"Batman. Miasto szaleństwa". Recenzja komiksu

"Batman. Miasto szaleństwa". Recenzja komiksu

Zdarzyło Wam się kiedyś wracać nocą przez miasto, które znacie niemal na pamięć, i nagle poczuć, że coś się nie zgadza? Niby ta sama ulica, te same bloki, ten sam chodnik pod nogami, a jednak cienie wydają się odrobinę za długie, kroki brzmią tak, jakby ktoś powtarzał je kilka metrów za Wami, a wzrok co chwilę ucieka w stronę ciemnych bram pobliskich kamienic. Rozsądek podpowiada, że to zmęczenie albo wyobraźnia. Tylko że ciało już wie swoje. Żołądek się zaciska, kark sztywnieje i nagle zaczynacie iść szybciej, choć przecież niczego nie widzieliście.

„Batman. Miasto szaleństwa” to kolejny komiks, który ukazał się niedawno dzięki wydawnictwu Egmont w linii DC Black Label. Album zbiera trzy zeszyty miniserii „Batman: City of Madness”, pierwotnie wydanej przez DC Comics. Za polski przekład odpowiada Tomasz Sidorkiewicz.

Za stworzenie komiksu w pełni odpowiada Christian Ward. Brytyjski twórca od lat jest kojarzony z malarską, mocno psychodeliczną oprawą takich komiksów jak „ODY-C”, „Black Bolt”, „Invisible Kingdom” czy „Aquaman: Andromeda”. Stworzenie własnej historii o Batmanie było jednym z projektów, które nosił w głowie od lat. Na szczęście dla czytelników wreszcie udało mu się ten pomysł w pełni zrealizować.

A o czym opowiada ta historia? Jednym z jej punktów wyjścia jest spotkanie Batmana z Harveyem Dentem w Arkham. Two-Face twierdzi, że w jego głowie pojawił się trzeci głos, który nie należy ani do dobrej, ani do złej strony jego osobowości. Harvey odbiera go jako sygnał nadawany z miejsca ukrytego głęboko pod miastem. Szybko okazuje się, że pod ulicami Gotham naprawdę istnieje jego drugie, potwornie zniekształcone odbicie. Dolne Gotham przez lata żywiło się strachem, nienawiścią i cierpieniem mieszkańców powierzchni, a przejścia prowadzącego do tego świata strzegł Trybunał Sów. Teraz jednak coś zaczyna przedostawać się na górę.

W tym samym czasie do Gotham przyjeżdża Jevoney, nastolatek z jasno określonym celem. Chce odnaleźć człowieka odpowiedzialnego za śmierć jego ojca i sam wymierzyć mu sprawiedliwość. Jest przekonany, że gniew wystarczy mu za plan, jednak szybko trafia na ludzi i siły, o których istnieniu nie miał pojęcia. Jevoneyem interesuje się Batman z Dolnego Gotham - wynaturzona wersja Mrocznego Rycerza (mająca w sobie coś z lovecraftowskiego świata), pozbawiona zasad Bruce’a i poszukująca własnego Robina. Dla chłopaka próbującego nadać sens swojej krzywdzie taka propozycja może okazać się niebezpiecznie kusząca.

Nad wszystkim unosi się jeszcze głos Alfreda. Ward pokazuje jego zmęczenie, niepokój i coraz większe wątpliwości dotyczące nocnej działalności Bruce’a. Alfred ogląda nagrania z maski, czyta raporty i próbuje ustalić, czy człowiek, którego wspiera od lat, nadal panuje nad własną krucjatą. Kiedy granica między dwoma Gotham zaczyna pękać, Batman zostaje zmuszony do współpracy z Trybunałem Sów i zejścia do świata, w którym znajome obsesje przybrały fizyczne, odrażające kształty. Musi powstrzymać własnego sobowtóra, ale przede wszystkim dotrzeć do Jevoneya, zanim ktoś przekona chłopaka, że najlepszą odpowiedzią na doznaną krzywdę jest przekazanie jej dalej.

I właśnie w tym miejscu Ward pokazuje, że nie interesuje go zwykłe starcie Batmana z kolejnym potworem. Dolne Gotham jest efektownym pomysłem, ale najważniejsze rzeczy dzieją się nie w tunelach, lecz w głowach bohaterów. Każdy z nich próbuje poradzić sobie z tym, co pękło w nim samym. Harvey rozmawia z głosami, Arnold Wesker oddaje część siebie lalce, Jevoney zamienia żałobę w plan zemsty, a Bruce od lat przekuwa traumę w nocną krucjatę. Ward nie stawia między nimi znaku równości, ale bardzo świadomie pokazuje, że wszyscy uruchamiają podobny mechanizm. Każdy próbuje nadać bólowi formę, nazwę i cel, bo inaczej ten rozsadzi go od środka. To dla mnie najciekawsza warstwa tej opowieści. Potwory z dołu robią wrażenie, ale prawdziwy niepokój pojawia się wtedy, gdy zaczynam dostrzegać, jak niewiele dzieli bohatera od kogoś, kto pozwolił własnej krzywdzie przejąć stery.

