Avengersi, których świat nigdy nie dostał, „Nowy świat Ultimate. Ultimates tom 1”, recenzja

Nowy świat Ultimate coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Najpierw Jonathan Hickman pokazał w tomiku „Nowy świat Ultimate. Inwazja”, jak Stwórca urządził rzeczywistość po swojemu, później dostaliśmy między innymi świetnego „Ultimate Spider-Mana”, a teraz przyszła pora na drużynę, która ma spróbować cały ten bałagan naprawić. „Nowy świat Ultimate. Ultimates”, którego pierwszy tom wydało na naszym rynku wydawnictwo Egmont, teoretycznie powinien być tutejszą wersją Avengers. Tylko że Deniz Camp podchodzi do tego pomysłu zupełnie inaczej. To nie jest historia o największych bohaterach świata zbierających się, żeby powstrzymać kolejne kosmiczne zagrożenie. Tutaj najpierw trzeba tych bohaterów… stworzyć.

I właśnie ten pomysł kupił mnie właściwie od początku. Maker nie ograniczył się przecież do przejęcia świata. Zadbał również o to, żeby wiele osób, które w normalnej rzeczywistości zostałyby superbohaterami, nigdy nimi nie zostało. Nie było odpowiedniego wypadku, eksperymentu, odkrycia albo zbiegu okoliczności. Tony Stark, funkcjonujący tutaj jako Iron Lad, wraz z Doomem próbuje więc naprawić historię. Odnajdują ludzi, którym odebrano ich przeznaczenie, i próbują dać im drugą szansę.
Brzmi szlachetnie. Problem w tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.
I to jest jedna z rzeczy, które najbardziej spodobały mi się w tym albumie. Spodziewałem się klasycznego kompletowania drużyny: odnajdujemy Ant-Mana, później Wasp, następnie kolejnego bohatera i po kilku zeszytach wszyscy stoją już obok siebie w efektownej pozie. Camp szybko pokazuje jednak, że nie da się po prostu odtworzyć świata, który powinien istnieć. Maker zmienił życie tych ludzi całe dekady wcześniej. Niektórzy zdążyli się zestarzeć, inni nigdy nie odkryli własnego potencjału, jeszcze inni znaleźli się w miejscu zupełnie innym niż ich odpowiednicy z głównego uniwersum Marvela.
Świetnie widać to na przykładzie Hanka Pyma i Janet Van Dyne. W tym świecie nie zostali Ant-Manem i Wasp. Prowadzą firmę zajmującą się zwalczaniem szkodników i wiodą życie, które z superbohaterstwem ma niewiele wspólnego. Niby znam tych bohaterów od lat, a jednak z zainteresowaniem obserwowałem, co Camp zrobi z nimi tym razem. To właśnie jedna z największych zalet całego nowego Ultimate - znajome nazwiska wcale nie gwarantują znajomych historii.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy Kapitan Ameryka zaczyna poznawać świat, w którym się obudził. Steve Rogers pochodzi z rzeczywistości, której już nie ma - i nie chodzi wyłącznie o naturalny upływ czasu. Stwórca przez dziesięciolecia przebudowywał historię według własnych potrzeb. Granice państw wyglądają inaczej, wydarzenia potoczyły się inaczej, a cały porządek polityczny został wypaczony. Dla Steve'a nie jest to więc po prostu przyszłość. To świat, który ktoś ukradł i napisał od nowa.
Wtedy też najlepiej widać, że „Ultimates” nie jest typową opowieścią o Avengers. Ta drużyna znacznie bardziej przypomina ruch oporu. Bohaterowie nie mają wieży w centrum Nowego Jorku i błogosławieństwa władz. Działają przeciwko systemowi, który dla większości mieszkańców Ziemi jest po prostu normalnością. Wiedzą, że za kulisami wszystkim steruje Rada Stwórcy, ale dla przeciętnego człowieka to właśnie Ultimates mogą wyglądać jak niebezpieczni radykałowie próbujący zburzyć istniejący porządek.
Muszę przyznać, że nie spodziewałem się również, jak mocno Camp pójdzie w polityczne i społeczne konsekwencje tego świata. Nie chodzi tylko o pytanie, kto jest dobry, a kto zły. Scenarzystę interesuje to, jak przez dziesięciolecia można zmienić społeczeństwo, historię i sposób myślenia ludzi. Stwórca nie podbił Ziemi za pomocą wielkiego lasera wiszącego nad Nowym Jorkiem. Stworzył system, który ma funkcjonować również wtedy, kiedy jego samego nie ma w pobliżu.

