„Mangusta”. Recenzja komiksu
Człowiek nie rozpada się od razu. Najpierw zaczyna dziwnie reagować na rzeczy, które wcześniej nie miały większego znaczenia. Drażni go czyjś głos, źle postawione pytanie, telefon w najmniej odpowiednim momencie, cudza obecność w kuchni. Nie ma w tym nic filmowego. Żadnej wielkiej sceny. Żadnego oczyszczającego krzyku. Jest za to niepokój pod skórą, ciało krążące po domu bez celu i ten paskudny moment, kiedy człowiek orientuje się, że nie panuje już nawet nad własnym spokojem. Wszystko niby wygląda normalnie, ale wystarczy drobiazg, żeby ta normalność zaczęła trzeszczeć. Choćby pojawiająca się znienacka w ogródku mangusta, która potrafi wejść do głowy i bezczelnie się tam rozgościć.
Timof i cisi wspólnicy zaprezentowali niedawno polskim czytelnikom „Mangustę” portugalskiej autorki Joany Mosi, odpowiedzialnej zarówno za scenariusz, jak i rysunki. W 2024 roku album przyniósł Mosi nagrodę Prémio Jorge Magalhães dla najlepszego scenariusza komiksowego. I nie była to nagroda przypadkowa. Dlaczego? O tym najlepiej przekonać się samemu, sięgając po komiks. A ja spróbuję poniżej pokazać, co sprawia, że ta pozornie kameralna historia zostawia po sobie tak nieprzyjemnie wyraźny ślad.
Júlia mieszka w domu po babci, gdzieś na portugalskim wybrzeżu, niedaleko plaży, w miejscu, które na pierwszy rzut oka mogłoby dawać spokój, ale wcale go nie daje. Jest nauczycielką wychowania fizycznego, próbuje trzymać się codziennego rytmu, odwiedza psycholożkę, odbiera telefony od matki i dzieli przestrzeń z młodszym bratem. Joel, bezrobotny projektant gier, większość czasu spędza przed ekranem albo na kanapie. Niby jest obok, ale często wygląda tak, jakby schował się we własnym milczeniu. Między nimi nie ma wielkich awantur. Są krótkie rozmowy, irytacje, niedopowiedzenia i ta dziwna sztywność, która pojawia się wtedy, gdy bliscy ludzie żyją pod jednym dachem, ale nie potrafią naprawdę do siebie dotrzeć.



Wszystko zaczyna się zagęszczać, gdy Júlia odkrywa, że ktoś — albo coś — niszczy jej ogródek. Dla kogoś z boku to drobiazg: trochę rozkopanej ziemi, połamane rośliny, ślad zwierzęcia. Dla niej to jednak naruszenie miejsca, nad którym próbowała jeszcze panować. Júlia nabiera przekonania, że winna jest mangusta. Zaczyna jej szukać, dopytywać ludzi z sąsiedztwa, sprawdzać tropy i układać sobie w głowie coraz bardziej uporczywą wersję zdarzeń. Joel zbywa sprawę półżartem, matka podsuwa praktyczne rozwiązania, inni patrzą z pobłażliwym zdziwieniem. A im bardziej sytuacja wydaje się absurdalna, tym mocniej czuć, że nie chodzi wyłącznie o zwierzę. Mosi nie pcha tej historii w stronę sensacji. Z domowych scen, rodzinnych uników i małego ogrodowego „śledztwa” buduje opowieść o kobiecie, która kurczowo trzyma się konkretnego problemu, bo ten prawdziwy jest zbyt wielki, zbyt ciemny i zbyt bliski, żeby dało się go tak po prostu wypowiedzieć.
Nagroda za scenariusz nie wzięła się tu z przypadku, bo „Mangusta” jest napisana z rzadko spotykaną czujnością psychologiczną. Joana Mosi nie układa tej opowieści jak klasycznego dramatu, w którym co kilka stron musi dojść do wybuchu, kłótni albo przełomu. Robi coś trudniejszego: pokazuje człowieka w stanie wewnętrznego zakleszczenia. Júlia niby działa, rozmawia, spotyka się z psycholożką, reaguje na ludzi, ale pod spodem coraz mocniej widać, że jej życie nie porusza się normalnym rytmem. Mosi bardzo precyzyjnie pokazuje, jak człowiek potrafi uczepić się zastępczego wroga, kiedy prawdziwy problem jest zbyt blisko, zbyt bolesny i zbyt trudny do wypowiedzenia. Dlatego tytułowa mangusta działa tak dobrze. Nie jest tylko fabularnym dziwactwem ani symbolem dopisanym na siłę. Staje się punktem zapalnym, przez który wychodzi na wierzch wszystko, co w tej rodzinie było przytkane, przemilczane, odsuwane na później.
Ważną rolę odgrywają też retrospekcje. Mosi nie używa ich po to, żeby wygodnie objaśnić przeszłość czy dopisać bohaterce psychologiczny przypis. Wspomnienia wchodzą w teraźniejszość jak coś niechcianego, czasem czułego, czasem bolesnego, ale zawsze żywego. Dzięki nim lepiej rozumiemy, że Júlia nie utknęła w jednym wydarzeniu, tylko w całym splocie obrazów, rozmów i gestów, które wracają wtedy, gdy najmniej da się przed nimi obronić. Tempo jest spokojne, chwilami przyhamowane, ale nie martwe. Bardziej przypomina narastające ciśnienie w zamkniętym pokoju niż opowieść prowadzoną od atrakcji do atrakcji. To może wymagać cierpliwości, ale ma sens, bo Mosi interesuje nie efekt, tylko proces pękania.
Najlepiej widać klasę scenariusza w relacjach. Dialogi są oszczędne, czasem suche, czasem niezręczne, często urwane dokładnie tam, gdzie inny autor dopisałby jeszcze dwa zdania wyjaśnienia. I bardzo dobrze, bo właśnie tak brzmią rozmowy ludzi, którzy są sobie bliscy, ale nie umieją bezpiecznie przejść przez własne emocje. Między Júlią a Joelem nie ma prostej dynamiki: ona odpowiedzialna, on nieogarnięty. To byłoby zbyt łatwe. Mosi pokazuje ich jak dwoje ludzi, którzy utknęli obok siebie i każde z nich inaczej broni się przed rzeczywistością. Matka też nie jest jedynie uciążliwą figurą rodzicielskiej kontroli. W jej telefonach, radach i praktycznych rozwiązaniach czuć troskę, ale też nieporadność kogoś, kto chce pomóc, nie rozumiejąc, że czasem sama obecność potrafi naciskać na siniak. Ten komiks można czytać obok najlepszych kameralnych dramatów rodzinnych: bez wielkich scen, bez teatralnego cierpienia, za to z bolesną precyzją w pokazywaniu, jak bliskość potrafi męczyć, ratować i ranić jednocześnie. Mosi zasłużyła na wyróżnienie właśnie za tę precyzję. Za scenariusz, który nie opowiada o emocjach wprost, tylko zmusza czytelnika, żeby poczuł ich ciężar w przerwach między zdaniami.



