„Zbrodnia ojca Amaro" - kto zapłaci za grzech księdza? Recenzja komiksu André Oliveiry i Ricarda Santo
Portugalska kolekcja Timofa dotarła do czwartego tomu i za każdym razem wyciąga z półki coś, o czym u nas mało kto słyszał.
Po baśni („Dama z raciczką"), poemacie Pessoi („Przesłanie") i melodramacie („Maria Mojżeszowa") przyszła pora na najcięższy kaliber, czyli realizm społeczny w najostrzejszym wydaniu. To adaptacja „O Crime do Padre Amaro" André Oliveiry i Ricarda Santo, przekład powieści José Marii de Eça de Queirósa z 1875 roku.

Ten komiks uderza mocniej niż poprzednie tomy. Nie przez przemoc czy dosłowność, tylko przez temat. Bo „Zbrodnia ojca Amaro" to opowieść o duchownym, który uwodzi młodą, pobożną dziewczynę, a potem robi wszystko, żeby ratować własną skórę. Cena za całą historię spada tymczasem wyłącznie na nią.
Eça de Queirós, portugalski realista, to zapewne dla większości z nas mało znane nazwisko. „Zbrodnię ojca Amaro" pisał w trzech wersjach: od odcinków w prasie w 1875 roku, przez pierwsze wydanie książkowe z 1876, po gruntownie przerobioną redakcję z 1880, o której sam mówił niemal jak o nowej powieści. Album wykorzystuje opiera się na tym najbardziej rozbudowanym tekście, liczącym grubo ponad czterysta stron.
Akcja toczy się w Leirii, prowincjonalnym mieście, w którym młody Eça pracował około 1870 roku jako administrator okręgu. To miasto stało się dla niego laboratorium. Obserwował tu dokładnie te układy, plotki i zależności, które potem opisał. Ciekawostka: rysownik albumu, Ricardo Santo, pochodzi właśnie z Leirii, choć powieść przeczytał dopiero na potrzeby komiksu.

Oliveira mówił w wywiadzie o przekształceniu ponad czterystu stron literatury w czterdzieści osiem plansz komiksu. Scenarzysta przyznawał, że nie docenił, jak wyczerpujące psychicznie będzie to zadanie. Chciał zachować i fabułę, i sposób pisania Eçy, ale musiał ciąć głębiej, niżby chciał.
Co poszło pod nóż? Wątki poboczne, drugoplanowe postacie, rozbudowane przygotowania kolejnych scen. Najtrudniejsze było jednak co innego. Narrator powieści, jego ironia i złośliwe komentarze nie mają w komiksie gdzie się podziać. Oliveira mówi wprost, że komiks rządzi się zasadą „pokazuj, nie opowiadaj", więc opisów Eçy nie dało się przepisać do ramek. Ironię musiały przejąć twarze, spojrzenia, kadrowanie i groteska.

Tytuł kusi, żeby czytać go dosłownie, jako złamanie celibatu. Ale zbrodnia Amaro jest znacznie szersza. To wykorzystanie pozycji duchownego wobec zależnej od niego kobiety, granie na jej religijności i lęku, podporządkowanie wszystkiego jednemu celowi: uniknięciu skandalu. To także finał, którego nie zdradzę, ale który pokazuje, jak daleko bohater potrafi się posunąć, byle instytucja nie ucierpiała.
I to jest najbardziej gorzki element całości. Eça nie pisze o „jednym złym księdzu". Pokazuje całe środowisko, które taki model umożliwia: innych duchownych, dewotki, plotkę, ekonomiczną zależność kobiet, lokalne układy i obsesję zachowania pozorów. Amaro na początku wygląda niemal na ofiarę. Sierota, wychowany przez opiekunki, wepchnięty do seminarium bez własnego wyboru. Z czasem staje się jednak coraz bardziej wyrachowany. Ta przemiana z biernej ofiary systemu w jego sprawnego użytkownika jest najciekawszą rzeczą w tej historii.

To już drugi album w tej serii, w którym ciężar całej opowieści spada na kobietę z nieślubnym dzieckiem. W „Marii Mojżeszowej" był to melodramat o krzywdzie i ocaleniu. Tutaj jest znacznie ciemniej, bo o pojednaniu nie ma mowy. U Eçy mechanizm działa bezlitośnie: mężczyzna z pozycją wychodzi z całej historii obronną ręką, a wszystko, co najgorsze, zostaje przy kobiecie i dziecku. Instytucja wchłania zbrodnię i działa dalej.
Ciekawe, jak konsekwentnie ta portugalska seria wraca do losu kobiet z XIX-wiecznej prowincji. Jeśli „Maria Mojżeszowa" pokazywała, co taka historia robi z ofiarą przez pokolenia, „Zbrodnia ojca Amaro" pokazuje, kto i dlaczego pozostaje bezkarny.
Ricardo Santo rysuje w stylu półkarykaturalnym i jest to wybór interpretacyjny, nie ozdoba. Groteskowa kreska obnaża obłudę bohaterów lepiej niż realistyczny sztafaż.
I jeszcze ciekawostka. Przekład zrobił Wojciech Charchalis, profesor UAM, iberysta, tłumacz Saramago, Pessoi, Lobo Antunesa i autor nowego polskiego „Don Kichota", laureat Nagrody im. Szymborskiej.
Wydaje mi się, że „Zbrodnia ojca Amaro" to najostrzejszy jak dotąd tom portugalskiej serii Timofa. Kondensacja czterystu stron do czterdziestu ośmiu plansz kosztuje. Panorama społeczna Eçy się kurczy, część niuansów znika. Ale to, co zostaje, trzyma się mocno: czytelna fabuła, groteska w służbie satyry i temat, który wcale nie potrzebuje uwspółcześniania, żeby zaboleć. Nadużycie autorytetu, ochrona reputacji instytucji, kontrola nad kobiecym ciałem, w końcu nierówny podział konsekwencji. To wszystko czyta się dziś bez żadnej taryfy ulgowej.
W ogóle cała ta portugalska seria Timofa to dla mnie strzał w dziesiątkę. Daje mi okno na literaturę, o której zapewne nigdy bym nie usłyszał.
| Tytuł | „Zbrodnia ojca Amaro" |
| Seria | Klasycy literatury portugalskiej w komiksie |
| Wydawca | Timof i cisi wspólnicy |
| Scenarzysta | André Oliveira (autor powieści: Eça de Queirós) |
| Rysownik | Ricardo Santo |
| Kolorysta | Ricardo Santo |
| Tłumacz | Wojciech Charchalis |
| Rok wydania | 2026 |
| Format | 210x290 mm |
| Okładka | twarda |
| Liczba stron | 56 |
| Cena okładkowa | 60 zł |
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.