„Thorgal” z artbookiem na 50-lecie. Czy publikacja znów narobi zamieszania wśród kolekcjonerów?
Le Lombard zamiast wymyślać koło od nowa, sięgnął po tytuł, który już raz sprzedał się jak świeże bułeczki. Odkurzyli go, dorzucili parę konkretnych wabików i pakują pod obchody 50-lecia „Thorgala”.
Jak wynika z pojawiających się w mediach informacji, we wrześniu 2026 na półki ma trafić odświeżona, francuskojęzyczna wersja legendarnego już artbooka o Thorgalu. W twardej oprawie, za bardzo przyzwoite 39 euro i licząca 224 strony. Różnica względem edycji sprzed dekady? Nowa okładka i czterdzieści rysunków Grzegorza Rosińskiego, których wcześniej nigdzie nie było.
Ruch jest sprytny i uczciwy zarazem. Zamiast wciskać fanom kolejny jubileuszowy gadżet, który mógłby przejść bokiem, wydawca wraca do czegoś, co już raz się sprawdziło. Pierwszy artbook z okazji 40-lecia serii w 2017 roku rozszedł się błyskawicznie. Na forum Thorgala do dziś wspominają, że zniknął z rynku prawie natychmiast.
A tu zaczyna się najlepsza część historii – czysto kolekcjonerska.

Pierwsze wydanie miało nakład podobno tylko 3500 egzemplarzy. Niby nie tragicznie mało, ale wystarczająco, żeby książka szybko stała się białym krukiem. Potem na rynku wtórnym zaczęły się dziać rzeczy dziwne – ludzie pisali o cenach rzędu 400 euro i wyżej. Coś co kosztowało "grosze", w moment zamieniło się w towar dla tych, którzy mają dużo cierpliwości, dużo determinacji albo dużo luzu w portfelu.
Nowa edycja to więc prawdziwa druga szansa. Dla tych, którzy wtedy odbili się od drzwi, i jednocześnie sposób, żeby handlarze nie zgarnęli całego jubileuszowego tortu tylko dla siebie.
Trudno się dziwić Le Lombardowi, że wyciąga ten tytuł z szuflady po raz drugi. Kiedy coś sprzedaje się na pniu i przez lata obrasta legendą niedostępnego skarbu, grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
"Thorgal" zadebiutował w 1977 roku na łamach tygodnika „Tintin” i przez prawie pięć dekad seria była się jednym z najważniejszych filarów europejskiego komiksu. Dla nas, Polaków, ten jubileusz smakuje szczególnie – w samym sercu tej historii stoi przecież Grzegorz Rosiński.