„Wróć do mnie, jeszcze raz”. Recenzja komiksu

Rozstanie z ukochaną osobą potrafi człowieka nieźle przeczołgać. Zwłaszcza kiedy jedna strona pogodziła się już z końcem związku, a druga wciąż żyje nadzieją, że wszystko da się naprawić. Wtedy zaczyna się prawdziwa mordęga. Wracanie do wspomnień, analizowanie każdej rozmowy, szukanie wyjaśnień, których być może nigdy nie poznamy. Rozum podpowiada jedno, serce uparcie ciągnie w przeciwną stronę. A człowiek coraz bardziej się w tym wszystkim zatraca.
Najgorzej, kiedy przestaje radzić sobie z emocjami i zaczyna szukać ulgi, gdzie tylko się da. W alkoholu, narkotykach, przypadkowych przyjemnościach. Byle na chwilę przestać myśleć. Tyle że następnego dnia problemy nadal czekają. Nierzadko większe niż wcześniej. I właśnie o takim pogubieniu opowiada komiks „Wróć do mnie, jeszcze raz”.
Za scenariusz odpowiada Bartosz Sztybor, natomiast rysunkami i kolorami zajął się Wojciech Stefaniec. Album pierwotnie ukazał się w 2015 roku nakładem wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Rok później przyszły trzy nagrody Orient Men. Polskie Stowarzyszenie Komiksowe uznało go za najlepszy polski komiks 2015 roku, a Sztybora i Stefańca nagrodziło odpowiednio za scenariusz i rysunki. Od premiery minęło jedenaście lat i Timof ponownie wypuścił ten tytuł na rynek, tym razem w większym formacie i twardej oprawie. Całość liczy zaledwie 88 stron, ale niech was ta objętość nie zwiedzie. To wyjątkowo ciężka, bardzo osobista opowieść, która zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych odbiorców.
Głównym bohaterem jest mężczyzna przedstawiający się inicjałem B., choć znajomi nazywają go Sz. Co ciekawe, zanim w ogóle zdąży się przedstawić, otrzymujemy szczegółowy wykaz alkoholi i narkotyków, z którymi ma do czynienia. Jakby to właśnie one najlepiej określały, kim obecnie jest. Spotykamy go w momencie, gdy jego życie uczuciowe znajduje się w rozsypce. Nie potrafi pogodzić się z utratą ukochanej, a wspomnienia i niedokończone rozmowy nie pozwalają mu ruszyć dalej. Zamiast spróbować uporządkować swoją codzienność, coraz częściej sięga po używki. Na krótko przynoszą mu ulgę, pozwalają zapomnieć o całym tym bałaganie. Ale później wszystko wraca. Do tego dochodzą dziwaczne sny i halucynacje, które dodatkowo mieszają mu w głowie. W końcu sam już nie bardzo wie, czego może być pewien, a co jest jedynie wytworem jego wyobraźni.


Przez te narkotyczne wizje przewijają się groteskowe postacie, absurdalne sytuacje i sceny, których znaczenie trudno od razu rozszyfrować. Jest w tym sporo agresji, lęku, wyrzutów sumienia oraz wspomnień, od których Sz. najwyraźniej nie potrafi się uwolnić. A kiedy wraca do codzienności, znów próbuje dociec, co właściwie poszło nie tak między nim a ukochaną i czy cokolwiek da się uratować. Tyle że nawet pamięć zaczyna płatać mu figle. Nie zawsze wiadomo, które wydarzenia naprawdę miały miejsce, a które rozegrały się wyłącznie w jego głowie. Chciałby wreszcie nad tym wszystkim zapanować, ale patrząc na niego, trudno uwierzyć, że ma jeszcze pojęcie, od czego zacząć.
Sztybor mógł poprowadzić tę opowieść chronologicznie, od jednego wydarzenia do następnego. Wybrał jednak inną drogę, rozbijając ją na urywki wspomnień, sny i sceny z życia bohatera. Tekstu jest niewiele, a przy niektórych planszach trzeba zatrzymać się na dłużej, żeby w ogóle zorientować się, co właściwie oglądamy. Przyznam, że początkowo trochę wybijało mnie to z rytmu. Dopiero później doszedłem do wniosku, że taki zabieg ma sens. Sz. sam przecież nie potrafi sobie tego wszystkiego poukładać. Dlaczego więc czytelnik miałby dostać gotowe odpowiedzi? Jest w tym również pewna przewrotność. Scenarzysta przedstawia człowieka, który rozpaczliwie usiłuje zapanować nad swoim losem, a jednocześnie odbiera nam poczucie orientacji w jego losach.

