„Fortuna Putina”. Recenzja komiksu

„Fortuna Putina”. Recenzja komiksu

Ilu z Was ma już odruchowe zmęczenie na samo nazwisko Putin? Telewizja, portale, eksperci od wszystkiego, mapki z frontu, kolejne sankcje, kolejne przemówienia, kolejne twarze polityków udających, że właśnie odkryli coś, co śmierdziało od trzydziestu lat. W pewnym momencie człowiek zaczyna się bronić obojętnością. Przewija. Wycisza. Mówi sobie: wiem, rozumiem, słyszałem.

No właśnie nie.

Dzięki wydawnictwu Timof i cisi wspólnicy miałem okazję zapoznać się z jedną z niedawnych premier na polskim rynku komiksowym. „Fortuna Putina” to album, za którego scenariusz odpowiada Yvonnick Denoël, a za rysunki Gildas Java. I muszę przyznać, że jest to komiks dziwnie niewygodny. Nie dlatego, że epatuje okrucieństwem albo na siłę szuka sensacji. Raczej dlatego, że pokazuje rzeczy, o których niby wiemy, ale wolimy trzymać je gdzieś z boku głowy. Tam, gdzie nie trzeba się z nimi mierzyć zbyt długo.


To nie jest komiks, który po raz kolejny przychodzi nam oznajmić, że na Kremlu siedzi zły człowiek. To akurat wiemy. I gdyby tylko o to chodziło, cała ta opowieść byłaby zbyt prosta, zbyt wygodna, może nawet trochę jałowa. Denoël i Java robią coś znacznie bardziej nieprzyjemnego: pokazują, jak zło przestaje być pojedynczym wybrykiem, a zaczyna działać jak system. Nie rodzi się w huku armat ani w wielkich przemówieniach, tylko w gabinetach, przy koncesjach, przelewach, cichych przysługach i decyzjach, pod którymi nikt później nie chce się podpisać. Czytałem to z narastającą złością, bo im głębiej wchodziłem w tę historię, tym wyraźniej czułem, że nie jest to wyłącznie opowieść o Putinie. To również opowieść o świecie, który przez lata bardzo wygodnie udawał, że nie czuje smrodu pieniędzy.

Denoël i Java nie opowiadają tej historii jak klasycznej biografii, w której najpierw mamy dzieciństwo, potem młodość, kilka przełomowych decyzji i wreszcie człowieka na szczycie. Całe szczęście. „Fortuna Putina” interesuje się czymś znacznie bardziej niepokojącym: momentem, w którym państwo zaczyna przechodzić z rąk do rąk tak zwyczajnie, jakby ktoś przepisywał mieszkanie, samochód albo działkę po znajomości. Tyle że tutaj stawką są porty, ropa, koncesje, banki, służby, ludzie i całe połacie rosyjskiej rzeczywistości.

Nie będę Was tu mamił obietnicą odkrywania jakiejś ukrytej, sensacyjnej fabuły. Komiks jest opowieścią prowadzoną od czasów upadku ZSRR aż po współczesność i wojnę w Ukrainie. Zaczyna się od świata, który właśnie pęka. Związek Radziecki dogorywa, ale ci, którzy naprawdę rozumieją zasady tej gry, wcale nie zamierzają znikać razem z nim. Dawne struktury KGB nie rozpływają się w powietrzu. Putin pojawia się w tej układance najpierw bez fanfar. Nie jako car, nie jako twarz telewizyjnego imperium, tylko jako człowiek od zapamiętywania, pilnowania, pośredniczenia i załatwiania spraw, o których lepiej nie mówić zbyt głośno.

Drezno, Petersburg, otoczenie Anatolija Sobczaka, koncesje, kontakty z biznesem, porty, paliwa, kasyna, oligarchowie, ludzie służb, później krąg Jelcyna i Moskwa, która coraz bardziej przypomina giełdę wpływów niż stolicę państwa. Autorzy prowadzą nas przez te kolejne etapy bez sensacyjnego zadęcia, ale z narastającym poczuciem, że oglądamy coś obrzydliwie skutecznego. Niby ktoś tylko podpisuje dokument. Niby ktoś tylko przedstawia kogoś komuś. Niby chodzi o jedną decyzję, jedną zgodę, jeden interes. A po kilkunastu stronach widać już wyraźnie, że z takich drobiazgów powstaje system zależności mocniejszy niż prawo.

