„Na końcu wszyscy umierają”. Recenzja komiksu

„Na końcu wszyscy umierają”. Recenzja komiksu

Jak pewnie wiele dzieciaków z czasów mojej wczesnej młodości, łykałem bajki i baśnie bez większego zastanowienia. Czytane, oglądane, animowane, fabularne, puszczane w telewizji, wygrzebywane z książek, podawane do poduszki albo wpychane w głowę razem z przekonaniem, że to przecież takie niewinne, ładne i bezpieczne. Tylko że ja już wtedy czułem, że coś tu jest nie tak. Że za tymi zamkami, ksieżniczkami, magicznymi lasami, gadającymi zwierzętami musi być drugie dno. Zbyt gładko to wyglądało. Zbyt pięknie. Zbyt podejrzanie.

Potem człowiek dorósł, baśniowy świat właściwie wypadł z codziennego obiegu, a jeśli wracał, to już raczej w wersji dla dorosłych: bardziej pokręconej, brudniejszej, czasem świadomie wynaturzonej. Ale kilka pytań zostało mi w głowie. Takich małych, irytujących, siedzących gdzieś z tyłu czaszki jak drzazga pod paznokciem. I nagle bęc. Nagle bum. W moje ręce trafiło „Na końcu wszyscy umierają” Lou Lubie.

Przeczytałem. I miałem wrażenie, jakby ktoś otworzył przede mną tę całą baśniową szkatułkę, wysypał jej zawartość na stół, a między koronkami, berłami i magicznym pyłem zaczęły turlać się kości, genitalia, trupy, psychoanaliza i patriarchat w stanie zaawansowanego rozkładu. Mój mózg eksplodował, ale zamiast zbierać odłamki z podłogi, siedziałem dalej i chłonąłem to szaleństwo z coraz głupszym uśmiechem na twarzy.

„Na końcu wszyscy umierają” (z podtytułem „Brudna prawda o bajkach dla dzieci”) to polskie wydanie francuskiego komiksu „Et à la fin, ils meurent. La sale vérité sur les contes de fées”, za który w całości odpowiada Lou Lubie. Scenariusz, rysunki, kolory - wszystko jest tu jej robotą, więc jeśli po lekturze macie ochotę komuś podziękować za ten baśniowy sabat z przypisami, wiecoe do kogo się udać.

Album ukazał się pierwotnie we Francji w 2021 roku nakładem Delcourt, a w Polsce wydało go niedawno Timof i cisi wspólnicy w przekładzie Wojciecha Birka. I dobrze, że ten komiks do nas trafił, bo takich pozycji trochę brakuje: inteligentnych, złośliwych i bez świętoszkowatego zadęcia.

„Na końcu wszyscy umierają” nie opowiada jednej historii, tylko rozbiera na części całe zaplecze baśni. Lou Lubie bierze opowieści znane z dzieciństwa i pokazuje, że ich dzisiejsze, najczęściej ugrzecznione wersje są tylko ostatnią warstwą nałożoną na dużo starszy, brudniejszy materiał. Pod spodem czekają wcześniejsze warianty, dopiski kolejnych autorów, moralizatorskie poprawki, religijne straszaki, obyczajowe obsesje i bardzo konkretne instrukcje dotyczące tego, jak powinny zachowywać się dziewczynki, kobiety, dzieci, żony, macochy, królewny i cała reszta tej menażerii. To nie jest więc komiks o tym, że „kiedyś baśnie były straszniejsze”. To byłoby za proste i szybko zdechłoby na poziomie ciekawostki z internetu. Autorka pokazuje raczej proces ciągłego przerabiania tych historii: dopisywania sensów, wycinania niewygodnych elementów, dociskania morałów i pudrowania przemocy tak długo, aż zaczęła uchodzić za wielką mądrość dla grzecznych dzieci.

