„Galapagos”. Recenzja komiksu

„Galapagos”. Recenzja komiksu

Ilu z Was miało kiedyś serdecznie wszystkiego dość? Tak po prostu. Zapchało się własnym życiem. Doszło do ściany, w którą można już tylko walić głową i cedzić przez zęby kolejne przekleństwa. Ilu z Was choć raz miało ochotę rzucić wszystko i uciec w Bieszczady?
No właśnie.

Tyle że nie każdy ma Bieszczady pod nosem. Niektórzy wybierają znacznie ambitniejszy kierunek. Taki oddalony o tysiące kilometrów. Taki, który bardziej przypomina koniec świata niż początek nowego życia.
Niektórzy wybierają... Galapagos.

Właśnie od takiego marzenia o ucieczce zaczyna się komiks Michaëla Olbrechtsa. I przyznam, że przez sporą część lektury zastanawiałem się, czy ja sam nie zrobiłbym dokładnie tego samego co jego bohaterowie. Rzucić wszystko. Zamienić cywilizację na kawałek skały pośrodku oceanu. Wyłączyć hałas. Zamknąć za sobą drzwi.

Brzmi kusząco.

Problem polega na tym, że „Galapagos” bardzo szybko przypomina o jednej niewygodnej prawdzie. Gdziekolwiek uciekniemy, zabieramy ze sobą cały własny bałagan. Ambicje. Kompleksy. Ego. Pretensje do świata. I to właśnie one potrafią zamienić raj w piekło szybciej niż brak wody czy żywności.

A potem siedziałem nad ostatnimi stronami komiksu i myślałem o tym, jak niewiele przez ostatnie sto lat się zmieniło.

Czytajcie nowe teksty z Bloga o Komiksach także w Google Discover
Obserwuj nas

Tym mocniej, że Olbrechts nie wymyślił tej historii po to, żeby efektownie postraszyć czytelnika egzotyczną scenerią i grupką wykolejeńców. „Galapagos” wyrasta z prawdziwych wydarzeń, które rozegrały się na Floreanie, jednej z wysp archipelagu Galapagos, i które do dziś mają w sobie coś z niepokojącej legendy. Belgijski autor bierze na warsztat tzw. Aferę Galapagos, ale nie robi z niej suchej rekonstrukcji ani muzealnej gablotki z podpisami. Bardziej interesuje go człowiek zamknięty w eksperymencie, który sam sobie wymyślił, po czym bardzo szybko przestał nad nim panować.

Album ukazał się oryginalnie w 2023 roku nakładem wydawnictwa Oogachtend, a Olbrechts odpowiada tu za całość – scenariusz, rysunki i kolory. To ważne, bo „Galapagos” jest komiksem bardzo spójnym. Nie ma tu wrażenia, że scenarzysta ciągnie opowieść w jedną stronę, a rysownik próbuje ją ratować nastrojem. Wszystko wychodzi z jednej głowy. I najwyraźniej była to głowa, która dobrze wiedziała, po co grzebie w tej starej, dziwnej, brudnej historii.

Nie jest też przypadkiem, że album odbił się szerzej poza typowym komiksowym obiegiem. „Galapagos” zdobyło Fnac Stripprijs 2024, a wcześniej znalazło się wśród piętnastu tytułów wybranych do pierwszego etapu nagrody Boon w kategorii fikcji i non-fiction. A to już nie byle ciekawostka, bo wcześniej żaden komiks nie przebił się w tej nagrodzie tak daleko.

W Polsce możemy przeczytać go dzięki wydawnictwu Los Kraba, w przekładzie Olgi Niziołek.

Wszystko zaczyna się od Friedricha Rittera. Niemieckiego lekarza, który chciałby być kimś więcej niż tylko lekarzem. Filozofem. Prorokiem nowego życia. Człowiekiem stojącym ponad stadnym porządkiem cywilizacji. Ritter jest zafascynowany Nietzschem i trudno oprzeć się wrażeniu, że nie czyta go jak literatury czy filozoficznego wyzwania, tylko jak osobistą instrukcję obsługi świata. Razem z chorą na stwardnienie rozsiane Dore Strauch porzuca Europę i osiada na Floreanie. Zostawiają za sobą wygody, konwenanse, społeczne układy, rodzinne zobowiązania. Na wyspie mają być tylko oni, natura i wielki eksperyment duchowego samodoskonalenia.