Bardzo dobrze wypada też pomysł z upływającym czasem. Bohaterowie wiedzą, że Stwórca w końcu wróci, więc nie mogą przez następnych dziesięć lat spokojnie budować drużyny. Zegar tyka. Każda kolejna misja oznacza próbę zdobycia nowego sojusznika i jednocześnie przygotowanie do wojny, która nieuchronnie się zbliża. Dzięki temu nawet spokojniejsze fragmenty mają gdzieś w tle poczucie presji.
Camp świetnie bawi się również naszymi oczekiwaniami wobec konkretnych postaci. She-Hulk, Thor, Sif, Ant-Man, Wasp - "imiona" są znajome, ale niemal za każdym razem dostajemy jakiś haczyk. Szczególnie spodobało mi się to, że scenarzysta nie próbuje za wszelką cenę robić z nich kopii bohaterów z Ziemi-616 w nowych kostiumach. Skoro historia tego świata została zmieniona, ludzie również musieli się zmienić.
Nie wszystkie zeszyty wciągnęły mnie jednakowo. Konstrukcja pierwszego tomu jest mocno epizodyczna, ponieważ kolejne rozdziały często koncentrują się na innym bohaterze albo następnym elemencie świata. Przez to główny konflikt momentami schodzi na dalszy plan. Z drugiej strony trudno mi uznać to za większą wadę, bo praktycznie każdy taki przystanek dokłada coś ciekawego do całej układanki. Mam wrażenie, że Camp na razie pokazuje nam, jak ogromnych zmian dokonał Stwórca , żeby później zacząć burzyć jego dzieło.
Bardzo dobrze prezentuje się również warstwa graficzna. Juan Frigeri potrafi narysować efektowną superbohaterską jatkę, ale nie gubi się również w spokojniejszych scenach pełnych dialogów. Szczególnie dobrze wychodzą mu momenty, w których trzeba pokazać skalę zagrożenia albo zestawić zwyczajnego człowieka z czymś znacznie potężniejszym. Jest dynamicznie i widowiskowo, ale rysunki nie próbują przykrywać samej historii.

Po pierwszym tomie „Ultimates” mam przede wszystkim poczucie, że właśnie ta seria może stać się kręgosłupem całego nowego Ultimate. „Ultimate Spider-Man” pokazuje nam ten świat z perspektywy jednego człowieka, natomiast tutaj zaczynamy dostrzegać znacznie większy obraz. Dowiadujemy się, jak głęboko Maker ingerował w historię i jak trudno będzie odwrócić zmiany, które wprowadzał przez dziesięciolecia.
Spodziewałem się Avengersów w alternatywnym świecie. Dostałem coś znacznie ciekawszego - grupę ludzi próbujących przywrócić światu bohaterów, których nigdy nie pozwolono mu mieć. I chyba właśnie dlatego „Ultimates” działa tak dobrze. Camp bierze postacie, które znamy od dziesięcioleci, ale zamiast po raz kolejny opowiadać ich historie od początku, zadaje znacznie ciekawsze pytanie: co by się stało, gdyby ktoś ten początek im ukradł?
Po pierwszym tomie zdecydowanie chcę zobaczyć, ilu z nich zdoła go odzyskać.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Dobry tydzień z komiksem.
Najważniejsze wiadomości, recenzje i zapowiedzi. Raz w tygodniu.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
"Nowy świat Ultimate. Ultimates tom 1"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.





