Kot na końcu świata. „The Walking Cat”, tom 2 – recenzja mangi

Kot na końcu świata. „The Walking Cat”, tom 2 – recenzja mangi

Wydawnictwo Waneko wydało mangę, zaskakującą pomysłem, który na papierze mógł wyglądać jak żart: oto apokalipsę zombie obserwujemy, podążając za białym kotem. Tomo Kitaoka szybko pokazał jednak, że nie interesuje go parodia „The Walking Dead” ani seria gagów o zwierzaku uciekającym przed żywymi trupami. Yuki był dla niego sposobem na opowiadanie o ludziach, których świat rozpadł się z dnia na dzień. Drugi tom rozwija ten pomysł i, moim zdaniem, robi to nawet lepiej od poprzedniego.

Po wydarzeniach kończących pierwszą część Yuki trafia na wyspę zamieszkaną przez ocalałych. Opiekę nad nim przejmuje Kaoru, młoda dziewczyna, która nie zamierza spędzić reszty życia w pozornie bezpiecznym obozie. Ma swoje plany, sporo złości i jeszcze więcej żalu do matki, która przed katastrofą porzuciła rodzinę. Biały kocur pojawia się więc przy niej w odpowiednim momencie. Nie rozwiąże jej problemów, nie udzieli dobrej rady i nie wygłosi podnoszącej na duchu przemowy. No bo jest kotem, oczywiste, nie? Może za to usiąść obok, domagać się jedzenia i przypomnieć, że nawet po końcu świata istnieje coś zwyczajnego. Ba, mało tego, może przynieść ci do namiotu gdy śpisz w najlepsze upolowaną mysz. Żywą!

To właśnie w takich scenach „The Walking Cat” jest najlepsze. Kitaoka nie uczłowiecza Yukiego przesadnie. Kot nie staje się futrzastym terapeutą, który rozumie każde słowo i świadomie naprawia życie kolejnych bohaterów. Zachowuje się jak kot: chodzi własnymi drogami, wpycha się tam, gdzie nie powinien, szuka wygodnego miejsca do spania i czasem okazuje przywiązanie w najmniej spodziewanej chwili. Ludzie przypisują jego zachowaniu własne znaczenia, ponieważ bardzo potrzebują odrobiny bliskości. Dzięki temu emocje nie wydają się wymuszone, choć autor doskonale wie, jak trafić czytelnika w czuły punkt.

Drugi tom jest bardziej skupiony od pierwszego. Zamiast ciągłego przemieszczania się i spotkań z kolejnymi grupami ocalałych dostajemy wyspę, niewielką społeczność oraz rozwijającą się relację Kaoru z Yukim. Tempo wyraźnie zwalnia, a zombie przez sporą część historii pozostają gdzieś na obrzeżach. Nie uznałbym tego za wadę, bo żywe trupy od początku nie były tu główną atrakcją. Kitaokę bardziej interesuje pytanie, jak długo można udawać, że prowizoryczne schronienie jest nowym domem, i co stanie się z ludźmi, kiedy kruche poczucie bezpieczeństwa zacznie pękać. Niby proste, a w pewien sposób głębokie, nie? Ignorowanie, czy raczej zapominanie o zagrożeniu, może być przecież drastyczne w skutkach.

Nie paczaj łobuzie!

Wyspa początkowo wydaje się azylem, lecz autor od razu zostawia kilka sygnałów, że ten spokój nie potrwa długo. Ocaleni próbują odtworzyć codzienność, pilnują zasad i organizują wspólne życie, ale wystarczy jeden błąd albo jedna decyzja podjęta pod wpływem uczuć, żeby cały system się rozsypał. Kitaoka dobrze rozumie podstawową zasadę opowieści o zombie: umarli są zagrożeniem, lecz katastrofy najczęściej zaczynają się od ludzi. Nie robi z tego wielkiego traktatu o naturze człowieka. Pokazuje po prostu strach, przywiązanie i niezdolność do pogodzenia się ze stratą.

