Przejdź do treści

Wodny świat pełen potworów, „Leviathan tom 1” - recenzja

Wodny świat pełen potworów, „Leviathan tom 1” - recenzja

Kiedy przeczytałem opis „Leviathana”, pierwszym skojarzeniem był oczywiście „Wodny świat” z Kevinem Costnerem. Ziemia została niemal całkowicie zalana, ludzie próbują przetrwać na statkach, a pod powierzchnią rozciąga się świat, który kiedyś należał do człowieka. Tyle że w koreańskiej manhwie Lee Gyuntaka i Noh Miyoung, wydanej na naszym rynku przez Waneko, do równania dochodzi jeszcze jeden drobiazg: oceany pełne są gigantycznych stworzeń polujących na ludzi. I muszę przyznać, że spodziewałem się przede wszystkim widowiskowej nawalanki z morskimi monstrami. Pierwszy tom szybko pokazał mi jednak, że „Leviathan” ma do zaoferowania trochę więcej.

Świat „Leviathana” poznajemy bez długiego wykładu wyjaśniającego, co właściwie się wydarzyło. Wiemy przede wszystkim, że lądu właściwie już nie ma, a niedobitki ludzkości próbują przeżyć na bezkresnym oceanie. W takich warunkach poznajemy Botę, jego młodszą siostrę Ritę oraz ich ojca. Codzienność tej trójki podporządkowana jest jednemu - przetrwaniu. Jakby życie na wodzie samo w sobie nie było wystarczająco paskudne, pod powierzchnią czają się jeszcze gigantyczne stworzenia, dla których człowiek jest po prostu kolejną zdobyczą.

I właśnie to początkowo bardzo mi się spodobało. Spodziewałem się, że autorzy szybko wyjaśnią, dlaczego świat wygląda tak, a nie inaczej, tymczasem zostajemy wrzuceni w sam środek tej rzeczywistości. Bohaterowie nie zastanawiają się przecież co pięć minut nad historią zagłady - dla nich ocean, brak lądu i żyjące w głębinach potwory są po prostu codziennością. My musimy dopiero nauczyć się jej razem z nimi.

O rety, a potwory zdecydowanie jest tutaj na co popatrzeć. Lewiatany są wielkie, paskudne i często wyglądają tak, jakby natura dostała gorączki i zaczęła eksperymentować bez żadnych ograniczeń. Świetnie działa też zestawienie ich rozmiarów z maleńkimi łodziami ludzi. Człowiek w tym świecie naprawdę przestał być panem stworzenia. Jest mięsem, które nauczyło się pływać.

Im dłużej czytałem, tym bardziej „Leviathan” zaczynał mi przypominać również „The Walking Dead”. Oczywiście zamiast zombie mamy tutaj morskie monstra, a zatopione miasta zastąpiły opustoszałe ulice, ale mechanizm jest podobny. Potwory są najbardziej widowiskowym zagrożeniem, jednak równie ciekawe może okazać się pytanie, jak ludzie ułożą sobie życie w świecie, w którym dawne reguły przestały obowiązywać. Pierwszy tom dopiero zaczyna ten temat rozwijać, ale już widać, że autor nie zamierza ograniczać się do kolejnych polowań na coraz większe bestie.

Bardzo dobrze wypadają też Bota i Rita. Nie są herosami przygotowanymi do ratowania świata, tylko dzieciakami wychowanymi w rzeczywistości, w której jeden błąd może oznaczać śmierć. Szczególnie spodobało mi się to, że autor pozwala im czasem zachowywać się właśnie jak dzieci. Popełniają głupstwa, są ciekawskie, boją się i nie zawsze słuchają starszych. Przez to ich problemy wypadają znacznie bardziej przekonująco.

Osobną sprawą są rysunki Noh Miyoung. „Leviathan” został wydany w pełnym kolorze, co okazało się dla mnie naprawdę miłym zaskoczeniem i całkiem przyjemną odmianą od większości mang trafiających na nasz rynek. Kolor nie jest tu tylko ozdobnikiem - dobrze podkreśla zarówno ogrom oceanu, jak i wygląd morskich potworów czy bardziej widowiskowe sceny akcji. Same rysunki są przy tym całkiem przyjemne dla oka, czytelne i dynamiczne, a momentami całość wygląda bardziej jak kadry z animacji niż tradycyjny komiks. Największe wrażenie robią oczywiście sceny podwodne. Z jednej strony ocean potrafi być piękny, z drugiej cały czas mamy świadomość, że gdzieś poza kadrem może znajdować się coś wystarczająco dużego, żeby połknąć człowieka razem z łodzią. Kiedy wreszcie pojawiają się lewiatany, rysowniczka nie oszczędza ani bohaterów, ani czytelnika. Bywa brutalnie i krwawo, ale przemoc nie przytłacza samej historii.

Pierwszy tom nie odsłania jeszcze zbyt wielu kart. Nadal niewiele wiemy o świecie, nie znamy pełnej skali katastrofy i dopiero zaczynamy odkrywać, jak właściwie funkcjonuje ocalała ludzkość. Początkowo sądziłem, że dostanę prostą historię o polowaniu na morskie potwory. Po tych kilkuset stronach znacznie bardziej ciekawi mnie jednak sam świat i to, co Bota oraz Rita znajdą poza niewielkim skrawkiem oceanu, który dotąd był ich domem.

„Leviathan” bierze więc trochę z „Wodnego świata”, dorzuca survivalową konstrukcję przypominającą „The Walking Dead”, a wszystko zalewa hektolitrami wody i wrzuca do niej gigantyczne monstra. Nie jest to może najbardziej subtelny przepis na postapokalipsę, jaki kiedykolwiek wymyślono, ale kurczę, działa. Pierwszy tom zrobił dokładnie to, czego oczekuję od początku nowej serii: przedstawił bohaterów, pokazał świat, dał przedsmak czyhających w nim koszmarów i zostawił mnie z ochotą, żeby wypłynąć trochę dalej.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Waneko. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Leviathan tom 1"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Leviathan tom 1”
Seria Leviathan
Wydawca Waneko
Scenarzysta Gyuntak Lee
Rysownik Miyoung Noh
Tłumacz Aleksandra Maksylewicz
Rok wydania 2026
Format 145x210mm
Okładka Miękka
Liczba stron 268 (kolor)
Cena okładkowa 44,99 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Szukaj na blogu