I właśnie to w tej fabule działa najlepiej. Nie ma tu jednego wielkiego momentu, w którym zło wychodzi na scenę i teatralnie oznajmia swoje zamiary. Wszystko dzieje się stopniowo, niemal urzędowo. W gabinetach, na spotkaniach, w rozmowach prowadzonych tonem ludzi, którzy wiedzą, że zbyt wiele emocji szkodzi interesom. Putin rośnie w tej opowieści nie dlatego, że jest najbardziej efektowny, ale dlatego, że najlepiej rozumie, kiedy trzeba stać w cieniu, a kiedy cień zamienić we władzę.

Najciekawsze w scenariuszu Denoëla jest to, że nie próbuje zrobić z Putina demona z gabinetu grozy. I bardzo dobrze, bo takich obrazków mamy już po dziurki w nosie. Znacznie bardziej przerażające jest pokazanie go jako człowieka cierpliwego, czujnego, metodycznego. Kogoś, kto nie musi błyszczeć, bo rozumie, że prawdziwa władza często siedzi z boku stołu, słucha uważniej niż inni i zapamiętuje, kto komu jest coś winien.

Czytając ten komiks, miałem narastające poczucie, że uczestniczę nie w opowieści o jednym dyktatorze, ale w sekcji zwłok całego systemu. Denoël rozcina ten organizm warstwa po warstwie: służby, biznes, polityka, oligarchowie, zachodnie pieniądze i ludzie, którzy przez lata potrafili być ślepi dokładnie wtedy, kiedy opłacało im się niczego nie widzieć. I w tym wszystkim najbardziej wkurza nie sama skala grabieży, tylko jej zwyczajność. Wielka historia okazuje się zlepkiem tchórzostwa, konformizmu, pazerności i podpisów składanych przez ludzi, którzy później zgrywają zdziwionych.

Bardzo dobrze działa tu pokazanie relacji jako transakcji. Lojalność nie ma nic wspólnego z przyjaźnią. Jest polisą ubezpieczeniową, długiem, hakiem albo biletem wstępu do kolejnego pokoju. Dawni znajomi, ludzie służb, biznesowi partnerzy i polityczni figuranci krążą wokół siebie jak gracze przy stole, na którym stawką jest nie tylko majątek, ale też możliwość bezpiecznego wyjścia z budynku. Dialogi bywają rzeczowe, chłodne, czasem wręcz suche, ale właśnie dlatego pasują do świata, w którym słowo służy nie do rozmowy, tylko do ustawiania ludzi.

I właśnie dlatego ten scenariusz tak nieprzyjemnie pracuje po odłożeniu albumu. Denoël nie daje nam wygodnej historii o jednym człowieku, który pewnego dnia oszalał i postanowił zawłaszczyć państwo. Pokazuje coś gorszego: powolne przyzwyczajanie się do brudu. Najpierw jedna przysługa. Potem jeden podpis. Jedno przemilczenie. Jeden interes, którego lepiej nie rozgrzebywać. Z czasem nikt już nie pyta, gdzie przebiega granica, bo wszyscy zdążyli na niej trochę zarobić. Album bywa przy tym przeładowany faktami i nazwiskami, czasem za szybko ucieka od ludzi, którym warto byłoby spojrzeć dłużej w twarz. Ale kiedy trafia w sedno, robi to naprawdę mocno. Bo najstraszniejsze w tej historii nie jest samo to, że Putin usiadł na Kremlu. Najstraszniejsze jest to, ilu ludzi po drodze odsunęło mu krzesło.

