Najpierw dorosnąć, a potem zostać bohaterem, „Nowy świat Ultimate. Ultimate Spider-Man tom 1” - recenzja

Ile razy można opowiedzieć historię Spider-Mana od początku? Ile razy możemy oglądać ugryzienie radioaktywnego pająka, śmierć wujka Bena i narodziny bohatera, który z wielką mocą otrzymuje równie wielką odpowiedzialność? Wydawałoby się, że po tylu dekadach Marvel wykorzystał już wszystkie możliwe warianty tej opowieści. A jednak Jonathan Hickman udowadnia, że wystarczy zmienić jeden, pozornie oczywisty element, żeby historia Petera Parkera znowu stała się czymś świeżym i zaskakującym. „Nowy świat Ultimate. Ultimate Spider-Man”, którego pierwszy tom ukazał się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Egmont, to jeden z najciekawszych komiksów z Pająkiem, jakie czytałem od bardzo dawna. I przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, bo choć po Hickmanie spodziewałem się wiele, nie sądziłem, że jego pomysł kupi mnie aż tak bardzo.
Tym razem Peter Parker nie jest nastolatkiem próbującym pogodzić szkołę, pierwsze miłości i walkę z przestępczością. To dorosły facet, który ma żonę, dwójkę dzieci, pracę i całkiem poukładane życie. Mary Jane nie jest jego niespełnioną miłością ani kobietą, z którą od lat próbuje się zejść. Jest jego żoną, a ich małżeństwo naprawdę dobrze funkcjonuje. Co więcej, wujek Ben nadal żyje, a Peter nigdy nie został Spider-Manem. Nie dlatego, że nie miał odwagi czy nie wykorzystał nadarzającej się okazji. Po prostu ktoś odebrał mu możliwość stania się superbohaterem, zanim jeszcze zdążył się o niej dowiedzieć.
Za wszystkim stoi Stwórca, czyli Reed Richards pochodzący z dawnego uniwersum Ultimate. To właśnie on, manipulując historią nowego świata, zadbał o to, żeby wielu znanych nam bohaterów nigdy nie otrzymało swoich mocy albo nie odegrało przypisanej im roli. Dzięki temu stworzył rzeczywistość, którą znacznie łatwiej kontrolować. Peter Parker jest jednym z ludzi pozbawionych swojego przeznaczenia. Przez lata prowadził zwyczajne życie, nie mając pojęcia, że w zupełnie innej wersji wydarzeń mógłby zostać jednym z najważniejszych superbohaterów na Ziemi.
I tutaj pojawia się coś, co od razu mnie zainteresowało. Peter wcale nie jest nieszczęśliwy. Ma kochającą rodzinę, pracę i ludzi, na których może polegać. Nie siedzi wieczorami przy oknie, rozpaczając nad zmarnowanym życiem. A jednak od pewnego czasu czuje, że czegoś mu brakuje. Trudno mu nawet określić, co właściwie jest nie tak. To raczej uporczywe wrażenie, że powinien robić coś więcej, że gdzieś po drodze ominęło go coś ważnego. Kiedy więc pojawia się możliwość zdobycia pajęczych mocy, Peter musi podjąć decyzję, której jego klasyczny odpowiednik nigdy nie miał okazji rozważyć.

Bo przecież dobrze znamy oryginalną genezę Spider-Mana. Młody chłopak zostaje przypadkowo ugryziony przez radioaktywnego pająka, odkrywa swoje niezwykłe zdolności i początkowo zamierza wykorzystać je dla własnej korzyści. Dopiero tragiczna śmierć wujka Bena uświadamia mu, że jego bierność może mieć straszliwe konsekwencje. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych originów w historii komiksu i trudno odmówić mu siły. Hickman nie próbuje jednak opowiadać go jeszcze raz. Zamiast tego zadaje pytanie: co by było, gdyby Peter Parker otrzymał możliwość zostania Spider-Manem dopiero jako dorosły człowiek?
I, o kurczę, jak dobrze ten pomysł działa!
