„Kocham Astrid Lindgren”. Recenzja komiksu

„Kocham Astrid Lindgren”. Recenzja komiksu

Z twórczości Astrid Lindgren pamiętam dziś niestety niewiele. Jakieś urywki przygód Pippi. Kilka obrazów z „Dzieci z Bullerbyn”. Pojedyncze sceny, które przez lata rozmyły się gdzieś w pamięci. A jednak kiedy słyszę nazwisko Lindgren, przed oczami nie stają mi konkretne historie. Wraca raczej pewne uczucie - poczucie bezpieczeństwa oraz beztroski. Poczucie, że świat jest miejscem znacznie prostszym, niż okaże się później.

Pamiętam, że czytając „Dzieci z Bullerbyn”, nie miałem wrażenia obcowania z bohaterami książki. Czułem się jednym z nich. Jakbym siedział gdzieś obok, biegał tymi samymi ścieżkami, przeżywał te same małe przygody, które wtedy wydawały się najważniejszymi wydarzeniami na świecie.

Dzieciństwo ma zresztą tę niezwykłą właściwość, że potrafi skutecznie ukrywać przed nami przyszłość. Nie wiemy jeszcze, że przyjdzie rozczarowanie. Nie wiemy jeszcze, że przyjdzie strata. Nie wiemy jeszcze, że czasem życie potrafi uderzyć z siłą, której wcześniej nie bylibyśmy nawet w stanie sobie wyobrazić.

Sięgając po komiks „Kocham Astrid Lindgren”, myślałem, że wrócę do tamtych dziecięcych lat, że poznam jakieś ciekawe informacje o autorce i o światach przez nią stworzonych. Jakże się zaskoczyłem po przeczytaniu opowieści napisanej przez Elin Lucassi…

Czytajcie nowe teksty z Bloga o Komiksach także w Google Discover
Obserwuj nas

„Kocham Astrid Lindgren” ukazało się w Polsce nakładem wydawnictwa Los Kraba, które ostatnio coraz śmielej sięga po niestandardowe gatunkowo komiksy. Za scenariusz i rysunki odpowiada szwedzka autorka Elin Lucassi, a przekładu podjęła się Katarzyna Syty. Oryginalne wydanie, zatytułowane „Jag älskar Astrid Lindgren”, trafiło do szwedzkich księgarń w 2023 roku.

Komiks został dostrzeżony na rodzimym rynku i nominowany do nagrody Urhunden – jednej z ważniejszych nagród na szwedzkiej scenie komiksowej.

Co ciekawe, choć nazwisko Astrid Lindgren znajduje się w tytule, nie jest to ani biografia słynnej pisarki, ani sentymentalna podróż przez świat „Dzieci z Bullerbyn”, „Pippi Pończoszanki” czy „Braci Lwie Serce”. Lucassi wykorzystuje postać jednej z najważniejszych autorek w historii szwedzkiej literatury jako punkt wyjścia do znacznie bardziej intymnej, bolesnej i momentami wręcz niepokojącej opowieści o stracie, samotności oraz desperackim poszukiwaniu kogoś, kto potrafiłby zrozumieć niewyobrażalny ból.

Główną bohaterką tej historii jest Ylva – młoda kobieta, która nie potrafi poradzić sobie z tragedią, jaka spotkała ją po narodzinach dziecka. Autorka nie zdradza od razu wszystkich szczegółów. Przez dłuższy czas poznajemy historię fragmentami, obserwując kobietę coraz bardziej zamykającą się w swoim bólu. Widzimy jej codzienność, problemy w relacjach z bliskimi i poczucie zagubienia, które z każdą kolejną stroną zaczyna przybierać coraz bardziej niepokojące formy.

Punktem zwrotnym okazuje się wizyta w mieszkaniu Astrid Lindgren. Dla większości ludzi byłaby to po prostu ciekawostka związana z ukochaną autorką dzieciństwa. Dla Ylvy staje się czymś znacznie ważniejszym. Kiedy odkrywa pewne podobieństwa pomiędzy własnymi doświadczeniami a życiem słynnej pisarki, zaczyna wracać tam coraz częściej. Z czasem fascynacja Astrid Lindgren przestaje być zwykłym zainteresowaniem. Bohaterka zaczyna traktować ją niemal jak jedyną osobę, która mogłaby zrozumieć to, przez co przechodzi.

I właśnie wokół tej relacji Lucassi buduje swoją opowieść. Z jednej strony obserwujemy kobietę próbującą posklejać własne życie, z drugiej coraz mocniej zanurzamy się w jej myślach, wspomnieniach i przekonaniach. A im dalej brniemy w tę historię, tym trudniej jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Ylva faktycznie znajduje ukojenie, czy może coraz bardziej oddala się od rzeczywistości.

Scenariusz komiksu na początku zostawił mnie w dość dziwnym stanie. Miałem wrażenie, że wszystko jest celowo przyciszone, jakby ta historia nie chciała od razu pokazać, o co w niej chodzi i trzymała mnie na lekkim dystansie. Historia Ylvy toczy się w dwóch liniach czasowych – w teraźniejszości, gdzie próbuje jakoś funkcjonować z dnia na dzień, oraz w przeszłości, do której wracamy w formie retrospekcji. Dopiero z tych dwóch perspektyw powoli zaczyna się układać pełniejszy obraz jej historii

Z każdą kolejną retrospekcją coraz bardziej czułem, że nie oglądam już historii „o czymś”, tylko wchodzę w stan, który nie ma łatwego wyjścia. Te fragmenty przeszłości nie są tu po to, żeby wyjaśniać fabułę, tylko żeby pokazać, jak bardzo wszystko w Ylvi zaczęło się rozrywać od środka. I w pewnym momencie złapałem się na tym, że przestaję traktować jej wizyty w mieszkaniu Astrid Lindgren jak zwykłe sceny - zaczynają działać jak powracający odruch, coś między potrzebą a przymusem.

