Znów poczuć swój Kosmos, „Saint Seiya. Rycerze Zodiaku tom 1” - recenzja

Są takie tytuły, przy których naprawdę trudno zachować chłodny dystans. „Saint Seiya. Rycerze Zodiaku” Masamiego Kurumady, którego pierwszy tom ukazał się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Waneko, zdecydowanie do nich należy. Anime było przed laty emitowane w Polsce na RTL7 i dla całego pokolenia widzów stało się jednym z pierwszych spotkań z japońską animacją. Sam powrót do Seiyi, Zbroi Pegaza, Kosmosu i całej tej szalonej mieszanki mitologii greckiej z pojedynkami wojowników jest więc czymś więcej niż zwyczajnym nadrabianiem klasycznej mangi. To trochę podróż do lat młodzieńczych, kiedy człowiek siadał przed telewizorem i z wypiekami na twarzy czekał na kolejne starcie Rycerzy.
Co ciekawe, manga nie rzuca nas od razu w historię Seiyi. Najpierw cofamy się o trzynaście lat i jesteśmy świadkami wydarzeń, które okażą się kluczowe dla całej opowieści. Poznajemy okoliczności narodzin Ateny, obserwujemy wybór nowego Wielkiego Mistrza, a następnie dramatyczną ucieczkę Aiolosa. Już tutaj pojawiają się Złoci Rycerze i zarys konfliktu, którego konsekwencje będą ciągnęły się przez kolejne lata. Muszę przyznać, że taki początek trochę mnie zaskoczył. Pamiętając przede wszystkim anime emitowane przed laty w telewizji, spodziewałem się znacznie szybszego wejścia Seiyi na scenę. Dopiero później poznajemy głównego bohatera podczas jego treningu w Grecji. Seiya walczy o Zbroję Pegaza, ale szybko okazuje się, że zdobycie jej nie jest dla niego celem samym w sobie. Po powrocie do Japonii chce przede wszystkim odnaleźć swoją zaginioną siostrę. Droga do informacji prowadzi jednak przez Turniej Galaktyczny - turniej, w którym młodzi Rycerze stają naprzeciw siebie, a stawką jest Złota Zbroja Strzelca.
I właśnie wtedy „Saint Seiya” zaczyna pokazywać swoje najbardziej rozpoznawalne oblicze. Wojownicy, Zbroje związane z gwiazdozbiorami, specjalne techniki, Kosmos i pojedynki prowadzone z taką powagą, jakby od każdego ciosu zależał los wszechświata. Kurumada nie bawi się w półśrodki. Ludzie rozbijają kamienie gołymi rękami, przeciwnicy po potężnych uderzeniach przelatują przez pół planszy, a krew potrafi lać się całkiem obficie.

I wiecie co? To nadal ma swój urok.
Największą frajdę sprawiało mi oczywiście spotkanie z bohaterami i elementami świata, które pamiętam jeszcze z anime. Seiya jest uparty, porywczy i właściwie nie uznaje czegoś takiego jak odpuszczanie. Obok niego stopniowo poznajemy kolejnych Rycerzy, a sama koncepcja Zbroi powiązanych z gwiazdozbiorami nadal wydaje mi się kapitalna. Może przemawia przeze mnie nostalgia, ale kurczę, kiedy na planszach pojawiają się znajome pancerze, trudno się nie uśmiechnąć. Szczególnie że Kurumada stworzył bardzo charakterystyczną mieszankę. Mitologia grecka spotyka się tutaj ze współczesnością, gwiazdozbiory stają się źródłem symboliki wojowników, a nad wszystkim unosi się Atena i idea Rycerzy walczących w jej obronie. Autor traktuje mitologię bardzo swobodnie, ale właśnie dzięki temu powstało coś, czego trudno pomylić z jakąkolwiek inną serią.