Graficznie „Mangusta” jest komiksem bardzo oszczędnym, ale ta oszczędność ma konkretną siłę. Joana Mosi rysuje czarną linią, bez koloru, bez ozdobników i bez prób upiększania świata przedstawionego. Kreska jest lekka, miejscami wręcz ascetyczna, a jednocześnie zaskakująco trafna w pokazywaniu emocjonalnego zmęczenia. Twarze są uproszczone, ciała często lekko przygarbione, gesty zatrzymane w pół ruchu. Nie ma tu realistycznej drobiazgowości, jest za to świetne wyczucie tego, jak człowiek wygląda, kiedy nie ma już siły udawać przed samym sobą.
Najciekawiej pracuje rytm plansz. Autorka raz prowadzi narrację gęsto, przez rozmowy i zwyczajne domowe sytuacje, a za chwilę rozrzedza kompozycję tak mocno, że na stronie zostaje niemal sama cisza. Biel zaczyna wtedy ciążyć, czerń odcina przestrzeń, a kadry nie tyle pokazują wydarzenia, ile stan psychiczny bohaterki. Bardzo podoba mi się, że Mosi nie boi się pustki. Nie zapycha plansz tłem, nie próbuje co chwilę udowadniać, że „umie rysować”. Kadrowanie bywa spokojne, potem nagle się rozrywa, jakby pamięć i lęk nie mieściły się już w regularnej siatce. Dzięki temu czarno-biała forma nie jest tylko estetycznym wyborem. Staje się językiem tej opowieści: chłodnym, nieprzesłodzonym, czasem nieprzyjemnie bliskim. Czytając, miałem wrażenie, że te rysunki nie chcą mnie zachwycić. Chcą mnie trochę unieruchomić. I to działa.
Największy plus „Mangusty” to konsekwencja Joany Mosi. Autorka od początku trzyma opowieść w ryzach i nie szuka taniego podbicia emocji. Nie ma tu łopatologii, ckliwych wyznań ani scen dopisanych tylko po to, żeby czytelnik łatwiej się wzruszył. Podoba mi się też, że Mosi nie próbuje za wszelką cenę oswajać trudnych tematów. Zostawia w nich szorstkość, niezręczność, czasem wręcz irytującą suchość. Dzięki temu lektura nie jest wygodna, ale jest uczciwa. Bardzo dobrze działa również tytułowy motyw mangusty: z początku osobliwy, prawie absurdalny, z czasem coraz bardziej natrętny i niepokojący. To pomysł ryzykowny, bo łatwo mógłby skręcić w banał albo dziwactwo dla samego dziwactwa. Tutaj trzyma sens całej opowieści i nie pozwala jej rozlać się w zwykły dramat o kryzysie.
Słabsze strony wynikają głównie z tej samej powściągliwości. Mosi miejscami tak mocno wycisza narrację, że część scen zaczyna tracić ostrość. Nie chodzi o brak akcji, tylko o brak mocniejszych przesunięć w środku albumu. Kilka fragmentów krąży wokół podobnego napięcia i zamiast je pogłębiać, tylko je przedłuża. Przydałoby się też trochę więcej dramaturgicznego ciężaru w wybranych relacjach, bo autorka czasem zbyt szybko odsuwa się od momentów, które aż proszą się o mocniejsze dociśnięcie. Mimo to wolę taką nierówność od komiksu przesadnie wygładzonego. „Mangusta” nie jest idealna, ale ma charakter. Bywa chłodna, uparta, chwilami zbyt zamknięta w sobie, lecz po lekturze nie znika od razu. Zostawia ten niewygodny rodzaj myśli, który wraca dopiero po czasie, kiedy człowiek już niby przeszedł do innych spraw.



„Mangusta” nie jest komiksem, który będzie się podobał każdemu. Nie wszystkim podejdzie jego tempo i chłód, ale jeśli wejdziecie w ten rytm, dostaniecie komiks mądry, nieoczywisty i boleśnie przyziemny. Joana Mosi stworzyła rzecz kameralną, miejscami szorstką, chwilami może nawet zbyt powściągliwą, ale cholernie uczciwą w tym, jak patrzy na człowieka po przejściach. I za to cenię ten komiks. Za odwagę zostawienia czytelnika w dyskomforcie. I za tę gorzką prawdę, że czasem człowiek broni ogródka tylko dlatego, że nie potrafi już obronić niczego ważniejszego.
Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.