„Crossed. Krzyżnięci. 100 lat później”. Recenzja komiksu
Po „Crossed. Krzyżnięci. Początek” trudno wraca się do tego uniwersum z czystą głową. Tamten komiks nie zostawiał zwykłego niesmaku, tylko coś w rodzaju moralnego osadu, który człowiek jeszcze długo skrobie z siebie po lekturze. Dlatego po „100 lat później” spodziewałem się kolejnej konfrontacji z tym samym piekłem - może większym, może bardziej zwyrodniałym, może jeszcze bardziej bezczelnym. Tymczasem dostałem coś innego. Nie powtórkę z rzezi, ale opowieść o tym, co dzieje się z piekłem, kiedy ma sto lat na zapuszczenie korzeni.
Drugi zbiorczy tom od Studia Lain zbiera materiał znany oryginalnie jako „Crossed +100”. Pierwszą część tej opowieści napisał Alan Moore, a narysował Gabriel Andrade. Dalsze partie przejął Simon Spurrier, przy rysunkach Rafaela Ortiza, Fernanda Heinza i Martina Tuniki. Całość ponownie przetłumaczył Mariusz Warda.

Minęło sto lat od dnia, w którym świat został rozerwany przez zarazę Krzyżniętych. Miasta zarosły, drogi przepadły pod zielenią, budynki stały się ruinami, a to, co dla nas jest normalnym elementem codzienności, dla ludzi przyszłości bywa niezrozumiałym artefaktem z epoki prawie mitycznej. W tej rzeczywistości poznajemy Przyszłą Taylor, archiwistkę z Czugi, która razem z ekipą wyprawia się po ślady dawnego świata: książki, mapy, nagrania, zdjęcia, dokumenty, nośniki danych i wszystko to, co może pomóc ocalałym zrozumieć, kim byli ludzie przed katastrofą.
Na początku ten świat wydaje się względnie oswojony, przynajmniej jak na standardy „Crossed”. Wspólnoty ocalałych wierzą, że czas działa na ich korzyść. Krzyżnięci mieli się wykruszyć, wymrzeć przez głód, choroby, własną autodestrukcję, seksualne wyniszczenie i niezdolność do budowania czegokolwiek trwałego. Młodsze pokolenia często znają ich bardziej z opowieści niż z realnego spotkania. Tyle że kolejne wyprawy Przyszłej zaczynają podważać ten wygodny mit. W ruinach pojawiają się ślady rodzin Krzyżniętych, miejsc ich bytowania, rytuałów i zachowań, które nie pasują do wizji bezładnej hordy. Najważniejszym tropem stają się zapiski Beauregarda Salta. To właśnie przez jego dziedzictwo opowieść zaczyna skręcać w dużo bardziej niepokojącą stronę: Krzyżnięci nie tylko przetrwali, ale mogli przez dekady selekcjonować, uczyć się, przekazywać wzorce i przygotowywać coś, czego ludzie - w swojej wygodnej wierze w wygasanie zarazy - kompletnie nie przewidzieli.




Dalej fabuła coraz mocniej odchodzi od archeologicznej wyprawy po resztki przeszłości i zamienia się w historię o nowym zagrożeniu, które dojrzewało w cieniu przez całe pokolenia. Czuga i inne ludzkie osady przestają być bezpiecznymi punktami na mapie, a stają się potencjalnymi celami większej, cierpliwie układanej operacji. Przyszła musi nie tylko zrozumieć, co zaplanował Salt i co z jego planu przetrwało po stu latach, ale też przekonać ludzi, że wróg nie jest już tylko bandą śliniących się wykolejeńców biegnących z nożami przez las. W kolejnych partiach albumu Spurrier pokazuje świat, w którym osady szykują się na zorganizowane ataki, narasta podejrzliwość, pojawia się lęk przed infiltracją, a sama granica między „nami” i „nimi” robi się dużo mniej wygodna niż w pierwszych historiach z tego uniwersum. Jak to wszystko się potoczy i co stoi za planem Krzyżniętych, dowiecie się po przeczytaniu całości.