Najważniejsza różnica polega na tym, że Peter podejmuje decyzję świadomie. Nikt nie gryzie go przypadkiem podczas szkolnej wycieczki. Nie budzi się pewnego ranka z niezwykłymi zdolnościami, zastanawiając się, co właściwie wydarzyło się poprzedniego dnia. Wie, że zdobycie mocy zmieni jego życie, a mimo to postanawia spróbować. Oczywiście nie potrafi jeszcze przewidzieć wszystkich konsekwencji, ale nie jest już dzieciakiem, który musi dopiero nauczyć się odpowiedzialności. Doskonale rozumie, czym ona jest, ponieważ od lat odpowiada za swoją rodzinę.
Właśnie dlatego tak bardzo spodobało mi się podejście Hickmana do głównego bohatera. Peter nie musi dorastać do roli człowieka odpowiedzialnego. Musi natomiast nauczyć się, jak pogodzić odpowiedzialność, którą już posiada, z zupełnie nowymi obowiązkami. I wcale nie jest to takie proste. Każda noc spędzona na patrolowaniu miasta oznacza przecież czas, którego nie poświęci żonie i dzieciom. Każda walka niesie ryzyko, że któregoś dnia nie wróci do domu. Nawet jeśli Peter bardzo chce pomagać innym, musi pamiętać, że są ludzie, dla których jego bezpieczeństwo znaczy więcej niż los całego Nowego Jorku.
Co ciekawe, Hickman nie zamienia tej sytuacji w niekończący się dramat rodzinny. Nie dostajemy kolejnej historii, w której Peter musi bezustannie okłamywać najbliższych, a jego życie osobiste rozpada się przez superbohaterskie obowiązki. Scenarzysta znacznie bardziej interesuje się tym, jak nowe doświadczenia wpływają na relacje Parkerów. I muszę przyznać, że właśnie te fragmenty należą do moich ulubionych. Rozmowy przy stole, drobne żarty, rodzinne sprzeczki czy zwyczajne chwile spędzane razem potrafią być równie interesujące jak kolejne pojedynki Spider-Mana.
Zresztą Mary Jane jest tutaj fantastyczna. Nie pełni funkcji kobiety, którą bohater musi ratować, ani nieszczęśliwej partnerki skazanej na ciągłe rozczarowania. Jest inteligentna, pewna siebie i doskonale zna swojego męża. Hickman pisze ich relację z dużym wyczuciem, pokazując dwoje ludzi, którzy naprawdę przeżyli ze sobą wiele lat. Nie muszą bezustannie zapewniać się o miłości, żeby czytelnik uwierzył w ich uczucie. Wystarczą spojrzenia, kilka zdań czy sposób, w jaki reagują na swoje zachowanie. Tak właśnie powinno wyglądać dobrze napisane małżeństwo w komiksie superbohaterskim.

Nie bez znaczenia są również dzieci Petera i MJ. Richard i May nie stanowią wyłącznie sympatycznego dodatku do historii. Dzięki nim obserwujemy zupełnie inną stronę głównego bohatera. Peter bywa niezręczny, czasami nie wie, jak odpowiedzieć na pytania swoich pociech, ale przede wszystkim stara się być dobrym ojcem. I chyba właśnie to najbardziej mnie w nim kupiło. Znamy Spider-Mana, który przez całe życie próbuje sprostać oczekiwaniom innych. Tutaj mamy człowieka, który już zbudował coś wartościowego i dopiero teraz decyduje się zostać superbohaterem. Stawka jest więc zupełnie inna.
W dodatku Hickman nie zapomina, że Peter dopiero uczy się korzystać ze swoich zdolności. Nie zostaje mistrzem walki po kilku nocach spędzonych na dachach. Popełnia błędy, eksperymentuje z kostiumem i stopniowo odkrywa, na co właściwie go stać. Podoba mi się również pomysł, żeby każdy kolejny zeszyt przedstawiał wydarzenia rozgrywające się mniej więcej miesiąc po poprzednim. Dzięki temu widzimy upływ czasu, zmiany zachodzące w życiu bohaterów i stopniowe narodziny Spider-Mana. Nie mamy wrażenia, że Peter w ciągu jednego weekendu przeszedł drogę od kompletnego amatora do doświadczonego herosa.
