontra pustynia" zupełnie mnie nie interesowało, więc te dwa stare albumy Ambera przeszły obok mnie bez echa.

Sięgnąłem po album trochę z obowiązku. Po kilkunastu stronach dostałem czegoś, czego się nie spodziewałem.

O czym to w ogóle jest

Zacznijmy od tego, co widać od pierwszych plansz. Mamy dwie linie.

Pierwsza: Dan Darnell, porucznik Konfederacji, dostaje od tajemniczej „Matki" rozkaz sprawdzenia rutynowego korytarza w kosmosie. Rutyna oczywiście pryska, bo w jednym z kwadrantów pojawia się coś, czego być nie powinno.

Druga: Falka, wojowniczka z Górnych Krain, przemierza pustynię obcej planety na grzbiecie dingo, w grupie towarzyszek. Ich świat jest brutalny. Groźne są tu pustynne robale, ale jeszcze gorsi bywają mężczyźni, którzy na widok kobiet reagują dokładnie tak, jak można się obawiać.

Logo Lost In Time

Alphard IV, planeta, na której rozgrywa się większość akcji, cierpi na chroniczny brak wody i łudząco przypomina pewien znany nam glob. To nie przypadek. Zanotto nie bawi się w czystą fantazję, tylko buduje świat z drugim dnem.

I jeszcze jedno: te dwie linie muszą się w końcu spleść. Sposób, w jaki to robi autor, jest w zasadzie sednem całej opowieści. I muszę ostrożnie dobierać dalej słowa żeby nie zdradzić o co chodzi.

Eksperyment, którego się nie spodziewałem

Zanotto sięga po pomysł, który dotyczy samego pochodzenia Falki i jej tożsamości. Jak na komiks z początku lat 90. to zagranie odważne, chwilami wręcz brawurowe. Co dla mnie najważniejsze, potraktowane serio jako motor fabuły, a nie tani chwyt.

Obserwowanie tego, co się z bohaterką dzieje i dokąd to prowadzi, wciągnęło mnie mocniej niż główny wątek walki o planetę. A raczej rzadko mi się zdarza, żeby element z pozoru poboczny przejął cały ciężar napięcia. Sam autor zapowiada zresztą w opisie wydania, że rozterki tożsamościowe nie ograniczą się do męskiego punktu widzenia. Więcej w zasadzie nie mogę napisać. Natomiast jeśli chodzi o główny wątek, to jest on dość charakterystyczny dla komiksów SF sprzed lat. Bohaterowie wychodzą z jednej opresji, by za moment wpaść w kolejną. A z każdą kolejną pojawia się haczyk, który komplikuje fabułę.

Zaznaczę też uczciwie: to komiks swojej epoki. Zanotto uruchamia poważny temat, ale filtruje go przez pulpową, mocno erotyczną wyobraźnię lat 90. Nie ogłaszałbym więc „Zaginionych horyzontów" dziełem przełomowym obyczajowo. To raczej ciekawy paradoks, w którym ambitny pomysł miesza się z estetyką rodem z magazynów dla dorosłych. Bo tak, to pozycja wyłącznie dla dorosłych i wydawca sygnalizuje to wprost.

Rysunek

Tu nie ma dyskusji. Zanotto rysuje świetnie i widać w tym rękę weterana. Projekty statków, pojazdów, pustynne panoramy Alpharda IV, ruch postaci w kadrze - wszystko trzyma poziom, do jakiego wielu twórców tamtej dekady tylko aspirowało. Klasyczna, realistyczna kreska, sporo rozmachu, mnóstwo detalu w maszynach i sylwetkach. Sam autor przyznawał się do fascynacji Alexem Raymondem i „Flashem Gordonem".

W tym wydaniu Zanotto odpowiada za wszystko: scenariusz, rysunek i kolor. „Zaginione horyzonty" to zresztą jeden z pierwszych dużych cykli, w których sam napisał to, co narysował. Wcześniej pracował głównie przy cudzych scenariuszach, choćby „Bárbara" z Ricardo Barreiro czy „Starlight" z Robinem Woodem.

Kwestia polskich wydań

Tu jest niuans, który może mylić. Falka nie jest w Polsce debiutantką. Wydawnictwo Amber opublikowało w latach 2002–2003 dwa albumy: „Falka. Tchnienie diabła" i „Falka. Czerwony kryształ".

Rzecz w tym, że tamte albumy to późniejszy fragment sagi. Czytelnik dostawał tam Falkę już w pełni ukształtowaną, bez wyjaśnienia, skąd się właściwie wzięła. „Zaginione horyzonty" cofają się do początku i pokazują genezę, której polski odbiorca wcześniej nie poznał. Amber wydał kiedyś ciąg dalszy, Lost In Time dopiero teraz przywraca prolog. Dla porządku dodam, że stare tomy Ambera nie wchodzą w skład obecnego wydania zbiorczego.

Warto?

Dla mnie tak, i to mimo początkowej niechęci. „Zaginione horyzonty" są nierówne. Pulpowe skróty, nadmiar erotyki i tempo, które czasem się rwie, to realne wady. Jest tu jednak wielka wyobraźnia wizualna i jeden pomysł fabularny, który potrafi naprawdę zaskoczyć, choć minęły od jego powstania ponad trzy dekady.

Komiks jest widowiskowy, bezwstydnie dziewięćdziesiąty, narysowany ręką jednego z mistrzów argentyńskiej science fiction. Jeśli lubicie SF z charakterem, a odważnych pomysłów nie mierzycie wyłącznie dzisiejszą wrażliwością, wejdźcie w to bez uprzedzeń. Ja wszedłem z uprzedzeniami i żałuję tylko tego, że zwlekałem tak długo. Mocna rzecz.

Informacje o komiksie
Tytuł Zaginione horyzonty
Seria
Wydawca Lost In Time
Scenarzysta Juan Zanotto
Rysownik Juan Zanotto
Kolorysta Juan Zanotto
Tłumacz Jakub Jankowski
Rok wydania 2026
Format 215×290 mm
Okładka twarda
Liczba stron 328
Cena okładkowa 150 zł

[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.

Logo Lost In Time
Obserwuj Blog o komiksach w Google