„Oskar Ed. Mój najlepszy przyjaciel”. Recenzja komiksu
Wyobraźcie sobie, że rano stajecie przed lustrem i przez ułamek sekundy widzicie w nim kogoś obcego. Niby to Wasza twarz, Wasze oczy, Wasza skóra, ale od razu czujecie, że coś się nie zgadza. Jakby w nocy coś wlazło Wam do głowy, rozsiadło się tam bez pytania i zaczęło po cichu przestawiać meble. Wszystko wokół wygląda znajomo, a jednak nic nie trzyma się środka. Świat ma drugą warstwę - mokrą, ciemną i nieprzyjemnie żywą. Jakby ktoś wszczepił Wam pod skórę potwora i liczył, że nie zauważycie, kiedy zacznie oddychać, rosnąć i powoli przejmować nad Wami władzę.
A potem, jak gdyby nigdy nic, wychodzicie do pracy.
Mniej więcej z takim obrazem w głowie obudziłem się po lekturze „Oskara Eda. Mojego najlepszego przyjaciela” Branko Jelinka. Czytałem ten komiks wieczorem, a rano dalej miałem w sobie jego ciemny osad. Nie taki przyjemny niepokój, który można sobie strząsnąć z ramion po zamknięciu książki. Raczej coś bardziej natrętnego. Coś, co zostaje pod powiekami i każe się zastanowić, czy ta nasza codzienność naprawdę jest tak stabilna, jak lubimy udawać. Jelinek stworzył świat dziwny, duszny, poszatkowany i chory, a potem przywołał go do życia w obrazach, które momentami wyglądają tak, jakby ktoś wydrapał je z własnego układu nerwowego.
Dzięki wydawnictwu Timof i cisi wspólnicy mogłem zagłębić się w kolejny tom przeżyć Oskara Eda, biorąc do ręki komiks „Mój najlepszy przyjaciel”. Wcześniejszych historii nie czytałem i przyznam uczciwie, że na początku miałem lekką obawę, czy bez znajomości poprzednich odsłon będę umiał wejść w ten świat. Szybko okazało się, że martwiłem się niepotrzebnie. Tę część można spokojnie czytać samodzielnie, bo Jelinek traktuje Oskara raczej jak bohatera wrzucanego w kolejne osobne doświadczenia niż jak postać rozwijaną klasycznie, tom po tomie, od punktu A do punktu B.
I od razu Wam zdradzę, że po tym spotkaniu na pewno będę chciał sięgnąć po wcześniejsze albumy. Nie dlatego, że czegoś mi tutaj brakowało. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że ten bezimienny niepokój, który Jelinek potrafi zbudować wokół Oskara, okazał się dla mnie cholernie wciągający.



Warto też wspomnieć, że „Mój najlepszy przyjaciel” zrobił niezłe zamieszanie u naszych południowych sąsiadów. Czesi docenili ten album bardzo mocno. Komiks zdobył trzy nagrody Muriel za 2025 rok: dla najlepszej książki komiksowej, za najlepszy scenariusz i za najlepszy rysunek. Sam Branko Jelinek był też gościem tegorocznego festiwalu Komiksowa Warszawa. Skądinąd to bardzo sympatyczny człowiek, co w zestawieniu z tym, jakie rzeczy potrafi wyciągnąć z głowy na papier, jest nawet lekko podejrzane.
Siadając do napisania tej recenzji, długo zastanawiałem się, jak opisać fabułę, żeby nie popsuć Wam przyjemności odkrywania kolejnych warstw tej historii. Bo tutaj naprawdę ważne jest, żeby wejść w lekturę maksymalnie skupionym. Trzeba pozwolić mu działać. Przyjąć jego rytm, jego dziwność, jego niepokój, a potem samemu składać znalezione elementy w całość. Czasem po omacku. Czasem z lekkim przekleństwem pod nosem. Ale właśnie w tym jest spora część frajdy.