Tyle że już na tym etapie w tej historii coś zgrzyta. Bo Ritter nie przyjeżdża na Floreanę po spokój, ale aby udowodnić światu, że miał rację. To kolosalna różnica. Dore wierzy, że odosobnienie i nowe życie mogą ją uleczyć, dać jej wolność, może nawet sens życia. Ritter natomiast ma w sobie niebezpieczną mieszankę inteligencji, pychy i przekonania, że ludzie dzielą się na tych, którzy rozumieją wielkie idee, oraz całą resztę, która tylko przeszkadza. Początkowo ich życie na wyspie ma w sobie posmak przygodowej idylli. Surowe warunki, budowanie domu, walka z codziennością, poczucie bycia pierwszymi. Można nawet przez chwilę pomyśleć: dobra, szaleństwo szaleństwem, ale może oni naprawdę coś tam dla siebie znaleźli.

A potem na Floreanę zaczynają przybywać kolejni ludzie.

Najpierw pojawiają się Wittmerowie, którzy nie przywożą ze sobą filozoficznego manifestu, tylko bardzo konkretne lęki i potrzeby. Uciekają z Niemiec, które coraz mocniej duszą się politycznie i ekonomicznie. Szukają miejsca do życia, bezpieczeństwa, szansy dla rodziny, a także nadziei, że klimat wyspy pomoże zmienić ich świat. Margret jest w ciąży, więc nagle w tej opowieści o wielkich ideach pojawia się coś zupełnie przyziemnego. Dziecko. Dom. Jedzenie. Przetrwanie. Normalność, która na Floreanie okazuje się równie egzotyczna jak lokalna fauna.

I jeszcze dałoby się tę kruchą równowagę jakoś utrzymać. Może nie z uśmiechem. Może nie przy wspólnym grillu i rozmowach o pogodzie, bo Ritter raczej nie wygląda na człowieka, który z entuzjazmem pyta sąsiada, czy podlewał pomidory. Ale dałoby się.

Wtedy na scenie pojawia się Baronessa Eloise Wagner de Bousquet.

Wchodzi właściwie jak postać z innej książki, innego filmu i innego poziomu absurdu. Samozwańcza arystokratka, kobieta z rozmachem, dwoma kochankami u boku i planem - zbudować na Floreanie luksusowy hotel dla bogatych turystów. Raj ma zostać sprzedany w pakiecie z widokiem na ocean. To jest tak bezczelne, że aż piękne. I oczywiście kompletnie destrukcyjne.

Jej przybycie zmienia dynamikę całej wyspy. Nagle nie chodzi już tylko o to, kto ma prawo mieszkać na Floreanie. Chodzi o władzę. O uwagę. O dominację. O to, czyj pomysł na życie okaże się ważniejszy. Jeden z kochanków Baronessy bardzo szybko przestaje wyglądać jak partner, a zaczyna przypominać człowieka uwięzionego w układzie, z którego nie umie się wydostać. I wtedy ta cała egzotyczna przygoda zaczyna pachnieć czymś znacznie gorszym niż tylko sąsiedzkim konfliktem.

Jak to się wszystko potoczy oczywiście dowiecie się po przeczytaniu całego komiksu.

Olbrechts bardzo dobrze rozumie, że największe napięcie nie rodzi się tutaj z pytania: „co się wydarzy?”. Ono rodzi się z pytania: „jak długo ci ludzie jeszcze wytrzymają?”. Bo to nie jest historia o wyspie, na której nagle pojawia się zło. Ono przypływa razem z bohaterami. W ich walizkach, w ich ambicjach, w ich przekonaniach, w ich spojrzeniach rzucanych przez ramię. I dlatego im dalej czytałem, tym mniej interesowała mnie sama sensacyjność tej sprawy, a coraz bardziej fascynowało mnie obserwowanie, jak powoli pękają ludzie przekonani, że są silniejsi od świata.