Rysunkowo „Fortuna Putina” nie jest albumem, który próbuje kupić czytelnika efektownością. Kreska Gildasa Javy jest oszczędna, szorstka i dość chłodna. Nie ma tu przesadnej dekoracyjności ani widowiskowego rozmachu, ale jest konsekwentnie budowany nastrój. Java dobrze oddaje świat ludzi, którzy nauczyli się kontrolować twarz, gest i każde wypowiadane słowo.

Kadrowanie i kompozycja plansz są podporządkowane śledczemu rytmowi opowieści. Plansze prowadzą wzrok spokojnie, bez wizualnych fajerwerków, ale stopniowo zagęszczają atmosferę. To nie jest komiks dynamiczny w sensie akcyjnym. Napięcie budują pauzy, spojrzenia, układ postaci w kadrze i nagłe zbliżenia, które wybijają czytelnika z reportażowego rytmu.

Kolorystyka dobrze wzmacnia ten chłód. Przygaszone błękity, brudne zielenie, szarości i mocniejsze czerwienie tworzą świat nieprzyjazny, pozbawiony ciepła, wyraźnie skażony polityczną przemocą i propagandą. Obrazy może nie zachwycają dla samego zachwytu, ale skutecznie budują dyskomfort, którego ta historia potrzebuje.

Największą zaletą „Fortuny Putina” jest bezkompromisowość. Autorzy nie uciekają w banał i nie próbują upychać tej historii w prostym schemacie sensacyjnej opowieści o złym władcy. Ten komiks ma w sobie dojrzałość, bo wie, że najważniejsze nie zawsze kryje się w wielkich scenach. Czasem mocniej działa krótka rozmowa, chłodne spojrzenie, podpis złożony bez wahania albo cisza po zdaniu, które powinno kogoś przerazić.

Można zarzucić albumowi, że momentami narracja gęstnieje od faktów i nazwisk, przez co wymaga od czytelnika większego skupienia. Ta drobiazgowość buduje wiarygodność, ale bywa też ciężarem. Niektóre sekwencje dialogowe, ważne dla zrozumienia mechanizmów finansowych i politycznych, potrafią wyhamować emocje. Wtedy komiks robi się bardziej śledczym dossier niż opowieścią, która naprawdę wbija pazury pod skórę.

Największą chyba wadą jest jednak upchanie tak dużej, wieloletniej historii w stosunkowo niewielkiej liczbie stron. Większość wątków zostaje mocno spłaszczona, część jest ledwie zarysowana. Rozumiem, że autorzy nie chcieli tworzyć wielkiego, ciężkiego dzieła, tylko pokazać czytelnikowi sens i problematykę poruszanego tematu. Mimo wszystko czasem szkoda, że niektóre postacie pojawiają się tylko na chwilę, choć czuć, że mogłyby udźwignąć znacznie więcej emocjonalnego ciężaru.

„Fortuna Putina” nie jest komiksem idealnym, ale jest komiksem potrzebnym. Denoël i Java nie dają nam pełnej odpowiedzi na pytanie, kim jest Putin. I dobrze, bo takie odpowiedzi zwykle są podejrzanie proste. Dają za to mapę prowadzącą przez świat, w którym władza, pieniądze i strach tak mocno splątały się ze sobą, że trudno już powiedzieć, gdzie kończy się polityka, a zaczyna zwykły bandytyzm.

Nie jest to lektura lekka. Momentami bywa zbyt gęsta, czasem zbyt skrótowa, ale ma w sobie coś, czego brakuje wielu komiksom dokumentalnym: nerw. Po jej zakończeniu zostaje złość, niesmak i paskudna świadomość, że wiele rzeczy naprawdę było widać od dawna. Tylko wygodniej było patrzeć gdzie indziej.

Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.

FORTUNA PUTINA

Yvonnick Denoël, Gildas Java

Tu kupisz komiks
Informacje o komiksie
Tytuł „Fortuna Putina”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta Yvonnick Denoël
Rysownik Gildas Java
Kolorysta Gildas Java
Tłumacz Marta Duda-Gryc
Rok wydania 2026
Format 210x280 mm
Okładka twarda
Liczba stron 124 (kolor)
Cena okładkowa 99,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.