Przejdź do treści
Twój przewodnik po świecie komiksuNa papierze. W sieci. Codziennie.

„Przemierzyć Karaiby”. Recenzja komiksu

„Przemierzyć Karaiby”. Recenzja komiksu

Nie znam bardziej upartego człowieka niż ten, który ma rację i za wszelką cenę próbuje wszystkim ją udowodnić. Może godzinami tłumaczyć, przedstawiać niepodważalne argumenty, rozkładać wszystko na czynniki pierwsze, a nawet walić pięścią w stół. I co z tego, skoro po drugiej stronie siedzi jegomość, który od trzydziestu lat robi wszystko po swojemu i nie zamierza niczego zmieniać? Przecież działa! Nie ma znaczenia, że można coś zrobić prościej, szybciej i rozsądniej. Zresztą spróbujcie przekonać fachowca, że od lat źle coś mierzy. Prędzej wyrzuci Was z budowy, niż przyzna, że jego metoda „na oko” może być niedoskonała. Przyznam, że czasami trudno mi zdecydować, który z tych dwóch uparciuchów bardziej działa na nerwy.

I właśnie o tym ludzkim uporze przypomniałem sobie podczas lektury „Przemierzyć Karaiby”. Początkowo nie spodziewałem się aż tak dobrej zabawy. Tymczasem dostałem komedię, przy której kilkukrotnie parsknąłem śmiechem, a momentami zastanawiałem się, skąd autorowi przyszły do głowy tak niedorzeczne pomysły. Co zabawniejsze, nie wszystko musiał wymyślać. Historia sama podsunęła mu materiał, z którego można było zrobić coś naprawdę zwariowanego. A ja mam szczególną słabość do takich opowieści, zwłaszcza kiedy oprócz porządnej dawki humoru dostaję jeszcze garść ciekawostek, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia.


Za scenariusz komiksu odpowiada Wilfrid Lupano, który ponownie połączył siły z rysownikiem Léonardem Chemineau i kolorystą Christophe’em Bouchardem. Cała trójka stworzyła wcześniej znakomitą „Bibliomulicę z Kordoby”, dlatego po ich kolejną wspólną pracę sięgnąłem z dużymi oczekiwaniami. Warto również wspomnieć, że album znalazł się wśród pięciu nominowanych do francuskiej nagrody René Goscinnego 2026 dla najlepszego scenarzysty. W Polsce komiks ukazał się w 2026 roku nakładem Kultury Gniewu, w przekładzie Julii Szustak.

Przenosimy się do lutego 1794 roku na Morze Karaibskie. Piracki okręt „Wierutny Łotr” przechwytuje francuski statek, licząc na porządne łupy. Niestety, zamiast skrzyń pełnych złota korsarze znajdują trochę wina, jabłek, suszonych śliwek i pewnego wyjątkowo nerwowego uczonego. Nazywa się Joseph Dombey, jest francuskim botanikiem i lekarzem, a na dodatek przewozi tajemniczą skrzyneczkę, której strzeże jak największego skarbu. Został wysłany przez władze rewolucyjnej Francji do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma spotkać się z Thomasem Jeffersonem, późniejszym amerykańskim prezydentem. W bagażu wiezie trzy wzorce nowego systemu miar: metra, litra i kilograma. Francuzi chcą w ten sposób zapoczątkować prawdziwą rewolucję, zastępując dotychczasowy chaos lokalnych jednostek jednym uniwersalnym systemem. Piraci nie bardzo jednak rozumieją, po co ktoś miałby taszczyć przez ocean kawałek metalu, dziwaczny pojemnik i cylinder. Dochodzą więc do wniosku, że to musi być jakaś tajna broń!

Dombey trafia na jedną z karaibskich wysp, gdzie znajduje się osada Kokabaja, osobliwa społeczność piratów, zbiegów i najróżniejszych życiowych wykolejeńców. Nie przypominają oni jednak krwiożerczych rozbójników znanych z opowieści przygodowych. Zamiast urządzać egzekucje, wolą śpiewać w chórze, dyskutować o filozofii albo wymyślać kolejne niedorzeczne zasady funkcjonowania swojej wspólnoty. Ich kapitan Jacques ma poetyckie ambicje i pisze operę, choć z doborem odpowiednich słów bywa u niego kiepsko. Są też inni ekscentrycy, wśród których trudno znaleźć choćby jednego normalnego człowieka. Dombey usiłuje przekonać swoich porywaczy o doniosłości francuskiego wynalazku, odzyskać wolność i kontynuować misję. Problem w tym, że piraci znakomicie radzą sobie bez żadnego metra i nie widzą powodu, żeby nagle podporządkowywać się nowym regułom. Uczony jest coraz bardziej wściekły, bo świat najwyraźniej nie zamierza docenić jego genialnego pomysłu.

