„Nanbanjin” Pedrosy i Matsumoto. Jedna historia, dwa punkty widzenia
W 1543 roku portugalski żeglarz trafia do Japonii, a Cyril Pedrosa i Taiyō Matsumoto opowiadają to zdarzenie dwa razy, z przeciwnych stron tego samego albumu. Osobno każda część wydaje mi się niepełna, razem składają się w komiks, jakiego wcześniej nie czytałem.
Cyril Pedrosa i Taiyō Matsumoto postanowili opowiedzieć jedną historię - pierwsze spotkanie portugalskiego rozbitka Fernanda z japońską wyspą Tanegashima w 1543 roku, dwa razy z rzędu - z dwóch przeciwnych stron tego samego albumu. I to dosłownie, bo w pewnym momencie trzeba ten komiks odwrócić, żeby przejść z jednej opowieści do drugiej.
Czegoś takiego jeszcze nie czytałem, i to nie jest kurtuazyjne otwarcie recenzji, tylko stwierdzenie faktu. Pomysł, żeby pokazać jedno wydarzenie z dwóch perspektyw, sam w sobie nie jest w fikcji jakoś specjalnie odkrywczy, ale rzadko forma komiksu aż tak dosłownie wymusza na czytelniku fizyczną zmianę punktu widzenia. Część Pedrosy trzyma się wyłącznie Fernanda, tego co on wie, myśli i czuje. Część Matsumoto patrzy na niego oczami całej wyspiarskiej społeczności, czyli pokazuje dokładnie to, czego Fernando nie wie i nigdy się nie dowie. Przeczytana osobno każda z tych historii wydaje mi się trochę uboga, jakby autorzy czegoś nie dopowiedzieli, ale złożone razem robią coś, czego się nie spodziewałem po komiksie historyczno-obyczajowym. Dopiero po drugiej stronie wszystko zaczyna się ze sobą łączyć, i „Nanbanjin” przestaje być ilustracją podręcznikowego zdarzenia z 1543 roku, a staje się czymś bardziej osobistym.
Dwie okładki, dwa charaktery
Komiks ma fizycznie dwie okładki, co rzuca się w oczy, zanim jeszcze przeczytasz pierwszą stronę. Jedną czyta się od lewej do prawej, po europejsku, to strona Pedrosy. Drugą trzeba odwrócić i czytać po japońsku, od prawej do lewej, to strona Matsumoto. Obie historie spotykają się dokładnie w połowie książki, więc nikt nikomu nie skraca opowieści.

Style graficzne autorów różnią się celowo, i to jest chyba najprzyjemniejsza rzecz w tym albumie, bo widać w niej dwie zupełnie osobne wrażliwości. Pedrosa rysuje elegancką kreską z wyraźną inspiracją japonizmem, w miękkiej kolorystyce, która nigdy nie krzyczy. Matsumoto idzie w drugą stronę, pracuje głównie rozwodnionym tuszem, z pojedynczymi akcentami koloru rzuconymi tam, gdzie akurat są potrzebne. W jego części Fernando bywa rysowany jako niemal gigantyczna postać, bo tak właśnie widzą go mieszkańcy wyspy, którzy nigdy wcześniej nie spotkali kogoś do niego podobnego, i szczerze mówiąc, to jedno rozwiązanie graficzne mówi o zderzeniu kultur więcej niż niejeden dialog w tym komiksie.

Skąd się to w ogóle wzięło?
Pomysł wziął się z przypadkowej lektury, co samo w sobie jest dość urocze jak na projekt, który później zajął siedem lat pracy dwóch uznanych twórców. Pedrosa natrafił na francuski zbiór źródeł „La Découverte du Japon par les Européens”, w którym znalazły się dwie portugalskie kroniki i jeden tekst japoński, opisujące dokładnie to samo spotkanie z dwóch stron. Jak mówił w rozmowie dla magazynu ZOO, właśnie to zestawienie podsunęło mu pomysł komiksu prowadzonego równolegle przez autora europejskiego i japońskiego.

Problem w tym, że Pedrosa przez długi czas traktował tę współpracę jak mrzonkę. Był fanem Matsumoto od lat, ale nie wierzył, że ktoś taki w ogóle zechce się zaangażować w projekt zaproponowany przez obcego człowieka z innego kontynentu. Szansa pojawiła się w 2019 roku, kiedy Matsumoto gościł na festiwalu w Angoulême. Pedrosa przygotował list po japońsku, zdobył się na odwagę i krótko z nim porozmawiał. Matsumoto zgodził się bez większego wahania, mimo że żaden z nich nie mówił w języku drugiego, co przy projekcie na siedem lat wspólnej pracy brzmi jak przepis na katastrofę, a jednak jakoś zadziałało.

