"Światy H.P. Lovecrafta: Dagon i inne opowieści" - recenzja
Best Comics wydało drugi tom „Światów H.P. Lovecrafta” ze scenariuszami Stevena Philipa Jonesa: pięć opowiadań, pięciu rysowników. Nie są to jednak wierne przeniesienia klasyki grozy na papier, tylko jej uwspółcześnione przeróbki sprzed trzydziestu lat.
Tym razem na początek garść technikaliów. Scenariusze wszystkich pięciu historii napisał Steven Philip Jones, za stronę graficzną odpowiada pięciu rysowników: Aldin Baroza, Sergio Cariello, Wayne Reid, Christopher Jones i Rob Davis. Komiks przełożyli na polski Robert Lipski i Marcin Andrys. To drugi tom polskiej serii. Pierwszy nosi tytuł „Przyczajona groza i inne opowieści” i też jest dostępny u Best Comics.

W środku znajdziemy pięć adaptacji: „Muzykę Ericha Zanna”, „Dagona”, „Arthura Jermyna”, „Zeznanie Randolpha Cartera” i „Piekielną ilustrację”. Cztery z nich powstały pierwotnie w 1993 roku dla Caliber Comics. Piąta, „Zeznanie Randolpha Cartera”, dopiero w 1996.
Ten komiks był pierwszą pracą Steven Philip Jones przy Lovecrafcie, choć adaptował wtedy film, nie prozę. Pierwszym opowiadaniem, które przełożył z oryginalnego tekstu na komiks, była „Przyczajona groza”, czyli tytułowa historia z pierwszego tomu polskiej serii. Dopiero po tym doświadczeniu, już po przejściu serii od Malibu do Caliber Comics, napisał scenariusze do pięciu tekstów zebranych w tym albumie. Wydawca Caliber, Gary Reed, zaproponował, by do każdej historii zatrudnić osobnego rysownika, dobranego pod jej charakter.

Jeśli liczycie na komiksowe przeniesienie oryginalnych tekstów Lovecrafta, to spotka was zawód. Jones przeniósł akcję do lat 90. i dopisał dialogi. Powód wyjaśnia wprost w posłowiu: teksty Lovecrafta są napisane niemal w całości jako narracja. Natomiast komiks jako medium działa lepiej, gdy postacie mówią w dymkach, nie w podpisach.

Tę zasadę Jones tłumaczy na przykładzie „Przyczajonej grozy” z pierwszego tomu: skoro Lovecraft osadził tę historię w czasach sobie współczesnych, przeniesienie jej do lat 90. dawało komiksowi podobne poczucie aktualności. Ten sam mechanizm widać w opowieściach z tego tomu. Na przykład w „Dagonie” bohaterem nie jest rozbitek z czasów pierwszej wojny światowej, tylko atomowy okręt podwodny USS Augustus. Jego załoga znajduje Emmę Loveless, ocalałą z katastrofy prywatnego samolotu, a Pentagon ściąga do sprawy eksperta Marcusa Steeda. W „Muzyce Ericha Zanna” narratorem u Lovecrafta jest anonimowy student metafizyki. W komiksie zastępuje go Max Finn, amerykański astronom przyjeżdżający do Paryża na konferencję SETI.

Uwspółcześnienie opowiadań Lovecrafta to jednak ciekawy zabieg. Czytelnik dostaje bowiem migawkę z dwóch epok naraz: opowiadanie sprzed stu lat i jego "współczesna" wersja (co prawda przeniesiona do lat 90.).

Największa różnica między poszczególnymi rozdziałami tego tomu nie leży w scenariuszu, tylko w rysunku. Jones w posłowiu sam opisuje mocne strony każdego ze swoich współpracowników, i te opisy potwierdzają się w lekturze.
„Muzykę Ericha Zanna” narysował Aldin Baroza, twórca związany później głównie z animacją: pracował przy „Futuramie” i „Family Guyu”, a w 2012 roku był nominowany do Emmy jako asystent reżysera odcinka Futuramy „The Tip of the Zoidberg”. Jego mroczny styl pasuje do najbardziej klimatycznej opowieści w tomie.

„Dagona” rysował z kolei brazylijski rysownik Sergio Cariello, co otworzyło mu drogę do rysowania „Daredevila”. „Arthura Jermyna” narysował Wayne Reid, twórca kojarzony głównie z komiksem historycznym - akcja tej opowieści toczy się w XIX-wiecznej Anglii. Natomiast „Zeznanie Randolpha Cartera” narysował Christopher Jones, który później rysował dla DC między innymi „The Batman Strikes!” i „Young Justice”. I jeszcze Rob Davis z „Piekielną ilustracją” - twórca komiksowych wersji „Star Treka” i „Quantum Leap”.
Lubię pulpę Lovecrafta i ten komiks daje mi ją w pełnej krasie, nawet jeśli podaną w innej wersji niż oryginalna. Atomowy okręt podwodny szukający Dagona. Profiler FBI z Necronomiconem pod pachą. To dokładnie ten rodzaj przaśnej grozy, po którą sięgam z przyjemnością, bez pretensji do literackiej wierności.
Nie mam porównania z tekstami źródłowymi, bo ich nie czytałem, więc nie oceniam tego tomu jako adaptacji. Oceniam go jako samodzielny komiks grozy i w tej roli sprawdza się dobrze. Zróżnicowanie rysowników, które na papierze brzmi jak ryzyko niespójności, w praktyce działa na korzyść albumu: każda historia ma inny rytm, inny nastrój i klimat.
Powinno się spodobać fanom „Dylan Doga”. Podobny klimat: czarno-biała kreska, groza podana z przymrużeniem oka. Bohaterowie regularnie wplątują się w sprawy, które szybko wymykają się racjonalnemu wyjaśnieniu.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.