„Batman. Hush 2”. Dużo hałasu, mało Batmana. Recenzja komiksu

Najgorzej wraca się do rzeczy, które kiedyś zrobiły na nas ogromne wrażenie. Nie dlatego, że nagle stały się gorsze, ale dlatego, że po latach pamiętamy przede wszystkim tamte wspaniałe emocje. Mniej pamiętamy uproszczenia, fabularne szwy czy momenty, w których autorzy szli na skróty. W głowie zostaje obraz. Klimat. Kilka scen. To przyjemne uczucie, że wtedy czytało się coś naprawdę dużego.
Jeszcze trudniej, kiedy po ponad dwóch dekadach ktoś postanawia do takiej opowieści dopisać ciąg dalszy. „Hush 2” wchodzi więc na pole minowe, bo pierwsza historia Jepha Loeba i Jima Lee dla wielu czytelników jest jednym z tych Batmanów, do których wraca się z sentymentem. Sam nie oczekiwałem powtórzenia tamtego efektu. Chciałem tylko dostać dobrego Gacka. Po zamknięciu albumu zostało mi jednak przede wszystkim pytanie: po co właściwie ta historia powstała?
Do Gotham wraca niemal cały zespół odpowiedzialny za oryginalnego „Husha”. Scenariusz ponownie napisał Jeph Loeb, rysuje Jim Lee, tuszuje Scott Williams, a kolorami zajmuje się Alex Sinclair. Polski album Egmontu, w przekładzie Tomasza Sidorkiewicza, zbiera zeszyty „Batman” #158-163, a autorką okładki naszego wydania jest Joanna Karpowicz. To sześć rozdziałów historii określanej w oryginale jako „H2SH”. Trudno wyobrazić sobie bardziej znajomy zestaw nazwisk. I właśnie dlatego oczekiwania automatycznie poszły w górę.
Początek jest zresztą całkiem obiecujący. Hush ponownie pojawia się w życiu Bruce’a Wayne’a i szybko daje do zrozumienia, że nie zamierza ograniczać się do zwyczajnej konfrontacji. Joker staje się pionkiem w większej rozgrywce, a Batman musi ratować człowieka, który odebrał mu i jego najbliższym zdecydowanie zbyt wiele. To wystarczy, aby stare rany znowu zaczęły się otwierać. Zwłaszcza że Tommy Elliot doskonale wie, gdzie uderzać.


To relacje Batmana z jego najbliższymi stają się osią całej intrygi. Jason Todd, Barbara Gordon, Nightwing czy Damian nie są tutaj tylko dekoracją. Hush próbuje porozstawiać ich na swojej szachownicy, wykorzystując żal, brak zaufania, poczucie winy i przede wszystkim pytanie, które w opowieściach o Batmanie wraca od dziesięcioleci. Do układanki dochodzą następne znajome twarze, a stosunkowo kameralna zemsta zaczyna rozrastać się do regularnej wojny Batmana ze światem.
Na papierze brzmi to nieźle. Problem zaczyna się wtedy, gdy Loeb musi wszystkie te elementy ze sobą połączyć.
Oryginalny „Hush” też nie był przecież filozoficznym traktatem o naturze człowieka. Był przede wszystkim świetnie skrojonym komiksowym blockbusterem - tajemnica pchała fabułę naprzód, bohaterowie i łotrzy mieli swoje miejsce, a czytelnik chciał wiedzieć, kto pociąga za sznurki. W „Hush 2” Loeb próbuje zastosować podobny mechanizm, ale tym razem jedna z najważniejszych części tamtej układanki odpada już na starcie. Wiemy, kto stoi za intrygą. Napięcie musi więc powstać gdzie indziej - z manipulacji, rozpadu zaufania, psychologicznej wojny z Bruce’em. I właśnie tutaj całość okazuje się zaskakująco płytka.
Loeb raz po raz sięga do przeszłości Batmana, wyciąga z przeszłości antagonistów, dawne konflikty i znajome obrazy, lecz zbyt rzadko buduje z nich coś nowego. Szachowa metafora wraca uparcie, tylko że ja tej genialnej partii zwyczajnie tutaj nie widzę. Batman znacznie częściej reaguje na cudze ruchy, niż sam je wykonuje.


