Garść dolarów za szkielet, czyli "Clint Northwood #2" Wojtasińskiego. Recenzja
Gadający szkielet rewolwerowca wraca, a jego twórca rozpędza się na dobre. „Clint Northwood 2 – un dollar por un muerto" to drugi tom niezależnego westernu Jarosława Wojtasińskiego - wciąż rubaszny, wciąż 18+ i wciąż z przytupem.
Jakiś czas temu pisałem o pierwszym tomie „Clinta Northwooda" i dałem Jarosławowi Wojtasińskiemu spory kredyt zaufania. Nie z koleżeńskiej grzeczności, tylko dlatego, że jedynka na to zasłużyła - czytelny, sprawnie poprowadzony western 18+, który nie mylił niezależności z chaosem. Drugi tom, „un dollar por un muerto", ten kredyt spłaca z nawiązką. I robi to po swojemu, czyli głośno, bezczelnie i bez owijania w bawełnę.

Już sam podtytuł zdradza, w czyim towarzystwie się obracamy. „Un dollar por un muerto", czyli „dolar za trupa", to ukłon w stronę spaghetti westernu i całej dolarowej fali, którą rozkręcił Sergio Leone. „Per un pugno di dollari" z 1964 roku, z Clintem Eastwoodem, zapoczątkowało popularność gatunku, a po nim posypały się tytuły grające wariacjami na temat dolara - „dolar przestrzelony", „dolar między zębami" i dziesiątki innych. Wojtasiński puszcza tu oko do widza, który te klasyki kojarzy. I to jest właściwy trop: bo „Clint Northwood" nie jest komiksem dla młodzika, który spaghetti western zna najwyżej z mema. To pozycja dla starszych dziadów, którzy łapią konwencję w lot 😉

Przypomnijmy, gdzie skończyła się jedynka. Clint, rewolwerowiec, który wstał z grobu jako gadający szkielet i nie ma pojęcia, kto i dlaczego pozbawił go ciała, dotarł wraz z drużyną do czarownicy. Drużyna nietuzinkowa: ksiądz wysłany do zbadania fenomenu i Adel, dama lekkich obyczajów.

Spotkanie z czarownicą zamienia się w spektakularną konfrontację. Adel sięga po swoje nadnaturalne moce i - tu Wojtasiński zostaje wierny sam sobie - cała scena kończy się tym, że bohaterka traci odzienie, a obaj towarzysze podziwiają widoki zamiast martwić się o magiczny pojedynek. Kto czytał jedynkę, ten wie, czego się spodziewać. Kto nie czytał, niech spojrzy na metkę: przemoc, seks, alkohol, boomer humor, 18+. Autor uczciwie ostrzega na okładce i ani przez chwilę nie udaje, że robi coś innego.

Stamtąd droga prowadzi w stronę Gór Sierra Migrena, gdzie bohaterowie szukają niejakiego Diega De Lirium. Same nazwy zdradzają, w jakiej konwencji się poruszamy - zabawa westernem prowadzona z przymrużeniem oka, gdzie żart sytuacyjny jest równie ważny jak fabuła. A fabuła wciąż kręci się wokół jednego pytania: kto i po co odebrał Clintowi ciało?

Wojtasiński w dwójce rozpędza się coraz bardziej i puszcza wodze absurdowi. Widać wyraźny hołd dla poczucia humoru rodem z komiksów Tadeusza Baranowskiego - ten rodzaj klasycznego, polskiego absurdu, który bawi się formą, ale nigdy nie gubi czytelnika. I to jest rzecz warta podkreślenia, bo niezależny komiks często grzęźnie w formalnych wynalazkach, niejasnej narracji i rysunkach, które bardziej męczą, niż wciągają. U Wojtasińskiego tego nie ma. Jest klarownie, jest śmiesznie, a czwarta ściana pęka co chwila.

Sam autor w wywiadzie, którego udzielił mi przy okazji premiery, nie ukrywa, skąd to wszystko się bierze. Komiks wydaje pod szyldem fikcyjnej wytwórni JARO LEONE PRODUKTION — ukłon w stronę Sergia Leone widać już na okładce w logo. Do tego dochodzi humor w stylu „Nagiej broni", którego Wojtasiński nie kryje, że uwielbia, oraz, co może zaskakiwać przy westernie, „Dragon Ball". Jak mówi, Akira Toriyama udowodnił mu, że może zrobić, co zechce, bo to jego komiks. Ta swoboda jest w dwójce wyczuwalna na każdej stronie.

Wojtasiński nie udaje też, że jego komiks jest dla każdego. Wolisz jednorożce, nie sięgaj po jego komiks — ostrzega wprost, bo to nie jest pozycja inkluzywna i taka pozostanie. Po Clinta mają sięgać czytelnicy świadomi tego, co ich czeka. Trudno o uczciwsze postawienie sprawy.
Cały „Clint Northwood" to projekt w pełni autorski — scenariusz, rysunki i wydanie spięte własnym sumptem. To w polskim komiksie wciąż bywa traktowane jak gorszy sort, a Wojtasiński nie owija w bawełnę, jak czuje to ze strony branży. Mówi wprost, że duzi wydawcy widzą w takim komiksie zagrożenie, bo okazuje się, że można radzić sobie bez nich, a komiks, z którego nikt duży nie uszczknie finansowo, potrafi irytować. Dorzuca przy tym gorzką uwagę o organizatorach dużych konwentów, którzy bywają towarzysko związani z wydawcami i potrafią udawać, że taki tytuł po prostu nie istnieje.
Tym chętniej zatem napiszę: dwójka „Clinta" broni się nie „jak na self-publishing", tylko po prostu. Druga część dostała zresztą wsparcie bloga Stare Wilki — jak ujmuje to sam autor, „clintomania" zaczyna się rozszerzać. I dobrze, bo komiks na to zasługuje.
Jeśli więc lubicie humor w starym stylu, nie boicie się metki 18+ i macie ochotę zobaczyć, jak gadający szkielet w towarzystwie księdza i prostytutki wspina się ku Górom Sierra Migrena - zamówcie tom bezpośrednio u autora. Łatwo go namierzyć, a kupując bezpośrednio, wspieracie jego pracę. A że western, jak twierdzi sam Clint, nie jest jeszcze uznany za martwego — na trzeci tom czekam już teraz.


