Duch psa i dużo ciepła. „Shiba na chacie” - recenzja mangi
Nie każda manga musi ratować świat, opowiadać o demonach, turniejach walki czy wielkich spiskach. Czasami wystarczy niewielkie mieszkanie, samotna dziewczyna i... duch psa rasy shiba. Brzmi absurdalnie? Owszem. Ale właśnie na takim pomyśle Esu Omori buduje „Shibę na chacie” - kameralną historię wydaną u nas przez wydawnictwo Kotori z pogranicza komedii, fantasy i slice of life, która bardziej niż widowiskową fabułą urzeka atmosferą.
Punktem wyjścia jest historia licealistki Kori Momose. Z powodu zmiany szkoły dziewczyna musi znaleźć nowe mieszkanie. Trafia na ofertę, która wydaje się wręcz podejrzanie atrakcyjna - niewielkie mieszkanko za śmiesznie niski czynsz. Powód szybko wychodzi na jaw. W mieszkaniu od lat przebywa duch psa rasy shiba, którego obecność skutecznie odstrasza kolejnych lokatorów. Kori postanawia jednak zaryzykować i zamieszkać pod jednym dachem z niezwykłym współlokatorem. W końcu tanio, to niemal uczciwa cena, prawda?
Na tym etapie można odnieść wrażenie, że będzie to kolejna historia oparta wyłącznie na uroczym zwierzaku i serii gagów. Na szczęście Esu Omori bardzo szybko pokazuje, że ma nieco ambitniejszy pomysł. Sięgnąłem po ten tytuł bo mnie zaciekawił pomysł. O, manga o internetowym pieseł. Jako że z mangami tak średnio mi po drodze, nie kupuję ich regularnie - z pewnym wyjątkiem - to mówię sobie, a raz kozie śmierć, odżałuję te kilka złociszy. Czy żałuję?

Oczywiście humoru tutaj nie brakuje. Muu jest uparty, zrzędliwy i zdecydowanie nie przypomina słodkiego psiaka z internetowych memów. Zamiast od razu pokochać nową lokatorkę, zachowuje się wobec niej z dużą rezerwą, a momentami wręcz wrogo. Właśnie dzięki temu ich relacja rozwija się naturalnie. Nie dostajemy natychmiastowej przyjaźni ani przesłodzonej historii o miłości do zwierząt. Oboje są samotni, oboje noszą w sobie pewne rany i oboje potrzebują czasu, by sobie zaufać.
Bardzo dobrze wypada również sposób, w jaki Esu Omori buduje relację Muu z Kori. Ich więź nie pojawia się nagle i nie zostaje oparta wyłącznie na tym, że pies jest słodki, a bohaterka potrzebuje towarzystwa. Oboje początkowo zachowują dystans, uczą się swoich granic i stopniowo przyzwyczajają do wspólnego życia. Dzięki temu kolejne gesty sympatii, drobne ustępstwa i chwile wzajemnego zaufania mają większe znaczenie. To właśnie rozwój tej relacji jest sercem pierwszego tomu i sprawia, że po bohaterach szybko zaczyna się zwyczajnie tęsknić.
To największa zaleta pierwszego tomu.

Autorka bardzo umiejętnie balansuje między komedią a spokojniejszymi, bardziej refleksyjnymi momentami. W jednej scenie śmiejemy się z psich wybryków, by chwilę później zobaczyć, że pod całą tą lekką otoczką kryje się opowieść o samotności, stracie i potrzebie znalezienia miejsca, które można nazwać domem.
Podoba mi się również to, że element nadprzyrodzony nigdy nie dominuje nad historią. Duch psa jest oczywiście osią całej fabuły, ale manga pozostaje przede wszystkim opowieścią obyczajową. Nadnaturalny motyw służy bardziej jako narzędzie do pokazania relacji między bohaterami niż źródło spektakularnych wydarzeń. To podejście przypomina nieco najlepsze serie slice of life, w których magia stanowi jedynie subtelny dodatek do codziennego życia.
Kori również wypada znacznie lepiej, niż sugerowałby opis na okładce. Początkowo sprawia wrażenie dość chłodnej i zdystansowanej bohaterki, jednak z każdym kolejnym rozdziałem coraz lepiej rozumiemy, skąd bierze się jej zachowanie. Esu Omori nie tłumaczy wszystkiego od razu. Woli stopniowo odkrywać kolejne elementy przeszłości dziewczyny, dzięki czemu łatwiej uwierzyć w rozwijającą się więź między nią a Muu.