Trzeba przy tym pamiętać, że korzenie „Saint Seiyi” sięgają lat 80. Czytając ją dzisiaj, łatwo zauważyć rozwiązania, które przez kolejne dekady były powtarzane w niezliczonych mangach. Turniej, coraz potężniejsi przeciwnicy, charakterystyczne techniki, przekraczanie własnych możliwości - brzmi znajomo? Oczywiście. Tyle tylko, że Kurumada nie próbował naśladować współczesnych shōnenów. To późniejsze serie powstawały już w świecie, na który „Saint Seiya” zdążyła wywrzeć ogromny wpływ. Kiedy patrzy się na nią z tej perspektywy, wiele pozornie ogranych pomysłów zaczyna smakować trochę inaczej. Co ciekawe, sama manga daje też nieco inne doświadczenie niż zapamiętane przeze mnie anime. Historia biegnie naprawdę szybko. Kurumada nie rozwleka wydarzeń i sprawnie przechodzi od przedstawienia bohaterów do kolejnych starć. Kilka razy złapałem się nawet na myśli: „Już? Byłem przekonany, że to trwało znacznie dłużej”. Najwyraźniej wspomnienia telewizyjnych odcinków zrobiły swoje.
Same pojedynki również mają w sobie przyjemną prostotę. Nie dostajemy wielopiętrowego systemu mocy wymagającego studiowania wykresów i zapamiętywania kilkudziesięciu zasad. Są Zbroje, techniki, siła wojowników i przede wszystkim Kosmos. Bohater dostaje potężnego strzała, pada, wydaje się pokonany, po czym znajduje w sobie jeszcze odrobinę siły, żeby walczyć dalej. Dzisiaj znamy ten schemat aż za dobrze, ale tutaj nadal działa, szczególnie że Kurumada podaje wszystko bez cienia ironii.

Pierwszy tom przypomniał mi również, że „Rycerze Zodiaku” potrafią być całkiem brutalni. Walki Rycerzy zdecydowanie nie przypominają bezpiecznych zawodów sportowych. Jednocześnie manga zachowuje ten charakterystyczny dla dawnych shōnenów młodzieńczy entuzjazm, dzięki któremu nawet najbardziej przesadzone wydarzenia przyjmuje się bez większego marudzenia.
Znacznie mocniej upływ czasu widać w kresce. Nie ma sensu udawać, że „Saint Seiya” wygląda jak współczesna manga. Anatomia czasami potrafi zaskoczyć, twarze bywają do siebie podobne, a niektóre pozy bohaterów wyglądają dziś dość osobliwie. Początkowo musiałem przyzwyczaić się do stylu Kurumady. Z drugiej strony jego rysunki mają coś, czego brakuje wielu technicznie znacznie lepszym seriom - własną tożsamość. Wystarczy spojrzeć na kilka plansz i od razu wiadomo, co się czyta.
No i są oczywiście Zbroje. Tutaj upływ czasu niewiele zmienił. Projekty pancerzy nadal mają w sobie coś wyjątkowego, szczególnie dzięki ich powiązaniu z konkretnymi gwiazdozbiorami. To jeden z tych pomysłów, które są na tyle proste, że aż dziw bierze, jak znakomicie działają. Zresztą chyba każdy, kto wychował się na anime, miał swojego ulubionego Rycerza i odpowiadającą mu Zbroję.
Czy „Saint Seiya” zestarzała się idealnie? Absolutnie nie. Niektóre dialogi są naiwne, sposób prowadzenia historii potrafi być bardzo bezpośredni, a kreska wymaga przyzwyczajenia. Czytelnik wychowany wyłącznie na współczesnych shōnenach może początkowo zastanawiać się, skąd właściwie wziął się fenomen tej serii. Warto jednak pamiętać, że patrzymy na jeden z tytułów, które pomagały tworzyć fundamenty gatunku, jaki znamy dzisiaj.
Dla mnie pierwszy tom okazał się przede wszystkim bardzo przyjemnym powrotem. Z jednej strony odkrywam mangowy oryginał i zauważam różnice względem tego, co pamiętam - jak przez mgłę - z telewizji, z drugiej gdzieś z tyłu głowy cały czas odzywają się wspomnienia anime oglądanego przed laty. I chyba właśnie to jest największą siłą tego wydania. Możemy wrócić do „Rycerzy Zodiaku”, ale jednocześnie poznać tę historię trochę na nowo.
Nostalgia z pewnością robi swoje i nawet nie zamierzam z nią walczyć. „Saint Seiya. Rycerze Zodiaku” to kawał historii mangi, a dla wielu polskich fanów także kawałek młodości. Pierwszy tom czytało mi się szybko, lekko i z dużą przyjemnością. A kiedy pojawiały się kolejne znajome Zbroje, imiona i motywy, przez chwilę naprawdę można było znowu poczuć się jak dzieciak siedzący przed telewizorem.
Czasami właśnie tyle wystarczy, żeby ponownie rozpalić swój Kosmos.
Twój cotygodniowy kadr.
Zbieramy najciekawsze wiadomości ze świata komiksu i wysyłamy je prosto do Ciebie.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Waneko. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Saint Seiya tom 1
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Tu możesz zamówić komiksZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.