Ale czy go przeczytacie? Hmmm… możecie mieć ogromne problemy. Język, jakiego użył Alan Moore, jest dla czytelnika po prostu tragiczny i naprawdę współczuję tłumaczowi Mariuszowi Wardze, ale jednocześnie podziwiam, że musiał stawić czoło rzeczy absolutnie trudnej i chyba jednak niepotrzebnej.
I tu dochodzę do największego grzechu tego tomu. Nie do przemocy, nie do obrzydliwości, nie do całej tej chorej mitologii Krzyżniętych, ale do języka. Alan Moore wymyślił sobie, że skoro akcja dzieje się sto lat po globalnej katastrofie, to ludzie nie mogą mówić tak, jak mówimy dzisiaj. I ja ten pomysł rozumiem. Ba, na papierze nawet go kupuję. Po takim końcu świata język musiałby się rozpaść, poprzestawiać, zgubić dawne znaczenia, obrosnąć nowymi słowami i skrótami. Nie byłoby szkół, mediów, internetu, normalnej edukacji. Mowa ocalałych musiałaby wyglądać jak coś poskładanego z resztek. Moore chciał więc zbudować przyszłość nie tylko przez ruiny, stroje i nowe wspólnoty, ale też przez sam sposób mówienia. Ambitnie? Oczywiście. Logicznie? Jak najbardziej. Czytelniczo? No i tu zaczyna się jazda bez trzymanki.
Bo w praktyce ten język nie tyle buduje świat, ile bardzo często staje między czytelnikiem a tym światem. Ja podczas lektury, zamiast wejść w scenę, musiałem najpierw przedrzeć się przez dymek. Zamiast śledzić napięcie, zastanawiałem się, co bohater właściwie powiedział. Zamiast czuć emocje, rozkładałem zdania na części pierwsze, poprawiałem je sobie w głowie, szukałem sensu po omacku i dopiero po chwili wracałem do historii. To było potwornie męczące. Nie miałem poczucia, że odkrywam fascynujący język przyszłości. Częściej czułem, że Moore rzucił mi pod nogi lingwistyczny gruz. Rozumiem zamysł, ale efekt końcowy zbyt często zabija rytm lektury. A jeśli język w komiksie zaczyna działać przeciwko emocjom, to choćby był nie wiem jak przemyślany, robi się z niego problem, nie atut.




Najgorsze, że momentami naprawdę czułem się tak, jakbym czytał wypowiedzi ludzi po ciężkim wylewie. Albo gorzej - jakbym sam takiego wylewu dostał i nagle przestał ufać własnej zdolności czytania. To był realny dyskomfort. Moore chciał pokazać, jak język zmienił się po apokalipsie, ale poszedł tak daleko, że miejscami zniszczył przyjemność obcowania z komiksem. Jaki jest sens lektury, która częściej męczy, niż wciąga?
A szkoda, bo pod tym lingwistycznym gruzem leży mocna i ciekawa opowieść z bardzo zaskakującymi wątkami.
W najlepszych fragmentach ten komiks pokazuje, że w świecie „Crossed” można straszyć czymś więcej niż tylko rozprutym brzuchem. Moore i Spurrier bardzo dobrze rozumieją, że groza działa mocniej wtedy, gdy nie wyskakuje z krzaków z siekierą, tylko powoli układa się w głowie czytelnika z drobnych, pozornie niepasujących do siebie elementów. Ten scenariusz ma w sobie coś z postapokaliptycznego śledztwa, w którym każda znaleziona informacja może być tropem, pułapką albo fragmentem większej manipulacji. Najlepsze nie są więc same sceny zagrożenia, ale momenty, gdy zaczynałem czuć, że bohaterowie poruszają się po świecie, który już wcześniej został przez kogoś przemyślany. Że pewne zdarzenia nie są przypadkiem. Że pod powierzchnią tej zarośniętej przyszłości działa mechanizm, którego nikt nie chciał zauważyć, bo łatwiej było wierzyć w prostą wersję historii.