Nie bez znaczenia pozostaje również sąsiedztwo i postacie drugoplanowe, które stopniowo poszerzają świat przedstawiony. Już pierwszy tom sugeruje, że historia nie zamknie się wyłącznie w czterech ścianach mieszkania. To dobra wiadomość, bo choć relacja Kori i Muu bez problemu udźwignęłaby cały album, dodatkowi bohaterowie mają szansę nadać serii jeszcze więcej życia w kolejnych tomach.
Od strony graficznej manga prezentuje się bardzo przyjemnie. Kreska Esu Omori nie próbuje imponować widowiskowymi kadrami czy przesadnie szczegółowymi tłami. Jej największym atutem są emocje. Wystarczy kilka kresek, by czytelnik bez problemu odczytał zakłopotanie Kori albo psi upór jej nietypowego współlokatora. Sam Muu został narysowany znakomicie. Nie jest przesadnie uczłowieczony, zachowuje wiele typowych psich zachowań, a jednocześnie posiada wyrazisty charakter. W efekcie trudno nie uśmiechnąć się podczas kolejnych scen z jego udziałem.
Tempo opowieści może jednak okazać się problemem dla części odbiorców. To manga, która nigdzie się nie spieszy. Nie znajdziemy tu spektakularnych zwrotów akcji ani wielkich cliffhangerów co kilkanaście stron. Autorka świadomie stawia na codzienność i budowanie atmosfery. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych wada.

Sam momentami miałem wrażenie, że niektóre sceny mogłyby zostać skrócone lub prowadzić do mocniejszej puenty. Pierwszy tom jest przede wszystkim zaproszeniem do świata przedstawionego, dlatego większą wagę przykłada do budowania relacji niż rozwijania głównej intrygi. Jeśli ktoś oczekuje wyraźnego celu fabularnego już od pierwszych rozdziałów, może poczuć lekki niedosyt.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Shiba na chacie” ma w sobie coś, czego bardzo często brakuje współczesnym mangom - autentyczny spokój. To lektura, przy której można zwyczajnie odpocząć. Nie dlatego, że nic się nie dzieje, ale dlatego, że historia nie próbuje na siłę wywoływać silnych emocji co kilka stron. Pozwala bohaterom po prostu ze sobą być.
Ogromnym atutem jest również brak taniego sentymentalizmu. Motyw samotnej dziewczyny i wiernego psa aż prosił się o łatwe wzruszenia. Esu Omori na szczęście tego unika. Zamiast manipulować emocjami czytelnika, cierpliwie buduje relację opartą na drobnych gestach, wspólnych chwilach i powoli rodzącym się zaufaniu. Dzięki temu bardziej poruszające sceny naprawdę wybrzmiewają.
Po lekturze pierwszego tomu trudno oprzeć się wrażeniu, że największe emocje dopiero przed nami. Autorka zarysowuje przeszłość bohaterów, sugeruje istnienie innych zjawisk nadprzyrodzonych i zostawia kilka pytań bez odpowiedzi. Jednocześnie nie robi tego nachalnie. To bardziej obietnica dalszego rozwoju niż próba sztucznego zmuszenia czytelnika do kupienia kolejnego tomu.
„Shiba na chacie” nie będzie mangą dla każdego. Miłośnicy dynamicznych shōnenów czy mrocznych thrillerów prawdopodobnie odbiją się od jej spokojnego tempa. Jeśli jednak lubicie ciepłe historie o relacjach, codzienności i bohaterach, których po prostu chce się odwiedzać przez kolejne tomy, Esu Omori przygotowała serię wartą uwagi.
To bardzo udany początek. Uroczy, zabawny, momentami wzruszający, ale przede wszystkim niezwykle naturalny. Po zamknięciu pierwszego tomu miałem ochotę spędzić z Kori i Muu jeszcze trochę czasu. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić serii dopiero rozpoczynającej swoją historię.
Powtórzę zadanie na początku pytanie. Czy żałuję? Zdecydowanie nie, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, że ta manga przypadła mi do gustu. Okej, wolę jak historia jest pokolorowana, ale tutaj nie był to problem. Urzekła mnie sama historia i porządna dawka humoru. Muu-Kori to póki co jeden z moich ulubionych komiksowych duetów. Jeśli lubicie pieseły, jeśli lubicie humor, gorąco polecam wam "Shibę na chacie"!
"Shiba na chacie."
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.