„Batman Arkham. Clayface”. Recenzja komiksu

Najgorsze w utracie twarzy wcale nie jest to, że przestajemy rozpoznawać siebie w lustrze. Gorzej, kiedy możemy mieć dowolną twarz, a mimo to żadna nie okazuje się naprawdę nasza. Można wtedy zmieniać ciało, głos, tożsamość, udawać każdego. Tylko przed samym sobą uciec jakoś trudniej. I właśnie dlatego Clayface zawsze wydawał mi się jednym z tych przeciwników Batmana, w których pod warstwą superbohaterskiej fantastyki siedzi coś znacznie bardziej nieprzyjemnego. Strach przed tym, że człowiek pewnego dnia przestanie wiedzieć, kim właściwie jest.
Po antologii poświęconej Pingwinowi Egmont znów zagląda do archiwów DC oraz Gotham i tym razem wyciąga z nich bohatera znacznie trudniejszego do zamknięcia w jednym portrecie. Bo Clayface nie jest jednym człowiekiem-stworem. Pod tym pseudonimem przez dekady kryli się między innymi: Basil Karlo, Matt Hagen, Preston Payne, Sondra Fuller, Cassius Payne czy Johnny Williams. „Batman Arkham. Clayface” zbiera kilkanaście opowieści autorstwa całej plejady scenarzystów i rysowników: od Billa Fingera, Lena Weina i Douga Moencha po Eda Brubakera i A.J. Liebermana. Za stronę graficzną odpowiadają między innymi Bob Kane, Sheldon Moldoff, Marshall Rogers, Jim Aparo, Kelley Jones, Darwyn Cooke i Mike Mignola. Za polski przekład odpowiada Magda Gamrot. Ta mnogość jest zarazem największą atrakcją i podstawowym problemem albumu.

Początkowo Clayface jest jeszcze przede wszystkim człowiekiem. Basil Karlo to aktor i morderca, a jego geneza wyrasta bardziej z kryminału i filmowego pulpu niż z fantastyki. Dopiero Matt Hagen wprowadza do tego równania zmiennokształtność, a wraz z kolejnymi wcieleniami pomysł staje się coraz bardziej makabryczny. Szczególnie mocno działa Preston Payne, przy którym marzenie o odzyskaniu kontroli nad własnym ciałem obraca się w przekleństwo. Dotyk, bliskość i fizyczność przestają być czymś oczywistym. Ciało staje się więzieniem.
Dalsze opowieści rozwijają ten motyw w różnych kierunkach. Raz Clayface jest typowym przeciwnikiem Batmana, którego trzeba przechytrzyć, skoro pięści okazują się mało skuteczne. Innym razem dostajemy dramat człowieka wyrzuconego poza normalność, horror cielesny albo historię kogoś, kto zyskał możliwość zostania każdym, płacąc za nią utratą samego siebie. I te fragmenty działają najlepiej. Nie wtedy, gdy scenariusz zastanawia się, w jaki kolejny efektowny kształt można uformować glinę, lecz gdy przemiana rzeczywiście ma swoją cenę i znaczy dla bohatera coś więcej niż konieczność stoczenia następnego pojedynku z Batmanem.




Problem w tym, że antologia dość szybko zaczyna zjadać własny ogon. Część opowieści ponownie przedstawia genezy, które chwilę wcześniej poznaliśmy w oryginalnych wersjach. Z punktu widzenia historii komiksu jest to ciekawe - można obserwować, jak kolejne epoki i twórcy przepisują ten sam materiał własnym językiem. Czytelniczo wypada to już gorzej. Cel pozostaje ten sam, choć zmieniają się droga, rytm i ludzie siedzący za kierownicą.
Na szczęście później przychodzi „To, co nadejdzie” z „Batman: Gotham Knights” i wreszcie robi się naprawdę gęsto. Czteroczęściowa historia A.J. Liebermana przestaje traktować Clayface’a jak eksponat z muzeum przeciwników Batmana. Pojawia się Johnny Williams, Hush rozgrywa własną partię, w intrygę zostaje wciągnięty Alfred, a zmiennokształtność przestaje być wyłącznie efektowną mocą i staje się narzędziem manipulacji. Ta opowieść ma przestrzeń na napięcie, śledztwo i emocjonalne konsekwencje. Dla mnie bezdyskusyjnie najlepsza część całego zbioru.
Graficznie album okazuje się jeszcze ciekawszym wehikułem czasu. Najstarsze plansze są teatralne, proste i bezczelnie kolorowe. Batman z Robinem wpadają do pomieszczenia, leci kilka ciosów, ktoś przelatuje przez kadr i jedziemy dalej. Kilkadziesiąt stron później ta sama postać zaczyna się topić, deformować i rozpadać na naszych oczach. Z klasycznego kostiumowego złoczyńcy Clayface przeobraża się niemal w czysty body horror.




