„Odyseja Asteriksa" – album będący hołdem dla zmarłego przyjaciela
Egmont wznowił "Odyseję Asteriksa" w twardej oprawie z obszernym dodatkiem redakcyjnym. To drugi album, który Albert Uderzo napisał i narysował w pojedynkę po śmierci René Goscinny'ego, i jednocześnie ukryty hołd dla zmarłego przyjaciela.
Pierwsze polskie wydanie pochłonąłem jako nastolatek i bawiłem się świetnie, ale nie miałem zielonego pojęcia, że trzymam w rękach coś więcej niż kolejną galijską przygodę. Nowe wznowienie Egmontu z 2026 roku, z ponad czterdziestoma stronami dodatków, dopiero mi to uświadomiło.
To są linki afiliacyjne. Kupując za ich pomocą, wspieracie moją pracę, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Juliusz Cezar ma dość nieujarzmionej galijskiej wioski i postanawia rozprawić się z nią sposobem, a nie siłą. Wysyła tajnego agenta, druida-szpiega Zerozerosiódmiksa, żeby wykradł recepturę magicznego wywaru. Kłopot w tym, że Galowie sami mają problem: Panoramiksowi skończył się olej skalny, czyli petroleum, składnik niezbędny do warzenia mikstury. Asteriks i Obeliks ruszają więc do Mezopotamii po zapas cennej mazi, a szpieg przyłącza się do wyprawy, żeby na bieżąco meldować Cezarowi o postępach przy pomocy tresowanej muchy.
To klasyczna asteriksowa podróż z całym dobrodziejstwem gatunku: karykatury, gry słowne, bijatyki z Rzymianami i piraci obrywający po drodze. Ale pod tą warstwą kryje się coś, czego młody czytelnik nie wyłapie.
Album ukazał się w 1981 roku, cztery lata po śmierci Goscinny'ego. Był to dopiero drugi tom, który Uderzo stworzył całkowicie samodzielnie, jako scenarzysta i rysownik w jednej osobie. I zamiast po prostu ciągnąć serię dalej, Uderzo wpisał w nią pożegnanie z przyjacielem.

Cała wyprawa do Ziemi Świętej to zawoalowany hołd dla Goscinny'ego, który był żydowskiego pochodzenia. Kluczowa jest tu postać przewodnika po Jerozolimie, Saula Drejdła (w oryginale Saül Péhyé, gra słów oparta na sformułowaniu „to by się opłacało"). To karykatura zmarłego scenarzysty, którego Uderzo umieścił w jednym z kadrów, żeby jeszcze raz posłać go w daleką przygodę. Jako nastolatek przewróciłem tę stronę, nie zatrzymując się ani na chwilę. Teraz wiem, że patrzyłem na najczulszy gest w całym albumie.

I tu właśnie dodatek redakcyjny robi robotę. Wyjaśnia kontekst, przytacza słowa samego Uderzo o tym, jak chciał uczcić pamięć Goscinny'ego, pokazuje panoramę Jerozolimy inspirowaną modelem z czasów Salomona. Bez tego czyta się dobrą komediową przygodę. Z tym czyta się list pożegnalny ubrany w kostium galijskiej awantury.
Druga rzecz, którą docenia się dopiero z przypisami pod ręką, to gęstość popkulturowych nawiązań. Zerozerosiódmiks to jawny hołd dla Seana Connery'ego jako Jamesa Bonda, narysowany z jego twarzy i wyposażony w antyczne wersje bondowskich gadżetów. Sama nazwa to żart z „006", a szóstka nie jest przypadkowa: tyle razy Connery zagrał wtedy agenta 007. Do tego dochodzi tajna służba Cezara ochrzczona M.I.VI (VI to rzymska szóstka, ukłon w stronę MI6) i samoniszczący się papirus rodem z „Mission: Impossible".

Uderzo puścił tu wodze swojej miłości do karykatury. Szef szpiegów to sportretowany Bernard Blier, rzymski namiestnik „Poncjusz Pirat" bez ustanku myje ręce i ma rysy Jeana Gabina. Album jest gęsty od takich smaczków, a większość z nich umyka, jeśli nie wie się, czego szukać. Dodatek serwuje je na tacy.
Jest w tym komiksie jeszcze jeden żart, który po latach brzmi zupełnie inaczej. Bohaterowie raz po raz dziwią się, komu i po co potrzebna jest ta cuchnąca, bezużyteczna ropa. W 1981 roku to była antyczna ironia. Dziś, kiedy wiemy, wokół czego kręci się połowa światowej geopolityki, ten sam dowcip ma zupełnie inny ciężar. Finałowa scena z ropą wylewającą się do morza u wybrzeży Bretanii to zresztą aluzja do katastrofy tankowca Amoco Cadiz z 1978 roku, a więc świeżej wtedy rany. Puenta całej wyprawy też jest przewrotna: okazuje się, że magiczny wywar wcale nie potrzebuje petroleum, bo Panoramiks bez problemu zastępuje je sokiem z buraków.

To jeden z najlepszych albumów z solowego okresu Uderzo, i piszę to bez cienia taryfy ulgowej. Rysunek jest znakomity, tempo nie siada ani na moment, a gagów i karykatur starczyłoby na dwa tomy. Ale prawdziwą wartość tego konkretnego wydania robi dodatek redakcyjny. To dzięki niemu komiks nabiera nowego wymiaru i kontekstu, których zwyczajnie nie da się wyczytać z samych kadrów.

Jestem zachwycony tą edycją od pierwszej strony. Egmont nie tylko odświeżył klasyka, ale dał czytelnikowi klucz do drugiego dna, o którego istnieniu wielu z nas przez lata nie miało pojęcia. Jeśli znacie „Odyseję" tylko z dawnych wydań, to jest powód, żeby wrócić. A jeśli nie znacie wcale, to trudno o lepszy moment na pierwsze spotkanie.

[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.