Świetnie wypada Harvey Dent, ponieważ Ward nie sprowadza go do charaktersytcyznych dla niego cech. Trzeci głos nie służy wyłącznie jako fabularny alarm mający wysłać Batmana pod ziemię. Burzy porządek, do którego Harvey zdążył się przyzwyczaić. Nawet jego choroba podlegała dotąd określonym zasadom, a teraz w jego psychikę wdziera się coś, czego nie potrafi nazwać ani kontrolować. Dzięki temu Two-Face przestaje na chwilę być złoczyńcą wykorzystywanym w kolejnej historii, a staje się człowiekiem autentycznie przerażonym tym, że we własnej głowie nie zna już wszystkich lokatorów.

Podobnie wypada Jevoney. Ward nie przedstawia go wyłącznie jako chłopaka, którego należy uratować przed złym Batmanem. Jego gniew jest zrozumiały, a potrzeba wymierzenia sprawiedliwości nie bierze się z młodzieńczego kaprysu. Dlatego zainteresowanie ze strony Batmana z Dolnego Gotham ma tak nieprzyjemny sens. Potwór nie musi go łamać. Wystarczy, że nazwie zemstę misją i wręczy mu kostium. Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki Ward przedstawia Arnolda Weskera i Scarface’a.

Najwięcej emocji wywołuje jednak Alfred. Jego spojrzenie sprowadza całą tę historię z poziomu kosmicznego horroru do rezydencji, w której ktoś od lat czeka na powrót Bruce’a. Alfred obserwuje, liczy zużyty sprzęt, analizuje nagrania i próbuje uchwycić moment, w którym pomoc zamieniła się w podtrzymywanie obsesji. Bardzo mnie ten wątek uwierał, bo Ward dotyka pytania, którego większość historii o Batmanie woli nie zadawać: co czuje człowiek, który kocha Bruce’a, widzi jego kolejne rany, a mimo to każdego dnia pomaga mu znów wyjść na ulice? Batman z Dolnego Gotham nie jest więc jedynie wynaturzonym sobowtórem. Pokazuje, dokąd może zaprowadzić ta sama droga, gdy zabraknie ostatnich hamulców, zasad i ludzi gotowych powiedzieć „dość”.

Akcja przez długi czas utrzymuje dobre tempo. Ward nie spieszy się z pełnym odsłonięciem Dolnego Gotham, lecz stopniowo dokłada kolejne sygnały, głosy i pęknięcia. Dzięki temu zejście pod miasto staje się czymś więcej niż szybkim przejściem do kolejnego poziomu gry. Podobało mi się również wykorzystanie Trybunału Sów. Organizacja zwykle przedstawiana jako wszechpotężna siła kontrolująca Gotham tutaj przypomina grupę zarządców, którzy przez lata pilnowali problemu, nie próbując go naprawdę rozwiązać. Ich chłód, wyrachowanie i gotowość do poświęcenia ludzi są znacznie bardziej przekonujące niż kolejne deklaracje o panowaniu nad miastem.

Scenariusz zaczyna się jednak chwiać, gdy liczba pomysłów przestaje mieścić się w trzech zeszytach. Ward otwiera kilka bardzo ciekawych drzwi, ale przez część z nich jedynie zagląda. Wątki dotyczące Trybunału, natury Dolnego Gotham i przemian Harveya mogłyby dostać znacznie więcej miejsca. Finał przyspiesza właśnie wtedy, gdy narracja powinna zwolnić i dać decyzjom bohaterów należycie wybrzmieć. Nie wszystkie wątki znajdują przekonujące rozwiązanie, a część odpowiedzi pojawia się szybciej, niż pozwalałoby na to wcześniejsze budowanie napięcia. Mimo to Ward nie gubi najważniejszego - emocjonalnego sensu całej opowieści.

Graficznie „Miasto szaleństwa” najbliżej ma oczywiście do albumu „Batman. Azyl Arkham. Poważny dom na poważnej ziemi”. Christian Ward, podobnie jak Dave McKean, nie rysuje Gotham w sposób realistyczny i uporządkowany. Bardziej interesuje go to, jak miasto wygląda w głowach bohaterów. Kreska rozpływa się więc w plamach, przecierkach, brudnych fakturach i gwałtownych kontrastach. Twarze bywają konkretne i czytelne, by po chwili niemal zniknąć pod naporem koloru albo rozpaść się razem z emocjami postaci. McKean budował swój koszmar za pomocą fotografii, kolażu i malarskiego brudu, zamykając wszystko w klaustrofobicznej przestrzeni. Ward podąża w podobnym kierunku, lecz robi to bardziej współcześnie, neonowo i kosmicznie. Jego Gotham nie gnije w cieniu. Świeci niezdrowym blaskiem niczym od dawna chory organizm, którego objawy dopiero teraz stały się widoczne.