Scenariuszowo „Galapagos” nie działa jak klasyczny kryminał, mimo że ma wszystkie składniki, żeby nim być. Są tajemnice, napięcia, podejrzenia, ludzie znikający z pola widzenia historii, wersje wydarzeń, którym trudno do końca ufać. Ale Olbrechts nie rozgrywa tego jak tanią łamigłówkę pod tytułem „zgadnij, kto kłamie”. Robi za to coś znacznie ciekawszego. Zamiast stawiać czytelnika przed tablicą z pinezkami i czerwonym sznurkiem, sadza go obok bohaterów i każe z nimi trochę pomieszkać.

To jest momentami niewygodne. Serio. Bo przez pierwszą część albumu można poczuć, że autor za długo rozstawia pionki. Że jeszcze nie odpalił dramatu. Że może za bardzo lubuje się w codzienności. Ale im dalej, tym bardziej widać, że to była pułapka. Gdyby Olbrechts od razu rzucił nas w środek afery, dostalibyśmy sprawnie opowiedzianą ciekawostkę historyczną. Dzięki temu, że każe nam najpierw oglądać tych ludzi przy pracy, rozmowach, drobnych upokorzeniach i codziennych tarciach, późniejsze napięcie nie bierze się znikąd.

Bardzo mocno pracują tu dialogi. Nie są może efektowne w teatralnym sensie. Nikt nie wygłasza wielkich monologów pod publiczkę. Najciekawsze są jednak drobne przesunięcia tonu. Zdanie, które brzmi jak troska, ale ma w sobie kontrolę. Uprzejmość, za którą stoi pogarda. Żart, po którym zostaje kwaśny posmak. Olbrechts pokazuje, że cywilizacja to nie tylko prąd, lekarstwa, poczta i sklep za rogiem. To także wszystkie niewidzialne bezpieczniki, które powstrzymują ludzi przed rzuceniem się sobie do gardeł przy pierwszej poważniejszej różnicy zdań.

Na Floreanie tych bezpieczników nie ma.

Jest natura, ale ona nie wychowuje. Nie rozstrzyga sporów. Nie nagradza szlachetności i nie karze głupoty w sposób, który można by uznać za sprawiedliwy. Jest upał, susza, głód, zmęczenie, choroby, samotność i konieczność patrzenia codziennie na tych samych ludzi, nawet jeśli najchętniej wysłałoby się ich wpław na inną pobliską wyspę. To właśnie tutaj „Galapagos” staje się opowieścią naprawdę gęstą. To nie jest historia o tym, że raj zawiódł człowieka, ale o tym, że człowiek okazał się dla tego raju zbyt trudnym lokatorem.

Graficznie „Galapagos” najmocniej zadziałało na mnie nie pojedynczym kadrem, ale rytmem całych plansz. Olbrechts bardzo sprytnie prowadzi oko czytelnika: raz rozciąga scenę szerokim ujęciem wyspy, pozwala złapać oddech, pokazuje przestrzeń, roślinność, zwierzęta, ocean i ten pozorny spokój miejsca, które powinno być spełnieniem marzeń o ucieczce. A zaraz potem ścina wszystko do kilku mniejszych kadrów, w których codzienność zaczyna się zagęszczać. Praca, rozmowy, krzątanie się wokół domu, spojrzenia rzucane mimochodem, ludzie mijający się na tej samej ziemi, ale jakby coraz dalej od siebie. Dzięki temu tempo lektury dziwnie pulsuje. Nie ma tu ciągłego galopu, nie ma też martwego przestoju. Jest raczej narastające poczucie, że plansze najpierw dają nam przestrzeń, a później powoli ją odbierają. I to mimo tego, że przecież cały czas jesteśmy na wyspie otoczonej oceanem. Kapitalny paradoks.