Lubie prowadzi czytelnika przez opowieści zapisywane, przekształcane i utrwalane między innymi przez Jacoba i Wilhelma Grimmów, Charles’a Perraulta, Giambattistę Basilego oraz Hansa Christiana Andersena, a później przepuszczane także przez disneyowską maszynkę, która dla wielu odbiorców stała się niemal „oficjalnym” obrazem tych historii. I właśnie tu zaczyna się najciekawsza część zabawy. Z jednego motywu wyrastają różne wersje, akcenty przesuwają się w zależności od epoki, a to, co wcześniej było brutalne, cielesne albo zwyczajnie chore, w późniejszych adaptacjach bywa prane niemal do białości. Do tego dochodzą interpretacje psychoanalityczne, z Brunonem Bettelheimem na czele, przy których baśnie zaczynają przypominać nie tyle literaturę dziecięcą, ile zbiorowy sen dorosłych o kontroli, strachu, seksie, karze i posłuszeństwie. Pod ładnie opowiedzianą historią siedzi tu więc stary, dobrze zamaskowany regulamin: bądź grzeczna, bądź posłuszny, nie wychylaj się, a jeśli jednak spróbujesz, baśń bardzo szybko znajdzie sposób, żeby zrobić z ciebie przykład dla następnych.

Scenariuszowo ten album ujął mnie tym, że Lou Lubie nie zrobiła z tematu ani szkolnego wykładu, ani publicystycznego kazania. To mogło bardzo łatwo pójść w stronę nudnej wyliczanki: tu dawny wariant, tu znany autor, tu przypis, tu morał, proszę przewrócić kartkę i zachować powagę. Na szczęście autorka prowadzi swój tok rozumowania jak ktoś, kto naprawdę wie, kiedy podać konkret, kiedy skrócić dystans, a kiedy walnąć puentą tak bezczelną, że człowiek najpierw parska śmiechem, a dopiero później orientuje się, że właśnie śmieje się z czegoś, co wcale nie jest lekkie. I to mnie w tym komiksie złapało najmocniej.

Dobrze działa też samo prowadzenie wywodu. Lubie nie próbuje udowodnić jednej wielkiej tezy młotkiem po łbie. Układa materiał etapami: najpierw przywołuje trop, później zestawia go z inną wersją, dopiero potem dopala całość komentarzem albo rysunkową kontrą. Nie ma tu poczucia przypadkowego skakania po ciekawostkach. Jest rytm kogoś, kto potrafi podrzucić absurd, zostawić go na sekundę w powietrzu i pozwolić czytelnikowi samodzielnie poczuć, że śmiech właśnie zaczyna dziwnie ciążyć. Dzięki temu nie miałem wrażenia, że czytam opracowanie o baśniach. Bardziej jakbym siedział w samym środku inteligentnego, złośliwego i świetnie poukładanego wywodu, który co chwilę otwierał mi w głowie kolejny zardzewiały zatrzask.

Dialogi i komentarze są krótkie, celne, często zbudowane jak szybkie docinki rzucone pod nosem, a nie przemowy z ambicją ratowania świata. Bohaterowie baśni, autorzy, narratorzy i te wszystkie historyczne „autorytety” zostają przepuszczeni przez filtr ironii, ale nie po to, żeby zrobić pusty kabaret. To mocny, inteligentny humor. Lubie najpierw rozbraja czytelnika, potem podsuwa cięższy temat, a na końcu zostawia pytanie: ile ukrytych przekazów, zakazów, seksualnych podtekstów, przemocy i dziwnych społecznych instrukcji przechodziło obok nas pod przykrywką ładnej historyjki? I właśnie dlatego ten komiks tak mnie rozbawił, a jednocześnie zatrzymał na dłużej. Bo po śmiechu zostaje niewygodne echo. Człowiek nagle zaczyna się zastanawiać, kto właściwie uznał część tych opowieści za dobry pomysł na dobranockę.

Graficznie „Na końcu wszyscy umierają” może nie przypominać klasycznych komiksów, do których część czytelników jest przyzwyczajona. Nie ma tu dużej przygodowej narracji prowadzonej kadrami od sceny do sceny. To bardziej komiksowy wykład, satyryczna infografika i ilustrowana opowieść o baśniowych wynaturzeniach. Ale wizualnie ten album naprawdę przyciąga. Ma własny charakter, jest lekki, czytelny i natychmiast rozpoznawalny. Prosta, cartoonowa kreska Lubie świetnie pasuje do tego, co autorka robi z tematem. Im poważniejszy albo bardziej obleśny przykład, tym zabawniej działa uproszczona mina postaci, gest ręki, krótki dialog albo mały rysunkowy dopisek.