Oskara poznajemy w pociągu i już po kilku stronach zaczynamy zadawać sobie pytanie, co jest tutaj rzeczywistością, a co jedynie projekcją jego umysłu. Sam wygląd bohatera od razu wzbudza ciekawość, niepokój i dziwne współczucie. Jego twarz jest gładka, wymazana, pozbawiona nosa, jakby ktoś usunął z niej część człowieczeństwa, ale mimo tej pustki Oskar potrafi nieść w sobie ogrom emocji. Nie musi robić wielkich min, żebyśmy czuli jego zagubienie. Wystarczy ten brak. Ta dziwna maska. To puste miejsce, w które bardzo łatwo zaczynamy wpisywać własny lęk.
Towarzyszką jego podróży zostaje pasażerka, która nie przypomina niczego, co chciałbym spotkać w przedziale, w autobusie, w poczekalni ani w ogóle gdziekolwiek po zmroku. Jej ciało bezustannie się zmienia, jakby nie potrafiło utrzymać jednej formy dłużej niż przez chwilę. Jest w tym coś groteskowego, coś obrzydliwego, ale też coś fascynującego. I takich sytuacji Jelinek podrzuca nam więcej. Dużo więcej. Oskar ma ze sobą tajemniczą paczkę, pociąg łapie opóźnienie, napięcie zaczyna gęstnieć, a po dotarciu na miejsce bohater wychodzi na dworzec i rozpoczyna wędrówkę, która szybko przestaje przypominać zwykłe przemieszczanie się z punktu do punktu.
Ale nie myślcie, że fabuła płynie prostolinijnie. Nic z tych rzeczy. Jelinek miesza pociągową podróż z wynajmowaniem pokoju w osobliwym hotelu, wspomnieniami z byłej pracy, biurowymi upokorzeniami i przeróżnymi manifestacjami umysłu Oskara. Jedna wielka schizofrenia, ale nie w sensie przypadkowego bałaganu, tylko precyzyjnie zaplanowanego rozpadu. Historia rozrasta się w kilku kierunkach naraz. Początkowo ogarnąć to wszystko jest naprawdę ciężko. Z czasem jednak poszczególne elementy zaczynają się zazębiać, a finał potrafi solidnie rozłożyć na łopatki. Dlatego wybaczcie, że zostawię Was w pewnej niewiedzy co do treści. Ten komiks trzeba przeczytać samemu i samemu poskładać jego chore puzzle.
Ta wędrówka przez meandry umysłu Oskara Eda nieustannie podsuwa obrazy, którym trudno do końca zaufać. Nielinearne sekwencje, powracające motywy i dziwne spotkania sprawiają, że co chwilę trzeba zadawać sobie pytanie, czy patrzymy jeszcze na rzeczywistość, czy już na jej chorą projekcję. Konflikt nie rozgrywa się tutaj w prostym starciu bohatera ze światem, lecz gdzieś głębiej, w miejscu dużo bardziej niebezpiecznym: w samotności, poczuciu winy i rozpaczliwej potrzebie bliskości, z którą Oskar kompletnie nie potrafi sobie poradzić. Biurowe korytarze, pociągowe przedziały i hotelowe wnętrza zaczynają przypominać labirynt świadomości, a spotykane postacie niepokojąco często wyglądają jak odbicia jego własnych lęków, wstydu i pragnień.



Oskar swoje tęsknoty, nadzieje i niespełnione miłości przemienia w coś potwornego, obcego, agresywnego. W organizm, który nie chce już siedzieć grzecznie w środku, ale wychodzi na zewnątrz, włazi między siedzenia, pełznie przez kadry, oblepia przestrzeń i zamienia zwykłe sytuacje w koszmar, z którego nie da się obudzić jednym rozsądnym zdaniem. Stawka tej opowieści nie polega więc wyłącznie na rozwiązaniu tajemnicy „najlepszego przyjaciela”. Chodzi raczej o coś znacznie bardziej intymnego i bolesnego: czy Oskar zdoła jeszcze odróżnić własny głos od głosu tego, co zaczyna go pożerać od środka. Jelinek buduje narastające poczucie zagrożenia, ale nie zabiera czytelnikowi przyjemności samodzielnego błądzenia po tej ciemnej, poszatkowanej układance.