Oczywiście sam Parker nie wystarczyłby do stworzenia interesującej serii. Potrzebni są również bohaterowie drugoplanowi, a tutaj Hickman naprawdę potrafi zaskoczyć. Wujek Ben żyje i odgrywa ważną rolę w życiu Petera, ale jego obecność nie służy wyłącznie wywoływaniu nostalgii. J. Jonah Jameson także jest kimś nieco innym, niż moglibyśmy się spodziewać. Ich wspólne sceny mają w sobie sporo uroku, a przy okazji pokazują, że scenarzysta świetnie rozumie charakter tych postaci. Nie musi robić z nich zupełnie nowych ludzi. Wystarczy, że umieści ich w innych okolicznościach.
Jeszcze ciekawiej wypada Harry Osborn. Przyznam, że początkowo nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. W końcu nazwisko Osborn od razu przywołuje skojarzenia z Zielonym Goblinem, Normanem i całą historią konfliktu ze Spider-Manem. Hickman doskonale zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje oczekiwania czytelników. Harry otrzymuje tutaj zupełnie inną rolę, a jego relacja z Peterem staje się jednym z najciekawszych elementów komiksu. Z jednej strony mamy znajome motywy, z drugiej trudno przewidzieć, czy historia rzeczywiście podąży drogą, którą znamy z klasycznych przygód Pająka.
I właśnie za to najbardziej cenię nowy świat Ultimate. Scenarzyści nie ograniczają się do prostego odwracania znanych schematów. Nie chodzi o to, żeby dobry bohater nagle został złoczyńcą, a dawny przeciwnik jego najlepszym przyjacielem. Zmiany wynikają z historii świata, w którym Stwórca przez lata manipulował rzeczywistością. Niektóre postacie nigdy nie zdobyły swoich mocy, inne znalazły się w zupełnie odmiennych okolicznościach, a jeszcze inne próbują wykorzystać sytuację do własnych celów. Dzięki temu nawet dobrze znane nazwiska potrafią wzbudzić ciekawość.
Co ważne, „Ultimate Spider-Man” nie funkcjonuje w oderwaniu od większej historii. W tle cały czas obecne są konsekwencje działań Makera, polityczne układy i próby przywrócenia światu bohaterów, których nigdy nie powinno w nim zabraknąć. Hickman nie zasypuje nas jednak niekończącymi się wyjaśnieniami. Owszem, znajomość „Ultimate Inwazji” pomaga lepiej zrozumieć sytuację, ale sama opowieść o Peterze jest na tyle dobrze poprowadzona, że można się w nią zaangażować przede wszystkim dzięki bohaterom. I bardzo dobrze, bo nie każdy ma ochotę przed przeczytaniem jednego komiksu odrabiać pracę domową z historii całego uniwersum.
Muszę też pochwalić tempo opowieści. Hickman od dawna słynie z rozbudowanych pomysłów, skomplikowanych intryg i cierpliwego przygotowywania wydarzeń, które dopiero po pewnym czasie zaczynają układać się w większą całość. Tutaj również można dostrzec jego charakterystyczny styl, ale jednocześnie mam wrażenie, że scenarzysta pozwala sobie na więcej swobody. Potrafi poświęcić kilka stron zwyczajnej rozmowie, nie próbując za wszelką cenę przemycić w niej kolejnego wielkiego odkrycia. Bohaterowie mają czas, żeby po prostu ze sobą pobyć. A kiedy dochodzi do akcji, jej znaczenie wynika z tego, co wcześniej dowiedzieliśmy się o postaciach.
Nie oznacza to oczywiście, że pierwszy tom jest pozbawiony wad. Niektóre wątki rozwijają się dość powoli, a część przeciwników na razie nie otrzymuje tyle uwagi, ile można byłoby oczekiwać. Momentami odnosiłem również wrażenie, że Hickman jest bardziej zainteresowany przygotowaniem gruntu pod przyszłe wydarzenia niż samym bieżącym konfliktem. Tyle że w moim przypadku nie stanowiło to większego problemu. Po prostu dobrze bawiłem się podczas lektury. Nawet kiedy akcja zwalniała, nadal chciałem wiedzieć, co wydarzy się dalej.