Lupano nie przedstawia całego konfliktu jako walki oświeconego naukowca z bandą kompletnych idiotów. Dombey posiada ogromną wiedzę, ale niekoniecznie potrafi rozmawiać z ludźmi. Bywa nieznośny, protekcjonalny i tak przekonany o własnej słuszności, że chwilami miałem ochotę powiedzieć mu, żeby wreszcie zamknął dziób i posłuchał innych. Z drugiej strony piraci, mimo całego swojego wariactwa, mają własny sposób rozumowania. Niekiedy ich argumenty okazują się nawet całkiem sensowne. I właśnie ta niejednoznaczność bardzo mi odpowiada. Scenarzysta pozwala wyśmiać obie strony, nie rozstrzygając wszystkiego za nas.

Kapitalnie wypadają również dialogi. Lupano ma wyjątkowy talent do przedstawiania ludzi, którzy potrafią przez kilka minut rozmawiać na ten sam temat, a mimo to kompletnie się nie rozumieć. Kiedy stary kanonier tłumaczy zasady odmierzania prochu, posługując się najróżniejszymi stopami, funtami i własnoręcznie wymyślonymi jednostkami, robi się naprawdę zabawnie. Jeszcze lepsza jest dyskusja o pojemności butelki po rumie. Bo przecież butelka pełna i pusta to dwie zupełnie różne rzeczy! Najbardziej rozbrajało mnie to, z jaką śmiertelną powagą bohaterowie potrafili wygłaszać największe głupoty. Słowa uznania należą się tutaj również Julii Szustak. Przetłumaczenie wszystkich tych słownych wygibasów i pirackiej terminologii z pewnością nie należało do najłatwiejszych zadań.

Pod całą tą komediową otoczką kryje się jednak coś znacznie ciekawszego. Lupano pokazuje zderzenie dwóch wizji świata. Rewolucyjni Francuzi chcą wszystko uporządkować, zmierzyć i ujednolicić, podczas gdy piraci bronią swojej niezależności. Ich społeczność przypomina nieco anarchistyczną utopię, w której nikt nie zamierza słuchać kolejnego samozwańczego autorytetu. Co więcej, nowy system miar to nie tylko triumf nauki, lecz także narzędzie ułatwiające handel, rozwój gospodarki i wymianę towarów. Tyle że w realiach XVIII-wiecznych Karaibów handel miał również swoją znacznie mniej chlubną stronę, związaną z kolonializmem, wyzyskiem i niewolnictwem. Podobało mi się, że autor potrafił wpleść te zagadnienia w przygodową farsę, nie zamieniając jej w polityczny wykład. Przy okazji przypomina, że nawet najbardziej rozsądne rozwiązanie nie zostanie przyjęte tylko dlatego, że ktoś udowodni jego wyższość.

Osobną sprawą jest historyczny fundament opowieści. Joseph Dombey rzeczywiście istniał, a jego pechowa wyprawa do Ameryki i pojmanie przez korsarzy nie są scenariuszowym wymysłem. Lupano rozbudował jednak tę anegdotę o fikcyjne wydarzenia i postacie, tworząc komedię, w której trudno oddzielić prawdę od fantazji. I właśnie to uwielbiam w podobnych historiach. Po zakończeniu lektury miałem ochotę sprawdzić, ile z przedstawionych wydarzeń naprawdę miało miejsce. Zresztą komiks zaczyna się od zupełnie innego, również autentycznego absurdu. W 1999 roku NASA straciła sondę Mars Climate Orbiter, ponieważ w obliczeniach jej trajektorii pomieszano jednostki anglosaskie i metryczne. Kosmiczna technologia, olbrzymie pieniądze, najlepsi specjaliści, a wszystko rozbija się o niewłaściwe przeliczenie jednostek! Trudno o lepszy przykład pokazujący, że nawet największy postęp techniczny nie zabezpiecza nas przed zwyczajnymi ludzkimi błędami.

Ogromną przyjemność sprawiło mi również oglądanie ilustracji Léonarda Chemineau. Jego kreska jest mocno karykaturalna, chwilami wręcz groteskowa. Nie ma tutaj miejsca na sztywne pozy czy pozbawione życia postacie. Wszyscy nieustannie gestykulują, podskakują, wyginają się i wymachują rękami. Niekiedy wystarczy spojrzeć na samą twarz bohatera, żeby wiedzieć, co za chwilę powie. Szczególnie zabawnie prezentuje się Dombey, którego zdenerwowanie widać niemal w każdym grymasie.

Chemineau potrafi również znakomicie operować kompozycją plansz. Nie trzyma się kurczowo tradycyjnego układu kadrów, lecz swobodnie zmienia ich wielkość i rozmieszczenie. Czasami pozwala postaciom poruszać się po białej przestrzeni strony, innym razem zamienia je w czarne sylwetki przypominające teatr cieni. Moją uwagę przykuły także fragmenty przedstawiające wspomnienia Dombeya, gdzie szerokie, panoramiczne ilustracje uzupełniają odręcznie zapisane listy. Z kolei niema sekwencja ukazująca Robespierre'a przy biurku, otoczonego stertami dokumentów, pokazuje, że rysownik potrafi rozbawić bez jednego dialogu. Wystarczy pióro, kałamarz i narastająca frustracja człowieka tonącego w papierach. Każdy, kto choć trochę miał do czynienia z biurokracją, powinien doskonale zrozumieć jego położenie.