I wtedy coś we mnie się zmieniło. Bo im dalej czytałem, tym mniej interesowało mnie „co się wydarzyło”, a coraz bardziej „co ta historia robi z tą kobietą”. I to jest moment, w którym autorka wciągnęła mnie w macki swej opowieści - nie przez wydarzenia, tylko przez sposób, w jaki układa je w głowie czytelnika, każąc mi powoli składać emocje z fragmentów, które nigdy nie chcą się do końca domknąć.

Struktura tej opowieści jest przy tym zaskakująco oszczędna. Tempo jest spokojne, momentami wręcz zawieszone, ale nie wynika to z braku treści, tylko z konsekwentnego budowania ciężaru emocjonalnego. Dialogów jest niewiele, a jeśli już się pojawiają, często brzmią jak urwane próby złapania kontaktu z rzeczywistością, a nie pełnoprawne rozmowy. W tym wszystkim motyw straty, samotności i poszukiwania tożsamości jest eksplorowany z głębią, która wykracza poza ramy komiksu, dotykając uniwersalnych ludzkich doświadczeń. Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa to w tle depresji poporodowej, która nie jest tu opisana wprost, ale stale obecna w sposobie, w jaki Ylva funkcjonuje, myśli i reaguje na świat.

Warstwa graficzna „Kocham Astrid Lindgren” na początku nie uderza żadnym zachwytem. Wręcz przeciwnie - miałem wrażenie, że to rysunek celowo uproszczony do granic możliwości, momentami szorstki i wizualnie mało atrakcyjny. Kreska jest nerwowa, ciężka, pozbawiona elegancji. Postaci bywają zdeformowane w ekspresji, tła często ograniczone do kilku surowych elementów, a całość nie próbuje być „ładna” ani specjalnie przyjazna dla oka. I to był mój pierwszy opór - bo trudno się w tym zaczepić estetycznie.

Po jakimś czasie przestałem to w ogóle oceniać. Zostało tylko uczucie – raczej nieprzyjemne, ale pasujące do tej historii. Ogólnie podczas lektury komiksu tempo czytania i przechodzenia przez poszczególne plansze i kadry jest na całkiem dobrym poziomie.

Im dłużej siedziałem w tym komiksie, tym bardziej docierało do mnie, że jego siła nie wynika z żadnych fabularnych fajerwerków, tylko z absolutnej konsekwencji w podejściu do emocji. Wszystko prowadzone jest w sposób bardzo spokojny, wręcz powściągliwy, co przy tak ciężkim temacie - depresji poporodowej - daje efekt, który nie uderza od razu, tylko stopniowo wchodzi pod skórę. I właśnie to było dla mnie najbardziej niepokojące: że ta historia nie chce mnie „poruszyć”, tylko zmusić do siedzenia w niej razem z Ylvą, bez żadnych skrótów i emocjonalnych ułatwień.

Z jednej strony zacząłem to naprawdę doceniać - tę autentyczność. Widać tu bardzo świadomą decyzję autorki, żeby nie wychodzić do czytelnika z żadnym emocjonalnym mostem, tylko zostawić go w środku tego stanu. I to działa, bo przez to cały ten psychologiczny portret Ylvy jest dużo bardziej wiarygodny i gęsty. Początkowa powolność, oszczędność dialogów, brak wyraźnych punktów zaczepienia mogą sprawiać wrażenie chłodu, a nawet pewnej nudy, jeśli ktoś nie złapie tego rytmu.

I tu wraca coś, co mocno siedzi mi w głowie po lekturze: to jest komiks, który nie tyle opowiada o stracie, samotności i poszukiwaniu tożsamości, co eksploruje je z taką głębią, że wychodzi poza standardowe ramy komiksowej narracji i dotyka czegoś bardziej uniwersalnego - ludzkiego doświadczenia samego w sobie. Nie brzmi to może spektakularnie, ale w praktyce oznaczało dla mnie jedno: że nie czytam historii „o czymś”, tylko historię, która dotyczy czegoś, co każdy może w sobie rozpoznać, nawet jeśli nigdy nie przeżył dokładnie tego samego.

„Kocham Astrid Lindgren” to komiks, który nie pozostawia obojętnym. To głębokie, poruszające studium ludzkiej psychiki w obliczu traumy, opowiedziane z niezwykłą wrażliwością i artystyczną precyzją. Elin Lucassi stworzyła dzieło, które, choć na pierwszy rzut oka wydaje się skandynawsko powściągliwe, skrywa w sobie emocjonalną głębię, która wybucha z całą mocą, im bliżej końca lektury. To komiks dla tych, którzy szukają w medium nie tylko rozrywki, ale przede wszystkim refleksji i zrozumienia złożoności ludzkich doświadczeń. Polecam go każdemu, kto ceni sobie intymne historie, psychologiczne portrety i artystyczną odwagę.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Los Kraba/ Dom Literatury w Łodzi/ Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Kocham Astrid Lindgren"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Kocham Astrid Lindgren”
Seria Los Kraba nr 7
Wydawca Los Kraba/Dom Literatury w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi
Scenarzysta Elin Lucassi
Rysownik Elin Lucassi
Tłumacz Katarzyna Syty
Rok wydania 2026
Format 135x200 mm
Okładka miękka
Liczba stron 152 (cz-b)
Cena okładkowa 69,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.