Sama Kaoru jest bohaterką bardziej interesującą, niż początkowo mogłoby się wydawać. Bywa opryskliwa, uparta i zwyczajnie niesympatyczna. Nie zawsze myśli o konsekwencjach i nie ma zamiaru grzecznie wykonywać poleceń innych mieszkańców wyspy. Jednocześnie jej zachowanie nie bierze się znikąd. Jeszcze przed końcem świata musiała mierzyć się z rozpadem własnej rodziny, a epidemia odebrała jej możliwość uporządkowania przeszłości. Relacja z Yukim stopniowo wydobywa z niej więcej czułości, ale nie przemienia jej nagle w zupełnie inną osobę. Kaoru nadal się złości, podejmuje ryzyko i popełnia błędy. Dzięki temu wypada wiarygodnie, a nie jak bohaterka, której wszystkie problemy zniknęły po kilku spotkaniach z uroczym zwierzakiem.

Yuki bywa bardzo pomocny w pracach ogrodowych.

Coraz bardziej podoba mi się także sposób, w jaki Kitaoka prowadzi samego Yukiego przez kolejne rozdziały. To główny bohater serii, ale nie w tradycyjnym znaczeniu. Kot wędruje od jednej osoby do drugiej, na chwilę staje się częścią jej życia, a potem rusza dalej. Dzięki temu poznajemy kolejne fragmenty świata i losy ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy by się ze sobą nie spotkali. Manga ma przez to nieco epizodyczny charakter, ale kolejne historie łączy właśnie obecność Yukiego. On sam nie rozumie, dlaczego ludzie znikają ani dlaczego ci, którzy jeszcze niedawno go karmili i głaskali, nagle przestają się ruszać. Czytelnik rozumie to aż za dobrze. Na szczęście autor posługuje się Yukim jako żywym elementem, nazwijmy to rozrywkowym, czasem niedorzeczne zachowanie kota rozładowuje napięcie, pozwala emocjom opaść. I Kitaoka bardzo umiejętnie wplata w tę historię komedię. Kot stawiający klocka, ot prosty, dziecinnie wręcz głupi gag, ale wpleciony w historię tak umiejętnie, że w pierwszej chwili byłem w szoku, a dopiero potem zaczynałem się śmiać.

Rysunki Kitaoki pozostają proste i czytelne. Nie ma tu przesadnie rozbudowanych teł ani plansz, które chciałoby się oprawić i powiesić na ścianie, ale taki styl dobrze pasuje do tej opowieści. Autor najlepiej radzi sobie z twarzami bohaterów oraz zachowaniem Yukiego. Kot przeciąga się, stroszy sierść, zwija się do snu, poluje i patrzy na ludzi z tą charakterystyczną mieszaniną zainteresowania oraz całkowitej obojętności. Widać, że Kitaoka albo dobrze zna koty, albo bardzo uważnie je obserwował. Trochę słabiej prezentują się same zombie. Są odpowiednio odpychające i potrafią zaatakować brutalnie, ale raczej nie należą do najbardziej przerażających nieumarłych, jakich widziałem w komiksach. Niektóre sceny akcji mogłyby być też czytelniejsze, zwłaszcza kiedy na niewielkiej przestrzeni pojawia się więcej postaci. Nie przeszkadzało mi to jednak szczególnie, ponieważ „The Walking Cat” nie próbuje być krwawym horrorem dla miłośników efektownych rozbryzgów. Zombie są tu elementem świata i źródłem zagrożenia, ale prawdziwy ciężar historii spoczywa na emocjach bohaterów.

Drugi tom „The Walking Cat” utwierdził mnie w przekonaniu, że za chwytliwym tytułem kryje się naprawdę sympatyczna i chwilami bolesna opowieść. To manga bardziej obyczajowa niż horrorowa, choć świat zombie stale przypomina, że każda spokojna chwila może skończyć się bez ostrzeżenia. Yuki nie ratuje ludzkości i nie walczy z hordami umarłych. Po prostu jest obok, a w świecie, w którym wszystko inne zostało odebrane, czasem właśnie to okazuje się najważniejsze.

Informacje o komiksie
Tytuł „The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota”
Seria The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota
Wydawca Waneko
Scenarzysta Tomo Kitaoka
Rysownik Tomo Kitaoka
Tłumacz Amelia Lipko
Rok wydania 2022
Format 195x135mm
Okładka Miękka
Liczba stron 168 (cz.-b.)
Cena okładkowa 24,99 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.