To, jak Sztybor przedstawia uzależnienie emocjonalne, mocno mnie uderzyło. Bo choć alkohol i narkotyki zajmują sporą część życia Sz., mam wrażenie, że jeszcze mocniej trzyma go coś innego. Myśl o kobiecie, z którą już nie jest. Facet widzi przecież, że się stacza. Wie, że powinien coś zmienić, ale co z tego, skoro sama świadomość problemu niczego nie załatwia? I to właśnie najbardziej mnie w nim poruszyło. Zresztą im dłużej zagłębiałem się w lekturze, tym częściej zastanawiałem się, za czym on tak naprawdę tęskni. Za ukochaną czy może za związkiem, który we wspomnieniach zdążył sobie już nieco upiększyć? Przecież tak łatwo uwierzyć, że wystarczy odzyskać tę jedną osobę, a cała reszta jakoś sama się ułoży.
Osobny zachwyt należy się Wojciechowi Stefańcowi. Przyznam, że dawno nie widziałem komiksu, w którym artysta pozwoliłby sobie na tak ogromną swobodę twórczą. Mamy tutaj tradycyjny rysunek, malarstwo, groteskowe portrety, kolaże fotograficzne i najróżniejsze wycinanki. Co kilka stron miałem wrażenie, jakbym oglądał prace zupełnie innego rysownika. A przecież to wciąż ten sam Stefaniec!
Szczególnie mocno zapadły mi w pamięć wizerunki zdeformowanych twarzy, upiornego klauna czy groteskowego przeciwnika w stroju do sztuk walki. Artysta znakomicie operuje kolorem. W kolażach wykorzystuje fotografie, fragmenty nagich ciał, twarzy oraz najróżniejsze graficzne wycinki. Momentami wygląda to jak sen kogoś, kto zdecydowanie przesadził z używkami. I chyba dokładnie o taki efekt chodziło. Nawet najbardziej nieprzyjemne w odbiorze sceny potrafią zachwycać pod względem warsztatowym. Człowiek patrzy na coś wyjątkowo paskudnego, a jednocześnie podziwia kunszt, z jakim zostało to namalowane.


Podoba mi się również sposób komponowania plansz. Raz dostajemy niewielkie, uporządkowane kadry, innym razem olbrzymią ilustrację podzieloną na kilka części. Bywa, że grafika niemal całkowicie wypiera tekst. Ciekawie prezentują się zwłaszcza fragmenty utrzymane w jednej tonacji kolorystycznej, w których postać zdaje się rozpływać pomiędzy kolejnymi ujęciami. Stefaniec nie stara się za wszelką cenę upiększać rzeczywistości. Przeciwnie, świadomie ją deformuje, przez co niektóre przedstawienia bywają zwyczajnie odpychające. Ale trudno oderwać od nich wzrok.
Największą zaletą „Wróć do mnie, jeszcze raz” jest dla mnie jego bezkompromisowość. Twórcy nie próbują tłumaczyć wszystkiego nieszczęśliwą miłością ani robić z Sz. jakiegoś tragicznego romantyka. Facet jest pogubiony, bywa bezradny, a czasami zwyczajnie działa na nerwy. Popełnia błędy i wyjątkowo opornie wyciąga z nich wnioski. Co więcej, autorom specjalnie nie zależy na tym, żebyśmy go polubili. Dzięki temu całość wydaje się znacznie bardziej wiarygodna niż kolejna opowieść o wielkim uczuciu, które wszystko przezwycięży. Zresztą jest w tym coś niezwykle ludzkiego. Przecież samo postanowienie, że od jutra zaczniemy żyć inaczej, jeszcze nikomu nie zagwarantowało powodzenia. Szczególnie gdy po przebudzeniu znów trzeba zmierzyć się z tymi samymi problemami.
Nie oznacza to jednak, że album pozbawiony jest wad. Najbardziej przeszkadzała mi miejscami nazbyt hermetyczna narracja. Pewne sekwencje są tak mocno zanurzone w symbolice i narkotycznym szaleństwie, że trudno znaleźć w nich emocjonalny punkt zaczepienia. Zamiast przeżywać dramat razem z główną postacią, niekiedy koncentrowałem się przede wszystkim na próbie rozszyfrowania znaczenia kolejnych ilustracji. Rozumiem artystyczne założenie, ale nie zawsze przekładało się ono na przyjemność lektury. Przydałoby się też nieco więcej przestrzeni na spokojniejsze, bardziej przyziemne momenty. Mam również pewien niedosyt związany z przedstawieniem samej ukochanej. Pozostaje ona przede wszystkim obiektem tęsknoty Sz., przez co trudno wyrobić sobie własne zdanie o ich relacji. Oglądamy ją niemal wyłącznie przez pryzmat jego emocji, a przecież każdy związek ma dwie strony.
Mimo tych zastrzeżeń uważam „Wróć do mnie, jeszcze raz” za bardzo udany i artystycznie niezwykle interesujący komiks. Nie poleciłbym go jednak komuś, kto podczas czytania szuka przede wszystkim odpoczynku. To tytuł dla dorosłego odbiorcy, który potrafi zaakceptować niejednoznaczność i nie potrzebuje, żeby wszystko mu szczegółowo tłumaczono. Sam doceniam przede wszystkim to, że Sztybor i Stefaniec nie narzucają mi sposobu oceniania swojego bohatera. Bywały chwile, kiedy miałem ochotę porządnie nim potrząsnąć, ale zdarzało się również, że zwyczajnie mu współczułem. I chyba właśnie takie sprzeczne reakcje najlepiej świadczą o tym, że udało im się stworzyć przekonujący portret człowieka ze wszystkimi jego słabościami.


Po zamknięciu albumu wróciłem myślami do samego tytułu. „Wróć do mnie, jeszcze raz”. Niby zwyczajna prośba, którą zapewne niejeden z nas kiedyś wypowiedział, choćby tylko w myślach. Ale po tej lekturze zacząłem się zastanawiać, jak wiele różnych pragnień może kryć się za tymi kilkoma słowami. Bo nie zawsze tęsknimy wyłącznie za drugim człowiekiem. Czasami brakuje nam dawnego życia, poczucia bezpieczeństwa, wspólnych planów i tej wersji przyszłości, którą przez lata sobie wyobrażaliśmy.
Co słychać w świecie komiksu?
Premiery, recenzje i wydarzenia. Jeden newsletter, raz w tygodniu.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
"Wróć do mnie, jeszcze raz"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.