I właśnie tutaj najmocniej poczułem, że „Mój najlepszy przyjaciel” nie jest komiksem, który chce mnie tylko zaskoczyć swoją dziwnością. Dziwność jest tu narzędziem, nie celem. Jelinek opowiada historię człowieka, który coraz bardziej traci grunt pod nogami, ale zamiast tłumaczyć jego stan prostym psychologicznym komentarzem, pozwala mi wejść w ten rozpad od środka. Nie patrzę na Oskara z bezpiecznej odległości. Ja razem z nim błądzę po tych korytarzach, odbijam się od ludzi, którzy mówią jak z koszmaru, i próbuję zrozumieć, dlaczego coś, co powinno być zwykłym dniem, nagle zaczyna przypominać wycieczkę przez cudzą ranę.
Scenariusz Jelinka jest nielinearny, ale nie chaotyczny. To ważne, bo przy takich opowieściach bardzo łatwo zrobić artystyczną mgłę, w której wszystko niby coś znaczy, ale tak naprawdę nikt nie wie co. Tutaj miałem inne wrażenie. Nawet gdy fabuła pęka, przeskakuje, zapętla się i rzuca mnie między pociąg, hotel, biuro oraz coraz bardziej odrealnione obrazy, czułem, że autor dokładnie wie, dokąd mnie prowadzi. Tylko nie zamierza od razu pokazać mapy. I dobrze, bo ta niepewność jest jednym z najważniejszych paliw tej historii.
Najbardziej podobało mi się to, że Jelinek nie rozpisuje samotności Oskara wprost, jak tematu wypracowania. On pozwala jej zarastać świat. Widziałem ją w jego pustej twarzy, w niezręcznych rozmowach, w przestrzeniach, które nagle robią się za duże albo za ciasne, w potwornym organizmie pełznącym przez kadry, w paczce niesionej jak sekret, którego nie da się bezpiecznie odłożyć. To samotność nieładna, nieromantyczna, pozbawiona pocztówkowego smutku. Bardziej taka, która siedzi człowiekowi na klatce piersiowej i z każdym dniem robi się cięższa.
Niektóre dialogi są urwane, inne dziwnie niezręczne, jeszcze inne brzmią tak, jakby bohaterowie mówili nie do siebie, tylko do własnych lęków. I to działa. Początkowo można mieć wrażenie, że te rozmowy prowadzą donikąd, ale z czasem zaczynają budować obraz psychiki, w której wszystko jest przesunięte o kilka centymetrów. Właśnie przez to komiks Jelinka skojarzył mi się z Kafką, ale nie na zasadzie prostego „jest absurd, więc wrzucamy Kafkę”. Chodzi raczej o ten stan, w którym człowiek czuje się winny, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży go oskarżyć. Rzeczywistość staje się coraz bardziej niezrozumiała, system coraz bardziej opresyjny, a bohater coraz mniej pewny, czy problem naprawdę jest na zewnątrz, czy już dawno rozgościł się w nim samym.
Mam też skojarzenie z Davidem Lynchem, choć nie chciałbym sprowadzać Jelinka do prostego „czeskiego Lyncha od komiksu”, bo to byłoby zbyt leniwe i krzywdzące. Bardziej chodzi o podobną umiejętność infekowania zwykłej przestrzeni niepokojem. U Lyncha pokój, korytarz albo rozmowa potrafią nagle przestać być neutralne. U Jelinka dzieje się coś podobnego. Pociąg, biuro, hotel czy dworzec wyglądają znajomo tylko przez chwilę. Potem zaczynają zdradzać, że pod powierzchnią pracuje coś obcego. I wtedy zwykła codzienność robi się bardziej przerażająca niż niejeden potwór pokazany w pełnym świetle.