W tej antologii rządzi jednak bezapelacyjnie Kelley Jones. Jego rysunki to czysta magia. Proporcje uciekają, sylwetki puchną, cienie pochłaniają kadry, a Clayface wygląda jak coś, co jeszcze pamięta, że kiedyś było człowiekiem, choć jego ciało dawno już o tym zapomniało. Świetnie wypada również Mike Mignola w historii Steve’a Purcella - oszczędniejszy, ekspresyjny, operujący bryłą i cieniem zupełnie inaczej niż większość pozostałych rysowników - oraz Darwyn Cooke, którego czysta i dynamiczna kreska daje potrzebny oddech od całego tego błota i rozkładu.
I właśnie w tym widzę największą wartość tego albumu. Nie jako jednej wielkiej historii Clayface’a, bo takiej tutaj zwyczajnie nie ma, lecz jako zapisu tego, jak przez dekady zmieniało się myślenie o komiksowym potworze. W najlepszych momentach przestaje on być przeciwnikiem tygodnia, a staje się figurą odrzucenia, samotności i utraty kontroli nad własnym ciałem. Wtedy ta cała glina zaczyna znaczyć znacznie więcej niż tylko efektowną supermoc.
Problem w tym, że redakcyjna kompletność ma swoją cenę. Powracające genezy, gwałtowne zmiany tonu i przeskoki między epokami rozbijają rytm lektury. Im dłużej czytałem ten tom jednym ciągiem, tym mocniej czułem, że nie wszystkie historie są równie potrzebne. Jako kompendium działa to dobrze. Jako książka do przeczytania od deski do deski - już znacznie mniej.




Po tej antologii mam zresztą trochę dziwne poczucie: wiem o Clayface (-ach) więcej niż wcześniej, ale nie jestem pewien, czy dzięki temu poznałem go (ich) lepiej. I to chyba najlepiej pokazuje, gdzie leży problem tego komiksu. Dostajemy bardzo dużo odpowiedzi na pytanie, skąd wzięli się kolejni Clayface’owie, a znacznie mniej na pytanie, co można było później z nimi zrobić. Jakby moment przemiany był dla redaktorów ciekawszy od wszystkiego, co następuje po niej.
A przecież właśnie tam zaczyna się najciekawsza część. Sam pomysł na człowieka, który może wyglądać jak każdy, jest kapitalny. Można z niego zrobić kryminał, horror, tragedię, historię o aktorstwie, obsesji, samotności, własnym ciele albo zwyczajnym pragnieniu, żeby ktoś jeszcze zobaczył pod tym błotem człowieka. Clayface daje scenarzyście właściwie nieograniczone możliwości. I paradoks polega na tym, że po przeczytaniu ponad trzystu stron najbardziej brakowało mi właśnie większej liczby historii, które naprawdę z tych możliwości korzystają.
Może dlatego ten album bardziej rozbudził mi apetyt na Clayface’a, niż go zaspokoił. Nie w takim sensie, że natychmiast chcę przeczytać wszystko, co kiedykolwiek z nim wydano. Raczej zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze można zrobić z tak świetnym pomysłem, kiedy przestanie się po raz kolejny tłumaczyć czytelnikowi, skąd wzięło się błoto, a zacznie się naprawdę grzebać w tym, kto pod nim siedzi.

I tu chyba najbardziej różni się mój odbiór Clayface’a sprzed lektury od tego po zamknięciu albumu. Wcześniej widziałem przede wszystkim efektownego batmanowego potwora - wielką kupę gliny, którą można dowolnie wyginać, rozciągać i rozsmarowywać po planszy. Teraz widzę przede wszystkim cholernie dobry pomysł na postać, z którym przez lata różni autorzy robili bardzo różne rzeczy. Czasem świetne. Czasem przeciętne. A czasami zachowywali się tak, jakby najbardziej interesujące było samo jego powstanie.
Może kiedyś uda mi się poznać bardziej rozwój tej postaci.
"Batman Arkham. Clayface"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiMiędzy jednym albumem a drugim.
Znajdź chwilę na wiadomości ze świata komiksu. Dostarczymy je raz w tygodniu.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.