Cała rzecz ruszyła od jednostronicowego zarysu fabuły. Portugalski marynarz rozbija się na wyspie, spotyka kilka postaci, reszta zostaje szkicowa i otwarta. Matsumoto zaczął rozwijać japońską stronę razem ze swoją partnerką Saho Tōno, również mangaką, a dalsza praca wyglądała, jak to sam Pedrosa ujął, jak ciągła gra w ping-ponga między Paryżem a Kamakurą. Autorzy wzajemnie wzbogacali swoje wątki, ale świadomie zachowywali przy tym białe plamy, czyli elementy, o których wie tylko jedna strona opowieści.

Samo wymyślanie historii zajęło około pięciu lat, cała realizacja siedem, a autorzy przez cały ten czas porozumiewali się przez tłumaczy, bo żaden nie znał języka drugiego na tyle, żeby dyskutować o niuansach fabuły. Rysowanie odbywało się już osobno, Pedrosa w Paryżu, Matsumoto w Kamakurze, choć włoski wydawca J-POP wspomina przy okazji tamtejszej premiery o wspólnej podróży obu twórców na Tanegashimę, czyli wyspę, na której rozgrywa się cała akcja komiksu. Stroną historyczną zajmował się głównie Matsumoto, bo w Japonii dostęp do źródeł był po prostu łatwiejszy, i współpracował przy tym z profesorem Yoshihiko Satą. Sata poprawiał anachronizmy i podpowiadał szczegóły dotyczące codziennego życia na wyspie oraz jej ówczesnego zarządcy, czyli robił dokładnie to, co dobry konsultant historyczny powinien robić: pilnował, żeby fikcja nie rozjechała się z realiami bardziej, niż trzeba.

A sam pomysł na odwracaną okładkę? Pojawił się na samym początku rozmów i spodobał się Matsumoto od razu, bez dalszych dyskusji.
„Nanbanjin” w czterech krajach
To, jak ten komiks trafia na różne rynki, jest samo w sobie ciekawą lekcją o tym, jak różnie wydawcy myślą o tej samej książce.
We Francji album ukazał się 4 września nakładem Dupuis, w serii Aire Libre, i liczy 480 stron. Cena wynosi 49 euro, a wydawca zdecydował się na nakład 40 tysięcy egzemplarzy, co przy takim eksperymentalnym formacie ponoć wcale nie jest oczywistym wyborem.
Polska premiera odbyła się zaledwie sześć dni później, 10 września, nakładem Timof Comics. Format to 230 na 300 milimetrów, w twardej oprawie, 480 stron w kolorze. Przekład przygotowała Marta Duda-Gryc, a cena wynosi 250 złotych, co przy takiej cegle nie powinno nikogo zaskoczyć.

We Włoszech J-POP wydał „Nanbanjin” 9 września, jako jeden gruby wolumin w twardej oprawie, przekraczający 500 stron. Wcześniej, wiosną, na rynek trafiły jeszcze dwa zeszytowe „quaderni” po 24 euro każdy, ze szkicami i materiałami z procesu twórczego, czyli coś w rodzaju rozgrzewki przed premierą pełnej wersji.
Najciekawsza jest jednak Japonia, bo tam ten komiks przez większość roku w ogóle nie funkcjonował jako wspólny album dwóch równorzędnych autorów. Trafił na rynek jako nowa seria samego Matsumoto w tygodniku „Big Comic Original”, z dopiskiem „oryginalny pomysł: Cyril Pedrosa”, czyli w zupełnie innej hierarchii niż na Zachodzie. Pierwszy rozdział otworzył numer z 20 kwietnia kolorowymi stronami, a jedenasty, ostatni, ukazał się dziś, 18 września. Pełne, dwustronne wydanie książkowe, łączące obie części w tym samym formacie, który znamy z Francji i Polski, ukaże się w Japonii dopiero 30 października, będzie miało 496 stron, format B5. Ten sam komiks, ten sam materiał, a jednak zupełnie inna opowieść o tym, kto tu tak naprawdę jest autorem.
Zacząłem od części Pedrosy, spodziewając się, że druga połowa w pewnym momencie zacznie mi tylko powtarzać to, co już wiem. Ta jednak się nie stało. Matsumoto pokazuje sceny, o których Fernando nie ma zielonego pojęcia, i odwrotnie, więc czytanie drugiej strony niczego nie powtarza, tylko dopowiada. Żałuję wręcz, że nie mogę przeczytać komiksu od nowa, ale najpierw od strony Matsumoto. To mogłoby w mojej podświadomości ułożyć historię z nieco innej perspektywy. Genialny pomysł, świetne wydanie. Polecam!
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.