Graficznie Jelinek zrobił mi w głowie mały mindfuck. Patrzyłem na te rysunki z zachwytem, ale też z narastającym dyskomfortem. Gęste kreskowanie, drobne linie, czarne plamy, faktury ścian, fałdy dziwnych ciał, zaciśnięte przestrzenie - wszystko to sprawiło, że czułem się, jakbym naprawdę został uwięziony w głowie Oskara, a jednocześnie stał gdzieś obok i obserwował, jak ten świat coraz bardziej odkleja się od rzeczywistości. To bardzo dziwne uczucie. Być w środku i na zewnątrz naraz. Czuć lęk bohatera, a jednocześnie patrzeć na niego jak na człowieka, który powoli znika we własnym koszmarze.
Mocno uderzyło mnie to, jak autor pracuje światłem, cieniem i kompozycją. Czerń nie jest tutaj zwykłym tłem ani sposobem na „mroczny klimat”. Ona ma ciężar. Potrafi wejść w kadr jak żywa substancja. Biel z kolei nie daje ukojenia, tylko często podkreśla pustkę, osamotnienie i nienaturalną sterylność niektórych przestrzeni. Kadrowanie świetnie nadaje tempo i rytm akcji: raz przyciska mnie do Oskara, niemal zamyka razem z nim w ciasnym kadrze, a za chwilę odsuwa go gdzieś dalej, pokazując jako małą, bezradną figurę w miejscu, które nie zamierza mu w niczym pomóc.
Jelinek kapitalnie łączy codzienność z groteską i organicznym horrorem. To jeden z największych wizualnych atutów tego komiksu. Zwykłe przedmioty, wnętrza, korytarze, siedzenia, ściany i cienie zaczynają wyglądać tak, jakby pod ich powierzchnią pracowała jakaś obca tkanka. Coś pełznie, coś się zwija, coś przypomina macki, wnętrzności, narośl albo chorobę. I właśnie dlatego ten świat tak mocno mnie uwierał. On nie jest po prostu „dziwny”. On wygląda na zarażony. Jakby rzeczywistość Oskara dostała gorączki i zaczęła produkować potwory z tego, czego bohater nie umie wypowiedzieć.
Co ważne, mimo tej gęstości Jelinek nie gubi czytelności. I za to mam do niego ogromny szacunek, bo przy takim poziomie detalu bardzo łatwo byłoby zrobić efektowny wizualny bajzel. Tutaj oko nadal wie, dokąd iść. Plansze prowadzą przez kolejne kadry nawet wtedy, gdy narracja pęka, zapętla się i zaczyna przypominać sen. Czasem obraz mówi więcej niż dialog. Jedno spojrzenie, jedna czarna plama, jedno odbicie w lustrze albo jeden zbyt ciasny kadr potrafią zrobić większe wrażenie niż cały akapit wyjaśnień. I właśnie dlatego rysunki nie są tutaj dodatkiem do scenariusza. One są jego drugim, równie ważnym głosem.
Branko Jelinek nie próbował kupić mnie jedną efektowną sceną albo jednym mocnym zwrotem akcji. Zrobił coś znacznie trudniejszego. Zbudował we mnie rollercoaster emocji. Powoli, uparcie, bez mizdrzenia się. Im dłużej czytałem „Mojego najlepszego przyjaciela”, tym mocniej czułem, że autor chciał rozregulować moje postrzeganie rzeczywistości i sprawdzić, jak długo będę jeszcze ufał temu, co widzę na planszy. I ja to kupiłem w całości.