Kolory również grają tu bardzo przewrotnie. Olbrechts nie robi z Floreany ponurego miejsca, bo wtedy wszystko byłoby zbyt oczywiste. Wręcz przeciwnie: ta wyspa bywa jasna, ciepła, nasycona, momentami niemal kusząca. Bujna natura nie zachwyca niewinnie, tylko obojętnie trwa obok ludzkiego bałaganu. Kadrowanie świetnie to wzmacnia, bo Olbrechts potrafi zestawić piękno otoczenia z małością ludzkich sporów, a potem nagle przybliżyć nas do napięcia tak blisko, że nie da się już schować za egzotycznym krajobrazem.

Najbardziej zostało mi po „Galapagos” to nie, że przeczytałem komiks oparty na dziwnej historii sprzed lat. Bardziej to uczucie, że przez cały album ktoś bardzo spokojnie pokazuje mi, jak cienka bywa granica między marzeniem o wolności a potrzebą postawienia świata pod siebie. Olbrechts nie daje czytelnikowi wygodnego miejsca. Nie pozwala patrzeć na bohaterów wyłącznie z góry, jak na bandę egzotycznych dziwaków z odległej wyspy. Co chwilę podsuwa coś znajomego: urażoną dumę, pragnienie uznania, lęk przed zależnością, głód kontroli. I właśnie dlatego ten komiks nie kończy się wraz z ostatnią planszą. On jeszcze przez chwilę siedzi w człowieku i nieprzyjemnie skrobie po głowie.

Zastrzeżenia mam głównie do tego, że album momentami aż prosi się o kilka dodatkowych oddechów. Nie po to, żeby dopowiadać tajemnice albo rozciągać akcję, tylko by mocniej wybrzmiały niektóre cichsze napięcia między postaciami. Czasem czułem, że Olbrechts świadomie idzie dalej, zanim zdążę posiedzieć w danej scenie tyle, ile bym chciał. Do tego dochodzi graficzna groteska, która przeważnie świetnie pasuje do tej absurdalnie prawdziwej historii, ale w paru momentach ociera się o przesadę. To drobne rysy, nie pęknięcia. Bardziej coś, co lekko uwiera w lekturze, niż coś, co odbiera jej siłę.

Nie będę udawał, że „Galapagos” to album do szybkiego połknięcia między jednym przystankiem a drugim. To komiks, przy którym trzeba usiąść i zgodzić się na jego tempo. Najwięcej wyciągną z niego ci, których interesuje nie tylko sama afera, ale ten nieprzyjemny moment, w którym ludzie zaczynają rozjeżdżać się z własnym wyobrażeniem o sobie. Mnie najmocniej złapało właśnie to przesunięcie: z pytania „co tam się właściwie wydarzyło?” na znacznie gorsze „dlaczego oni tak łatwo weszli w ten koszmar?”. Miłośnicy szybkich thrillerów mogą kręcić nosem, ale czytelnicy lubiący komiksy historyczne, psychologiczne i lekko duszne powinni wejść na Floreanę bez większych oporów. Tylko nie nastawiajcie się na wakacje.

Na koniec nie chcę Wam wciskać, że „Galapagos” wyleczy kogokolwiek z fantazji o ucieczce. Nie wyleczy. Sam pewnie jeszcze nie raz pomyślę o Bieszczadach, kiedy codzienność znowu przyciśnie człowieka do ściany i każe udawać, że wszystko jest w porządku. Ten komiks robi jednak coś sprytniejszego. Dopisuje do tej fantazji małym, paskudnym druczkiem jedno pytanie: dobrze, tylko kogo dokładnie zabierasz ze sobą?

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Los Kraba/ Dom Literatury w Łodzi/ Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Galapagos"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Galapagos”
Seria Los Kraba nr 6
Wydawca Los Kraba/ Dom Literatury w Łodzi/ Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi
Scenarzysta Michaël Olbrechts
Rysownik Michaël Olbrechts
Kolorysta Michaël Olbrechts
Tłumacz Olga Niziołek
Rok wydania 2026
Format 215x290 mm
Okładka twarda
Liczba stron 176 (kolor)
Cena okładkowa 89,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.