Mocno uwiera mnie sposób, w jaki scenariusz ustawia bohaterów pod następne starcia. Wieloletnie relacje potrafią nagle rozsypać się dlatego, że fabuła potrzebuje następnej bójki. Ktoś podejmuje dziwną decyzję, ktoś inny reaguje jeszcze gwałtowniej i już za kilka stron następni bohaterowie skaczą sobie do gardeł. Pojawiają się pytania, które mogłyby nadać całej historii prawdziwy ciężar - o granice kodeksu Batmana, jego odpowiedzialność za ludzi, których wciągnął do własnej wojny, o to, dlaczego tak łatwo można odciąć go od najbliższych. Komiks jednak tylko dotyka tych miejsc i natychmiast pędzi dalej.
Przeszkadza mi jednak coś jeszcze. Nie jestem fanem Batmana sprowadzonego tylko do roli potężnego, wściekłego faceta, który odbija się od następnych przeszkód bez zastanowienia. Brakuje mi tutaj detektywa. Człowieka, który analizuje, przewiduje i potrafi być o pół kroku przed przeciwnikiem. Loeb chce pokazać Bruce’a osaczonego i wytrąconego z równowagi, ale zamiast uczynić z jego bezradności temat opowieści, często używa jej po prostu jako paliwa dla następnej sekwencji akcji.
Za to Jim Lee nadal potrafi zrobić z takiej sekwencji małe święto.
„Hush 2” jest momentami kapitalny wizualnie. Lee świetnie czuje monumentalność Batmana - jego sylwetkę, pelerynę, ciężar postaci stojącej na dachu czy wpadającej w sam środek walki. Na planszach doskonale widać również, jak sprawnie prowadzi ruch między kadrami. Postacie wpadają w przestrzeń z impetem, ciosy mają ciężar, a otoczenie i efekty ruchu podtrzymują wrażenie nieustannej dynamiki. Scott Williams wzmacnia tę kreskę zdecydowanym tuszem, a Alex Sinclair bardzo umiejętnie operuje zimnymi błękitami i zieleniami Gotham, które w odpowiednich momentach przecinają agresywne czerwienie, pomarańcze czy ostre źródła światła.
W najlepszych momentach wystarczy rozłożyć komiks i przez chwilę po prostu patrzeć. Lee wciąż umie tworzyć kadry niemal plakatowe. Problem polega na tym, że ta wizualna pewność czasem obnaża słabość tego, co dzieje się pod spodem. Postacie wyglądają imponująco, lecz scenariusz zbyt rzadko pozwala im przestać pozować i zwyczajnie pobyć ze sobą przez chwilę. Brakuje ciszy. Miejsca na gest, spojrzenie, niewygodną pauzę.
I tutaj ujawnia się zasadniczy kłopot tego albumu. „Hush 2” często wygląda jak wielkie wydarzenie, nawet wtedy, gdy scenariusz nie daje mu żadnego powodu, żeby nim było. Są efektowne wejścia, duże kadry, pojedynki, rozmach i postacie, które fani Batmana rozpoznają bez podpisów. Lee sprzedaje spektakl. Loeb znacznie rzadziej sprzedaje mi powód, dla którego powinienem się nim przejmować.
Nie znaczy to, że album czytało mi się źle od pierwszej do ostatniej strony. Jako bezpretensjonalny akcyjniak potrafi działać. Tempo jest wysokie, obsada imponująca, a graficznie dostajemy poziom, którego trudno nie docenić. Kiedy Loeb przestaje komplikować swoją „wielką intrygę” i pozwala bohaterom po prostu ruszyć do walki, całość dostaje potrzebnego kopa. To sprawna maszyna do przewracania kolejnych kartek akcji. Tyle że po jej zatrzymaniu niewiele zostaje.
Znacznie gorzej wypada próba znalezienia pod tym wszystkim czegoś więcej. Tajemnica jest miałka, psychologia bohaterów podporządkowana następującym po sobie zwrotom akcji, nostalgia zastępuje świeże pomysły, a Hush zamiast ponownie stać się fascynującym przeciwnikiem Batmana częściej pełni funkcję operatora wielkiego automatu uruchamiającego następne atrakcje. Dialogom również brakuje zdań, które miałyby szansę zostać ze mną po lekturze. Są funkcjonalne. Popychają akcję. I właściwie tyle.


Do tego dochodzi finał. A właściwie brak finału. Ostatni z zebranych tutaj zeszytów domyka jedynie pierwszą część większej historii. Formalnie wszystko się zgadza. Czytelniczo - znacznie mniej. Zamiast satysfakcji dostajemy komunikat: wróć po resztę później. Kiedy? Jak autorom się w przyszłości zachce (podobno zapowiedzieli kontunuację).
„Hush 2” nie odbiera mi sympatii do pierwszego „Husha”. Nie niszczy go. Nie ma aż takiej mocy. Po prostu nie daje mi przekonującego argumentu, dlaczego po tylu latach należało tę historię kontynuować.
Jeżeli chcecie zobaczyć Jima Lee ponownie rysującego Batmana, dostaniecie dokładnie to, po co przyszliście. Jeżeli szukacie solidnego akcyjniaka pełnego znajomych twarzy - również możecie się nieźle bawić. Jeżeli jednak oczekujecie tajemnicy, emocjonalnego ciężaru albo Batmana-detektywa, który naprawdę musi pogłówkować, przygotujcie się na spory niedosyt.
Komiks nazwany „Hush 2”, który miał zrobić mnóstwo hałasu, ostatecznie okazał się dla mnie jedynie jękami ciszy.
"Batman: H2SH"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiDobry tydzień z komiksem.
Najważniejsze wiadomości, recenzje i zapowiedzi. Raz w tygodniu.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.