Autor bardzo dobrze wiedział, kiedy przycisnąć, kiedy wyhamować, kiedy zostawić mnie w niewygodnej ciszy, a kiedy nagle podsunąć obraz, który wbijał się pod powieki jak drzazga. Bardzo cenię też to, że nie zrobił z Oskara łatwej figury do współczucia. Nie kazał mi go bezwarunkowo lubić, nie prosił o szybkie wzruszenie, nie ustawiał go w roli biednego człowieka, któremu trzeba natychmiast pogłaskać duszę po głowie. Oskar bywał męczący, dziwny, niezręczny, czasem wręcz odpychający, ale właśnie dzięki temu nie zamienił się w papierową ofiarę. I chyba dlatego ten komiks tak mocno mnie złapał. Bo pod całym formalnym szaleństwem siedział bardzo konkretny lęk: że można przez lata nosić w sobie rzeczy, których nie da się powiedzieć normalnym zdaniem. A kiedy coś wreszcie zaczynało je z nas wyciągać, wcale nie musiało być ratunkiem. Mogło być czymś znacznie gorszym.
Z wadami miałem większy problem, bo większość rzeczy, które mogłyby komuś przeszkadzać, u mnie pracowała raczej na korzyść komiksu. Nie będę jednak udawał, że lektura była idealnie równa i że Jelinek przez cały czas trzymał mnie za gardło z taką samą siłą. Miejscami jego opowieść była tak gęsta od znaczeń, napięć i dziwnych przesunięć, że zamiast po prostu przeżywać scenę, zaczynałem ją w głowie rozbierać na części. A to bywało ryzykowne, bo wtedy emocja na chwilę ustępowała miejsca analizie. Siedziałem nad stroną i łapałem się na tym, że bardziej próbuję ustalić, jak dany fragment pracuje w całej konstrukcji, niż co właściwie robił ze mną w danym momencie. Nie zdarzało się to często, ale jednak się pojawiało, szczególnie tam, gdzie komiks przyciskał swoją intensywnością trochę za mocno i za długo. Brakowało wtedy jednego oddechu, jednego pęknięcia w duszności, przez które można byłoby złapać powietrze, zanim historia znowu wciągnęła mnie pod powierzchnię. Rozumiałem tę decyzję, bo ten komiks miał uwierać, męczyć i zostawiać człowieka w stanie lekkiego rozstrojenia. Tyle że właśnie przez to część czytelników może poczuć nie tyle fascynację, ile opór. Nie taki zdrowy opór wobec trudniejszej sztuki, tylko zwyczajne zmęczenie materiału. Ja przez to przeszedłem i nie żałuję ani jednej strony.
Po przeczytaniu „Mojego najlepszego przyjaciela” nie miałem poczucia, że po prostu skończyłem kolejny komiks. Bardziej jakbym wyszedł z dusznego pokoju, w którym przez kilka godzin ktoś szeptał mi do ucha rzeczy jednocześnie niepokojące, obrzydliwie prawdziwe i cholernie fascynujące. I właśnie dlatego tak cholernie mocno polecam tę lekturę.
Jeśli lubicie opowieści nieoczywiste, mroczne, psychologicznie rozchwiane i takie, po których jeszcze przez chwilę patrzycie podejrzliwie na własne odbicie w lustrze, to naprawdę nie zastanawiajcie się długo. Oskar Ed może Was zmęczyć, może Was skołować, może nawet chwilami zirytować, ale jeśli wejdziecie w jego świat na serio, odwdzięczy się z nawiązką.
Branko Jelinek utwierdził mnie w przekonaniu, że naprawdę warto sięgać po komiksy naszych południowych sąsiadów, bo tam dzieją się rzeczy odważne, świeże i często kompletnie niepodrabialne. Zresztą moja topka najlepszych komiksów przeczytanych w 2025 roku też wyraźnie pokazała, że patrząc w stronę Czech i Słowacji, można trafić na prawdziwe perełki.

„Mój najlepszy przyjaciel” dopisuje do tego kolejną mocną kreskę. Czarną, nerwową, trochę chorą i bardzo długo niewychodzącą z głowy. A ja po takim spotkaniu mogę napisać tylko jedno: warto było dać się temu dziwnemu Oskarowi wciągnąć w jego popękany świat.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
"Oskar Ed. Mój najlepszy przyjaciel"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