Kolory też nie są tu ozdobnikiem. Plansze mają dużo oddechu, więc nawet kiedy Lubie podaje sporo informacji, nie czułem zmęczenia. Strony czyta się błyskawicznie, żarty są dobrze ustawione, a tekst i rysunek wzajemnie się napędzają. To komiks, który bardziej opowiada układem planszy niż kadrową efektownością. I dobrze. Gdyby był wizualnie cięższy, ta cała szydercza lekkość mogłaby zdechnąć pod własnym ciężarem.

Największy plus? Ten komiks nie kończy się na samej lekturze. Po kilku stronach złapałem się na tym, że już nie tylko czytam, ale zaczynam układać w głowie własną listę podejrzanych: które historie pamiętam w wersji wygładzonej, które ktoś mi sprzedał jako niewinne, a które od początku powinny mieć na okładce ostrzeżenie większe niż tytuł. Lubie ma świetny instynkt do takich momentów. Nie rozsmarowuje żartu na pół planszy, nie tłumaczy puenty do zgonu, tylko pokazuje szczegół, dociska ostrym komentarzem i idzie dalej. To jest dla mnie siła tego albumu: działa jak zapalnik. Najpierw bawi, potem drażni, a na końcu zostawia ochotę, żeby jeszcze samemu pogrzebać w tych opowieściach i sprawdzić, co właściwie przez lata udawało śliczną dekorację.

Zgrzyta mi natomiast miejscami tempo. Lubie ma ogromną łatwość przeskakiwania między przykładami i czasem aż za bardzo jej ufa. Trafia na kapitalny trop, rozgrzebuje go, pokazuje coś naprawdę tłustego, po czym zaraz biegnie dalej, jakby bała się, że jeszcze chwila i komiks zacznie ważyć więcej niż powinien. Rozumiem ten wybór, bo dzięki temu album jest szybki, nośny i nie zamienia się w zakurzone opracowanie dla ludzi zakochanych w przypisach. Tyle że przy kilku fragmentach miałem ochotę powiedzieć: dobra, zatrzymajmy się tu jeszcze na moment, bo właśnie otworzyłaś coś naprawdę chorego. Nie potrzebowałem wykładu na dwadzieścia stron, ale czasem brakowało mi jednego dodatkowego cięcia. Takiego, które nie tylko pokaże dziwactwo, ale jeszcze mocniej dobije jego sens. To nie rozwala lektury, ale zostawia niedosyt. A niedosyt przy tak wdzięcznym, plugawym materiale boli trochę bardziej.

Nie będę udawał, że po tym albumie zacząłem patrzeć na baśnie jak na święte teksty wymagające egzorcyzmu. Bez jaj. One od dawna były podejrzane, tylko przez lata ktoś kazał nam zachwycać się ładnym opakowaniem i nie zaglądać do środka, bo jeszcze znaleźlibyśmy coś, czego potem nie dałoby się odzobaczyć. Lou Lubie zrobiła dokładnie ten zakazany ruch. Otworzyła, wyciągnęła, pokazała palcem i jeszcze miała czelność dorzucić do tego takie żarty, że człowiek śmiał się jak kretyn, choć po chwili orientował się, że właśnie rechotał nad kulturowym śmietnikiem pełnym przemocy, seksu, kar, lęków i moralnych protez.

Polecamten komiks z całego serca. Tocholernie dobra lekturadla dorosłych, którzy mają ochotę zobaczyć, co zostaje z dobrze znanych historii, kiedy zdejmie się z nich lukier, morał i tę całą odświętną minę pod tytułem „przecież to tylko bajka”. Nie czytajcie tego dzieciom do snu, chyba że chcecie następnego ranka tłumaczyć przy śniadaniu, dlaczego książę nie zawsze był romantycznym wybawcą, a wilk wcale nie musiał być największym problemem w lesie. Sami jednak sięgnijcie koniecznie. Bo jeśli baśnie miały trupy w szafie, to Lou Lubie zrobiła z ich ekshumacji naprawdę znakomity, bezczelny i potwornie zabawny komiks.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Na końcu wszyscy umierają"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Na końcu wszyscy umierają”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta Lou Lubie
Rysownik Lou Lubie
Kolorysta Lou Lubie
Tłumacz Wojciech Birek
Rok wydania 2026
Format 150x220mm
Okładka twarda
Liczba stron 248 (kolor)
Cena okładkowa 99,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Read more