Równie ważne jest kadrowanie. Ward nie trzyma się jednego rytmu planszy, ponieważ jej porządek zmienia się wraz z psychiką bohaterów. W spokojniejszych scenach kompozycja pozostaje czytelna, ale gdy na pierwszy plan wychodzi Dolne Gotham, ramy zaczynają się łamać, obrazy nachodzą na siebie i nie zawsze od razu wiadomo, gdzie zatrzymać wzrok. Kolory robią tu kawał dobrej roboty - nie tyle opisują świat, ile oddają jego temperaturę emocjonalną. Czułem podczas lektury, że coś stale napiera na plansze od drugiej strony i próbuje wydostać się razem z bohaterami. Momentami ten wizualny nadmiar męczy i odbiera scenom czytelność, ale trudno uznać go za przypadek. Ward chce, byśmy w Dolnym Gotham nie czuli się wygodnie. Pod tym względem osiąga podobny efekt jak McKean - nie pozwala nam jedynie oglądać szaleństwa. Każe na chwilę wejść w samo szaleństwo.

Autor nie buduje tej historii typwo pod fanów Batmana i to jest mega plus dla niego. Nie trzeba znać połowy batmanowej biblioteki, żeby wejść w ten świat, bo autor korzysta z istniejącej mitologii, ale nie urządza z niej testu wiedzy. Najważniejsza okazuje się dla niego rzecz znacznie prostsza i przez to mocniejsza: chwila, w której cudzy ból staje się narzędziem. Ward pokazuje, jak łatwo skrzywdzonego człowieka można przekonać, że zemsta jest sprawiedliwością, obsesja obowiązkiem, a maska lekarstwem. Nie udziela przy tym wygodnej odpowiedzi na pytanie, czy symbol Batmana ratuje ludzi, czy czasami jedynie uczy ich lepiej ukrywać własne rany. To właśnie ta niejednoznaczność przekonała mnie najbardziej. Nie dostałem kolejnego hymnu na cześć Mrocznego Rycerza ani taniej dekonstrukcji próbującej udowodnić, że Bruce od początku był szaleńcem. Ward zostawia go pomiędzy tymi skrajnościami - i właśnie tam Batman okazuje się najciekawszy.

Problem w tym, że autor nie rozwija wszystkich postaci równie dobrze. Jevoney jest bardzo potrzebny całej opowieści, ale poza żałobą i gniewem niewiele dowiadziałem się o nim jako o zwyczajnym chłopaku. Rozumiem jego decyzje, lecz chwilami widzę w nim bardziej nośnik głównego tematu niż pełnego bohatera. Podobnie jest z Batmanem z Dolnego Gotham. Jako pomysł, zagrożenie i potworne odbicie Bruce’a działa znakomicie, ale brakuje mu własnej osobowości. Ward tak mocno chce uczynić z niego symbol, że nie pozwala mu stać się kimś naprawdę nieprzewidywalnym.

Zdarza mu się również przesadnie ufać ciężarowi własnych monologów. Niektóre kwestie brzmią tak, jakby każda z nich musiała od razu nadawać się do zapisania na okładce albo wykorzystania w zwiastunie. Przy opowieści o szaleństwie odrobina ciszy, brudu i zwyczajnej ludzkiej niezręczności zrobiłaby więcej niż kolejne zdanie dźwigające całą filozofię Gotham.

„Bat-Man: Pierwszy rycerz”. Recenzja komiksu
Recenzja komiksu „Bat-Man: Pierwszy rycerz” od Egmontu. Mroczne Gotham 1939 roku, pulpowe korzenie Batmana, noir, groza i świetne rysunki Mike’a Perkinsa do ciekawej opowieści Dana Jurgensa.

Ostatecznie „Batman. Miasto szaleństwa” nie jest albumem bez skaz, ale ma coś, czego coraz częściej brakuje komiksom o największych ikonach popkultury - własny charakter. Nie przypomina produktu ułożonego według bezpiecznej instrukcji, nie próbuje zadowolić wszystkich i nie udaje, że kolejna historia o Bruce’ie Wayne’ie musi koniecznie prowadzić do jeszcze większego widowiska. Ward proponuje Batmana dla czytelników, którzy lubią, gdy za maską i mitologią kryje się coś bardziej niepokojącego niż następny złoczyńca do pokonania. Miłośnicy klasycznej opowieści detektywistycznej mogą się od tej wizji odbić, ale jeśli ktoś ceni autorskie, dziwne i świadomie niewygodne historie, powinien dać się jej wciągnąć.

Nie będę udawał, że wszystko tutaj działa równie dobrze, ale wolę taki komiks - momentami przesadzony, nierówny i zbyt ciasny dla własnych pomysłów - niż kolejną poprawną historię o gacku. Ward ryzykuje, czasami się potyka, ale ani przez chwilę nie chowa się za cudzą wizją Batmana.

Polecam!

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Batman. Miasto szaleństwa"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Batman. Miasto szaleństwa”
Seria DC Black Label
Wydawca Egmont
Scenarzysta Christian Ward
Rysownik Christian Ward
Kolorysta Christian Ward
Tłumacz Tomasz Sidorkiewicz
Rok wydania 2026
Format 225x285 mm
Okładka twarda
Liczba stron 176 (kolor)
Cena okładkowa 99,99 zł

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Obserwuj Blog o komiksach w Google