„Bez cienia mnie”. Recenzja komiksu

„Bez cienia mnie”. Recenzja komiksu

Zdarzyło Wam się kiedyś stać w zatłoczonym autobusie, czuć na ramieniu czyjś oddech, słyszeć szum rozmów, a jednocześnie mieć to dojmujące, niemal fizyczne przekonanie, że gdybyście w tej właśnie sekundzie po prostu wyparowali, nikt by tego nie zauważył? Że świat potoczyłby się dalej, cudze sprawy mieliłyby dzień w tym samym rytmie, a jedynym śladem po Was byłoby puste miejsce, które za chwilę zajmie ktoś inny? To nie jest zwykły smutek. To ten rodzaj wyobcowania, który sprawia, że zaczynacie wątpić w ciężar własnej obecności. Stajecie się przezroczyści, najpierw dla innych, a potem – co najgorsze – dla samych siebie.

Właśnie z takim uczuciem, schowanym pod pozorną prostotą czarno-białej kreski, zostawiła mnie lektura komiksu Luizy Grabowskiej. „Bez cienia mnie” ukazało się nakładem wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy.

To projekt w pełni autorski. Grabowska odpowiada tu zarówno za scenariusz, jak i rysunki, a całość podporządkowuje jednemu stanowi psychicznemu. Nie ma tu rozbudowanego świata, widowiskowej intrygi ani fabularnych fajerwerków, które miałyby przykryć to, co w tej historii naprawdę boli.

Zamiast tego dostajemy Maszę. Dziewczynę, która jest jeszcze młoda, ale jej codzienność wygląda tak, jakby ktoś już dawno zgasił w niej większość świateł. Traci pracę i próbuje znaleźć kolejną, wysyłając CV, chodząc na rozmowy, czekając na odpowiedzi, których brak zaczyna znaczyć więcej niż jakakolwiek odmowa. Dla kogoś innego byłby to życiowy zakręt, przykry, ale do przejścia. Dla Maszy staje się kolejnym potwierdzeniem, że coś jest z nią nie tak. Do tego z mieszkania wyprowadza się współlokatorka, czyli znika ostatni codzienny punkt zaczepienia: ktoś obecny choćby za ścianą, choćby w przelocie, choćby przez sam fakt, że czasem poruszał się po tej samej przestrzeni. Relacja z matką również nie przynosi prostego oparcia. Zamiast bezpiecznej przystani pojawia się kolejne napięcie, kolejny sygnał, że Masza nie bardzo ma gdzie odłożyć to, co nosi w sobie.

I właśnie wtedy odzywa się jej cień. Pojawia się nagle jak głos, który był przy Maszy od dawna, tylko dopiero teraz dostał możliwość mówienia na głos. Zna jej lęki, wyczuwa słabości, potrafi wejść dokładnie tam, gdzie nikt inny nie ma dostępu. Początkowo ta relacja może sprawiać wrażenie dziwnego towarzystwa w samotności, ale Grabowska szybko pokazuje, że bliskość z własnym mrokiem bywa zdradliwa. Cień nie musi krzyczeć, żeby przejmować coraz więcej miejsca. Wystarczy, że jest. Że odpowiada. Że nie odchodzi. A Masza, coraz bardziej odklejona od ludzi i od samej siebie, zaczyna wikłać się w więź, która przynosi jednocześnie ulgę i coś bardzo niepokojącego. Dokąd to wszystko ją zaprowadzi, lepiej odkryć już samemu.

„Bez cienia mnie” opowiada o rozpadaniu się bez teatralnego rozpadania. Nie ma tu sceny, w której bohaterka efektownie wali pięścią w lustro, krzyczy do deszczu albo wygłasza monolog życia. Jest za to coś znacznie bardziej niewygodnego: zwykłe sytuacje, które dla człowieka stojącego mocniej na nogach byłyby po prostu fragmentem dnia, a dla Maszy urastają do przeszkody wielkości ściany. Grabowska bardzo dobrze łapie ten paraliż, kiedy człowiek jeszcze wie, co powinien zrobić, ale już nie potrafi zmusić siebie do ruchu. Tempo jest przez to celowo przygaszone, chwilami wręcz duszne, ale ja nie odebrałem tego jako zamulenia. Bardziej jak siedzenie obok kogoś, kto ma w głowie permanentnie zaciągnięty hamulec ręczny.