A skoro mowa o przyjemności czytania, nie sposób pominąć strony graficznej. Marco Checchetto jest jednym z tych rysowników, których nazwisko potrafi skutecznie zachęcić mnie do sięgnięcia po komiks. Jego prace przy „Daredevilu” zrobiły na mnie ogromne wrażenie i tutaj ponownie udowadnia, że doskonale odnajduje się w historiach łączących superbohaterską akcję z bardziej przyziemnymi emocjami. Spider-Man wygląda znakomicie, jego ruchy są dynamiczne, a sceny walk mają odpowiednią energię. Nie ma jednak wrażenia, że rysownik próbuje popisywać się przy każdej okazji.

Co więcej, chyba jeszcze bardziej podobają mi się jego spokojniejsze kadry. Checchetto świetnie rysuje twarze, a mimika bohaterów często mówi więcej niż całe dymki dialogowe. Wystarczy spojrzeć na rodzinne sceny z Parkerami. Mary Jane, Peter i dzieci rzeczywiście wyglądają jak ludzie, którzy dobrze się znają i czują się swobodnie w swoim towarzystwie. Drobne gesty, uśmiechy czy spojrzenia sprawiają, że rozmowy nabierają naturalności. To bardzo ważne, ponieważ Hickman sporą część historii opiera właśnie na relacjach międzyludzkich. Gdyby rysunki nie potrafiły oddać tych emocji, całość straciłaby naprawdę wiele.
Podoba mi się również projekt samego Spider-Mana. Jest znajomy, ale jednocześnie ma w sobie coś świeżego. Nie próbuje za wszelką cenę udowadniać, że nowa wersja bohatera musi wyglądać bardziej nowocześnie czy agresywnie. Checchetto rozumie, że klasyczny kostium Pająka nadal świetnie się sprawdza, a drobne zmiany wystarczą, żeby nadać mu własny charakter. Do tego dochodzą bardzo udane projekty pozostałych postaci i dobrze przedstawiony Nowy Jork, który stanowi coś więcej niż tylko zbiór wieżowców służących Spider-Manowi do bujania się na sieci.
Nie wszystkie zeszyty zostały jednak narysowane przez Checchetto. W albumie pojawiają się również inni artyści, co oczywiście można zauważyć. Na szczęście nie miałem wrażenia, że kolejne rozdziały należą do zupełnie różnych serii. Całość zachowuje spójny charakter, a zmiany rysowników nie przeszkadzają w odbiorze historii. Mimo wszystko przyznam, że to właśnie plansze Checchetto robiły na mnie największe wrażenie i najchętniej oglądałbym jego prace przez cały album.
Po lekturze nasuwa mi się zresztą pewna dość złośliwa refleksja. Obawiam się, że „Ultimate Spider-Man” jest zwyczajnie lepiej napisany niż większość historii, które Marvel serwował nam w ostatnich runach „Amazing Spider-Mana”. I nie chodzi nawet o to, że tutaj Peter ma żonę i dzieci, a jego życie osobiste wygląda zupełnie inaczej. Chodzi o sposób traktowania bohatera. Hickman nie musi bezustannie rzucać Parkerowi kolejnych kłód pod nogi, żeby jego historia była interesująca. Nie potrzebuje też ciągłego rozbijania jego związków, cofania rozwoju postaci czy wymyślania następnych powodów, dla których Peter nie może zaznać odrobiny szczęścia.
Wiem, że cierpienie od zawsze stanowiło ważny element przygód Spider-Mana. To przecież bohater, który nieustannie próbuje godzić swoje obowiązki z codziennym życiem i bardzo często płaci za to wysoką cenę. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy kolejne historie zaczynają sprawiać wrażenie, jakby ich twórcy panicznie bali się pozwolić Peterowi dorosnąć. Jakby każdy krok naprzód musiał prędzej czy później zostać cofnięty, żeby wszystko wróciło do znajomego punktu wyjścia. Nie twierdzę oczywiście, że każdy run „Amazing Spider-Mana” z ostatnich lat był nieudany. Trafiały się ciekawe pomysły i naprawdę dobre momenty. Mimo to coraz częściej miałem wrażenie, że główna seria kręci się w kółko.
Hickman pokazuje natomiast, że dorosły Peter Parker wcale nie jest postacią mniej interesującą. Wręcz przeciwnie. Małżeństwo, ojcostwo i życiowe doświadczenie otwierają przed scenarzystą zupełnie nowe możliwości. Można opowiadać historie o odpowiedzialności, nie wracając bezustannie do tych samych problemów. Można pokazać szczęśliwy związek, nie rezygnując z dramatycznych wydarzeń. Można wreszcie pozwolić bohaterowi rozwijać się, zamiast udawać, że przez kilkadziesiąt lat właściwie niczego się nie nauczył.