Na pochwałę zasługują również kolory Christophe'a Boucharda. Intensywna zieleń tropikalnej roślinności, turkus morza i ciepłe odcienie żółci znakomicie oddają karaibski klimat. Kolorysta posługuje się wyrazistymi plamami barw, które podkreślają karykaturalny charakter ilustracji, a jednocześnie zachowują ich czytelność.

Największą zaletą „Przemierzyć Karaiby” jest dla mnie umiejętność połączenia inteligentnego humoru z autentyczną historią. Lupano nie potrzebuje wielkich bitew, skomplikowanych intryg czy spektakularnych zwrotów akcji. Wystarczy mu grupa dziwaków i jeden wyjątkowo uparty naukowiec. Co ciekawe, wśród całej tej pirackiej ferajny można znaleźć naprawdę sympatyczne postacie. Szczególnie przypadła mi do gustu rezolutna dziewczynka, która potrafi wykazać się większym rozsądkiem niż połowa dorosłych mieszkańców Kokabai. Polubiłem również samego Dombeya. Chociaż chwilami jest okropnie irytujący, trudno mu nie współczuć. Facet ma przecież szczytny cel i ogromną wiedzę, ale pech prześladuje go niemal na każdym kroku.

Nie wszystko jednak wypadło równie dobrze. W środkowej części albumu miałem wrażenie, że Lupano trochę za bardzo rozciąga niektóre dowcipy. Schemat bywa podobny: Dombey coś tłumaczy, piraci rozumieją to po swojemu, a całość kończy się kolejnym nieporozumieniem. Początkowo bawi to znakomicie, ale po kilkudziesięciu stronach zaczyna być przewidywalne. Autor wykreował niezwykle ciekawą społeczność, ale większość jej mieszkańców poznajemy przede wszystkim przez pryzmat ich dziwactw. Przydałoby się trochę więcej miejsca na pokazanie wzajemnych relacji tej barwnej zbieraniny. Mam też niewielki niedosyt związany z zakończeniem, które wydaje się nieco pospieszne w porównaniu z rozbudowanymi wcześniejszymi wydarzeniami. Nie odebrało mi to jednak przyjemności z lektury.

Ostatecznie „Przemierzyć Karaiby” okazał się dla mnie bardzo udanym komiksem. Bawiłem się przy nim znakomicie, a przy okazji dowiedziałem się paru naprawdę interesujących rzeczy. Nie stawiałbym go może na równi z „Bibliomulicą z Kordoby”, która miała w sobie nieco więcej emocjonalnej głębi, ale jako historyczna komedia sprawdza się znakomicie.

Polecam go szczególnie miłośnikom absurdalnego humoru, barwnych postaci i opowieści, w których prawdziwe wydarzenia okazują się znacznie dziwniejsze od fikcji. Nie znajdziecie tutaj wielkich morskich bitew ani epickiej pirackiej odysei. Dostaniecie za to całkiem sporą porcję śmiechu, ciekawostek historycznych i inteligentnej zabawy. Zresztą z metrem można dojść do porozumienia. Z człowiekiem, który wie lepiej, bywa znacznie gorzej.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Przemierzyć Karaiby"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Kultura Gniewu. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Informacje o komiksie
Tytuł „Przemierzyć Karaiby”
Wydawca Kultura Gniewu
Scenarzysta Wilfrid Lupano
Rysownik Leonard Chemineau
Kolorysta Christophe Bouchard
Tłumacz Julia Szustak
Rok wydania 2026
Format 205x275 mm
Okładka twarda
Liczba stron 112 (kolor)
Cena okładkowa 99,90 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Czytaj dalej

Tony Stark bez miliardów, za to z problemami, „Niezwyciężony Iron Man tom 1” - recenzja

Recenzje komiksów

Tony Stark bez miliardów, za to z problemami, „Niezwyciężony Iron Man tom 1” - recenzja

Nigdy nie byłem szczególnie wielkim fanem Iron Mana. Owszem, w dzieciństwie oglądałem kreskówkę z jego przygodami, później polubiłem filmową wersję Tony'ego Starka graną przez Roberta Downeya Jr., a z komiksów najlepiej pamiętam go z runu „Avengers” Jonathana Hickmana. I właściwie na tym kończy się moja bliższa znajomość tej postaci. Nie śledziłem regularnie jej solowych przygód, nie znam wszystkich najważniejszych historii i z pewnością nie potrafiłbym wymienić kolejnych modeli zbroi Starka. Ki

Szukaj na blogu