Dialogi są na dobrym poziomie. Szczególnie rozmowy Maszy z cieniem mają w sobie coś paskudnie intymnego. Ten motyw łatwo można było położyć, zrobić z niego tanią metaforę z migającym neonem „depresja” albo komiksowego duszka od smutku. Autorka poszła jednak znacznie lepszym tropem: cień nie jest ani prostym wrogiem, ani przyjacielem z mrocznej bajki. W tych rozmowach jest jakaś chora forma bliskości. Taka, która na moment może przynieść ulgę, ale jednocześnie pachnie zamknięciem drzwi od środka. Dlatego podczas lektury nie zadawałem sobie pytania, czy ten cień jest „prawdziwy”. Miałem to gdzieś. Ważniejsze było dla mnie to, dlaczego Masza w ogóle zaczyna go słuchać.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to czerń, biel i odcienie są podstawowym językiem opowieści. Plansze wyglądają tak, jakby świat Maszy był trochę niedorysowany, trochę przybrudzony, trochę za ciasny. Bardzo podoba mi się ta nierówność kreski. Tła bywają oszczędne. Kadrowanie nie pędzi, nie próbuje podkręcać tempa sztuczną dynamiką. Przeciąga niektóre momenty. I właśnie przez to komiks nabiera nerwowego rytmu: niby nic wielkiego się nie wydarza, a człowiek czuje, jak z każdym kadrem robi się ciaśniej.

Najważniejsze jest jednak to, że z tych rysunków cały czas sączy się niepokój. Nie ma w nich niczego, co pozwalałoby wygodnie oprzeć wzrok i odpocząć od stanu bohaterki. Nawet kiedy plansze pokazują zwykłe miejsca i proste sytuacje, czuć pod nimi napięcie, jakby wszystko było o pół tonu przesunięte względem normalności. Dzięki temu grafika nie tylko ilustruje historię, ale podbija jej ciężar, zostawiając czytelnika w podobnym dyskomforcie, który narasta w bohaterce.

Czytajac „Bez cienia mnie” nie mogłem sobie wygodnie usiąść z boku i powiedzieć: „no tak, biedna Masza, trudny temat, ważna sprawa”. Grabowska cały czas podsuwała mi pod nos coś dużo mniej wygodnego: pytanie, ile razy w prawdziwym życiu minąłem kogoś podobnego, bo był zbyt cichy, zbyt dziwny, zbyt zamknięty albo zwyczajnie zbyt męczący, żeby próbować przebić się przez ten mur. I to mnie w tym albumie najmocniej zabolało. Nie sama depresyjna aura, nie sam cień, nie sama samotność, tylko ta brzydka myśl, że cierpienie często nie wygląda tak, żebyśmy chcieli się nad nim pochylić. Czasem wygląda tak, że wolimy odwrócić wzrok.

Jeśli coś mi w tym komiksie miejscami zgrzytało, to chyba ta w miarę prosta i nierozbudowana historia. Można było tu pokazać i opowiedzieć znacznie więcej. Poczułem spory niedosyt.

Komiks „Bez cienia mnie” zostawił mnie ze smutkiem, ale też z dziwną wdzięcznością. Za to, że ktoś potrafił narysować stan, który zwykle upychamy gdzieś pod codziennym „jakoś leci”, pod automatycznym uśmiechem, pod udawaniem, że przecież da się funkcjonować. To nie jest lektura do kawy w słoneczne popołudnie. I dobrze. Bo po tym albumie nie chce się udawać, że puste miejsce w autobusie zawsze jest tylko pustym miejscem.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Bez cienia mnie"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Bez cienia mnie”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta Luiza Grabowska
Rysownik Luiza Grabowska
Rok wydania 2026
Format 160x180 mm
Okładka miękka
Liczba stron 144 (cz-b)
Cena okładkowa 49,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.