I chyba właśnie dlatego ten komiks tak bardzo przypadł mi do gustu. Od lat lubię Spider-Mana, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że Marvel nie bardzo wie, co zrobić z jego podstawową wersją. Tymczasem Hickman pojawia się z alternatywnym światem, w którym Peter nigdy nie został superbohaterem, i nagle okazuje się, że można opowiedzieć o nim coś naprawdę interesującego. Co więcej, scenarzysta nie próbuje szokować czytelnika na siłę. Wystarczy mu dobry pomysł, świetnie napisane dialogi i bohaterowie, których los rzeczywiście zaczyna nas obchodzić.
Cenię również to, że „Ultimate Spider-Man” nie jest wyłącznie komiksem dla wieloletnich fanów Pająka. Oczywiście znajomość klasycznych historii pozwala docenić liczne zmiany i nawiązania. Sam wielokrotnie uśmiechałem się podczas lektury, widząc, jak Hickman wykorzystuje znane postacie w nowych rolach. Ale najważniejsze jest to, że historia działa również bez nieustannego porównywania jej z oryginałem. Peter Parker pozostaje sympatycznym, nieco nieporadnym facetem, który próbuje robić właściwe rzeczy, nawet jeśli nie zawsze wie, jak się za to zabrać. A przecież właśnie za to od zawsze lubiliśmy Spider-Mana.
Pierwszy tom „Nowego świata Ultimate. Ultimate Spider-Man” jest więc dla mnie jednym z najmocniejszych argumentów przemawiających za nowym uniwersum Marvela. Jonathan Hickman udowadnia, że nawet postać tak dobrze znana jak Peter Parker może jeszcze zaskoczyć. Wystarczy spojrzeć na nią z innej perspektywy i odważyć się zmienić coś więcej niż kolor kostiumu czy nazwisko kolejnego przeciwnika. Tym razem otrzymaliśmy bohatera, który najpierw został mężem, ojcem i dorosłym człowiekiem, a dopiero później Spider-Manem. I, co najważniejsze, wszystkie te elementy naprawdę mają znaczenie dla opowiadanej historii.
Nie wiem jeszcze, dokąd Hickman zamierza zaprowadzić Petera. Znam jego twórczość na tyle dobrze, żeby podejrzewać, że za pozornie spokojnym początkiem kryje się znacznie większa intryga, a szczęśliwe życie Parkerów prędzej czy później zostanie wystawione na poważną próbę. Mam tylko nadzieję, że scenarzysta nie zapomni o tym, co sprawia, że jego wersja Spider-Mana jest tak interesująca. Nie potrzebuję kolejnej historii, w której Peter traci wszystko, żeby przypomnieć sobie, czym jest odpowiedzialność. Znacznie bardziej ciekawi mnie, jak poradzi sobie człowiek, który ma już wszystko, na czym mu zależy, i mimo to decyduje się ryzykować dla innych.
Po pierwszym tomie jestem naprawdę zachwycony. To bardzo dobrze napisany, znakomicie narysowany komiks, który przywrócił mi część entuzjazmu wobec przygód Spider-Mana. Hickman nie odkrywa Ameryki, ale bierze doskonale znane elementy i układa je w sposób, który wydaje się zaskakująco świeży. Bohaterowie są sympatyczni, dialogi naturalne, relacje rodzinne przekonujące, a większa intryga skutecznie zachęca do sięgnięcia po kontynuację.
I pomyśleć, że wystarczyło pozwolić Peterowi Parkerowi dorosnąć, żeby jego przygody znowu sprawiały mi tyle frajdy. Oby tak dalej, bo jeśli kolejne tomy utrzymają ten poziom, „Ultimate Spider-Man” może okazać się jedną z najlepszych serii z Pająkiem od wielu lat.
Kolejny numer? Do Twojej skrzynki.
Nasz przegląd komiksowych wiadomości, recenzji i zapowiedzi. Co tydzień.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
"Nowy świat Ultimate. Ultimate Spider-Man tom 1"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.