I właśnie w tym tkwi jedna z największych zalet tego tomu. „100 lat później” nie traktuje świata „Crossed” wyłącznie jako pretekstu do dokładania kolejnych obrzydliwości. Ten komiks próbuje wyciągnąć z niego coś większego: strach przed utraconą pamięcią, manipulacją historią, dziedziczeniem traumy i narodzinami wypaczonej kultury. Krzyżnięci przestają być tutaj wyłącznie bandą chorych zwyrodnialców, a stają się czymś znacznie bardziej niepokojącym — społecznością z własną logiką, własnymi celami i własnym sposobem rozumienia świata. „100 lat później” przestaje być tylko horrorem o świecie po katastrofie, a zaczyna przypominać opowieść o spisku rozpisanym na pokolenia. I to jest cholernie dobry kierunek, bo właśnie w takich momentach widać, że w tym uniwersum nadal da się powiedzieć coś nowego.
Graficznie „100 lat później” trzyma solidny i dość spójny poziom, mimo że przy albumie pracowało kilku rysowników. Nie miałem poczucia gwałtownego przeskakiwania między różnymi światami. Kadrowanie jest czytelne, prowadzi wzrok bez większego chaosu i potrafi dobrze balansować między szerokimi ujęciami zrujnowanej przestrzeni a ciasnymi, dusznymi zbliżeniami na twarze i ciała. Plansze mają odpowiednie tempo: kiedy trzeba, pozwalają zatrzymać się na detalach świata po katastrofie, a kiedy akcja przyspiesza, nie rozpadają się w nieczytelną sieczkę. To ważne, bo przy tak trudnym języku warstwa wizualna często ratuje płynność odbioru i pozwala wrócić do historii, gdy dialogi próbują wybić człowiekowi z głowy resztki cierpliwości.




Kolory nie dominują nad rysunkiem, raczej podbijają nastrój rozkładu i ciągłego zagrożenia. Całość wygląda solidnie, miejscami bardzo efektownie, choć bez takiego graficznego uderzenia, które przykryłoby problemy scenariusza.
Ostatecznie mam z omawianym tytułem cholernie niewygodny problem. To nie jest komiks głupi. To nawet nie jest komiks źle pomyślany. Wręcz przeciwnie. Tyle że dobry koncept nie załatwia wszystkiego, jeśli droga do niego przypomina czytelniczy survival. A tutaj zbyt często czułem, że zamiast wchodzić głębiej w historię, po prostu siłuję się z formą, która uparcie robi mi pod górkę.
Ten tom mogę polecić właściwie tylko fanom „Crossed” oraz najbardziej zatwardziałym komiksiarzom, którzy mają w sobie tę dziwną, piękną i trochę niezdrową potrzebę sprawdzania, dokąd autorzy są w stanie popchnąć znane uniwersum. Jeśli jesteście gotowi poświęcić komfort lektury, cierpliwość i kawałek własnego spokoju, znajdziecie tu rzeczy naprawdę ciekawe. Jeśli jednak oczekujecie komiksu, który Was porwie, poprowadzi i pozwoli płynąć przez opowieść, możecie odbić się głową od ściany. Mocno.
„100 lat później” to dla mnie album fascynujący w założeniu i męczący w wykonaniu. Ma świetną intrygę, dobry ciężar świata, kilka bardzo mocnych pomysłów na rozwój Krzyżniętych i jedną fundamentalną wadę, która ciągnie całość w dół jak kotwica. To komiks, który chciał być opowieścią o przyszłości po końcu cywilizacji, ale sam momentami pada ofiarą własnego eksperymentu. I może właśnie dlatego zostawia po sobie tak dziwne uczucie: nie żałuję, że go przeczytałem, ale drugi raz przez tę samą przeprawę dobrowolnie raczej bym nie poszedł.
Po „Początku” czułem moralnego kaca. Po „100 lat później” czuję przede wszystkim zmęczenie. Tamten komiks brudził ręce. Ten mieli głowę. I choć doceniam odwagę Moore’a i Spurriera, muszę powiedzieć wprost: czasem nawet najlepszy pomysł można zakatować formą.
Wydawca zapowiedział już kolejny tom z uniwersum „Crossed”, którym będzie „Badlands”. To naprawdę opasła seria, na którą oryginalnie składa się 100 zeszytów pełnych sieczki w stylu „Początku”. Czy po niego sięgnę? Kurde… mimo wszystko myślę, że tak.
"Crossed. Krzyżnięci. 100 lat później"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
