„The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota”, tom 1 - recenzja mangi

„The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota”, tom 1 - recenzja mangi

Już sam tytuł właściwie zdradza, z czym będziemy mieli do czynienia. „The Walking Cat” wydane przez Waneko brzmi jak kocia odpowiedź na kirkmanowe „The Walking Dead” i, co tu dużo mówić, skojarzenie jest jak najbardziej trafne.

Świat opanowały żywe trupy, cywilizacja legła w gruzach, a garstka ocalałych próbuje jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie ma tu Ricka Grimesa, Daryla z kuszą ani ciągnących się przez pół tomu sporów o to, kto powinien dowodzić grupą. Jest za to Jin Yahiro i biały kot imieniem Yuki. Jin przemierza pogrążoną w chaosie Japonię, szukając swojej żony. Podczas wędrówki trafia na kota, który ścigając mysz trafia na wygłodniałe zombiaki. Oczywiście mężczyzna - biorąc pod uwagę okoliczności - zachował resztki przyzwoitości i postanawia uratować sierściucha. W normalnych warunkach pewnie zaniósłby go do domu, nakarmił, a po kilku dniach zorientował się, że tak naprawdę to kot adoptował jego. Tyle że normalnych warunków już nie ma. Mimo wszystko Jin zabiera Yukiego ze sobą (choć nie do końca jest tego świadomy) i od tej pory obaj wspólnie przedzierają się przez świat pełen żywych trupów.

Podobieństwa do „The Walking Dead” nie kończą się oczywiście na tytule. Także tutaj zombie są przede wszystkim tłem dla opowieści o ludziach. Stanowią nieustanne zagrożenie, ale bardzo szybko okazuje się, że równie niebezpieczni potrafią być ci, którym udało się przeżyć. Strach, samotność i walka o zapasy wyciągają z bohaterów zarówno to, co najlepsze, jak i to, co najgorsze. Jedni kurczowo trzymają się resztek człowieczeństwa, inni uznają, że skoro świat się skończył, można zapomnieć o wszelkich zasadach. Autor trafnie pokazuje, że w rzeczywistości, w której życie zamieniło się w jedną wielką wolną amerykankę, wielu zaczyna myśleć wyłącznie o sobie i grać do własnej bramki.

Tomo Kitaoka korzysta z dobrze znanych elementów opowieści o zombie. Mamy nagłe ataki umarlaków, poszukiwanie bezpiecznego schronienia, wspomnienia sprzed katastrofy i ludzi próbujących odnaleźć swoich bliskich. O samym początku epidemii, lub może bardziej trafne jest słowo "apokalipsa" nie dowiadujemy się zbyt wiele, ale też nie o to tutaj chodzi. Podobnie jak w komiksie Roberta Kirkmana, ważniejsze jest pytanie o to, co stanie się z człowiekiem, kiedy znikną prawo, społeczeństwo i poczucie bezpieczeństwa. Yuki z kolei to inna para kaloszy. Sam pomysł, żeby pokazać apokalipsę zombie oczami kota, jest po prostu świetny. Nie chodzi jednak o gadającego zwierzaka, który komentuje wydarzenia w dymkach i snuje rozważania o upadku ludzkości. Yuki pozostaje zwyczajnym kotem. Nie wie, że świat się skończył, nie interesują go przyczyny epidemii ani moralne dylematy ocalałych. Chce jeść, odpoczywać, polować i zaglądać w miejsca, do których zdecydowanie nie powinien się zbliżać. Innymi słowy: nawet podczas apokalipsy zachowuje się dokładnie tak, jak każdy kot. I to jest w ten mandze piękne. Autor na siłę nie uczłowiecza Yukiego, nie wpycha mu do pyszczka żadnych przemyśleć. Kot jaki jest, każdy widzi.

I właśnie ten kontrast (ocalali vs kot) jest największą siłą mangi. Dla bohaterów każda wyprawa może być ostatnią. Dla Yukiego zrujnowane miasto to po prostu kolejny teren do zbadania. Człowiek widzi w pustym domu ślady tragedii, a kot wygodne miejsce do spania albo szansę na znalezienie czegoś do jedzenia. Dzięki temu „The Walking Cat” potrafi być w jednej chwili smutne i przygnębiające, a w następnej zaskakująco ciepłe. Mimo, że jest to opowieść o tragediach i końcu świata, to jednak człowiek uśmiechnie się widząc zachowanie Yukiego.

I warto tu również zaznaczyć, nie jest on jedynie słodkim dodatkiem, który ma przyciągnąć uwagę miłośników zwierząt. Jego obecność przypomina ocalałym o świecie sprzed katastrofy. Opieka nad kotem może wydawać się nierozsądna, kiedy brakuje jedzenia, lekarstw i bezpiecznego schronienia, ale właśnie takie gesty pozwalają bohaterom zachować resztki człowieczeństwa. Jin nie zdobywa dzięki Yukiemu żadnej przewagi nad zombie. Czasami mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie, bo jednak musi ratować sierściucha z tarapatów. Zyskuje jednak towarzysza i powód, by myśleć o czymś więcej niż tylko o przetrwaniu kolejnego dnia.

Pierwszy tom ma dość epizodyczną konstrukcję. Poszczególne rozdziały pokazują kolejne fragmenty wspólnej podróży Jina i Yukiego, przez co czasami można odnieść wrażenie, że pomiędzy wydarzeniami zabrakło kilku scen. Może to i lepiej? Bo gdyby autor miał pokazywać całą wędrówkę tego, jakże osobliwego duetu, tomik miałby kilkaset stron, albo byłaby z tego tytułu pełnowymiarowa seria pokroju, nomen omen, "The Walking Dead". Czasami jednak relacja bohaterów rozwija się nieco zbyt szybko, a część postaci zasługiwałaby na więcej miejsca. Wydaje mi się, jednak że taki sposób prowadzenia historii całkiem dobrze pasuje do wędrówki przez zniszczony świat. Kolejne spotkania są krótkie i ulotne, bo w tej rzeczywistości wszystko może skończyć się równie szybko, jak się zaczęło.

Od strony graficznej „The Walking Cat” stawia na prostotę i czytelność. Kitaoka nie zasypuje kadrów detalami ani nie próbuje na każdej stronie epatować makabrą. Zombie wyglądają odpowiednio odpychająco, ale nie przejmują całego komiksu. Najwięcej uroku mają sceny z Yukim. Kot został narysowany bardzo naturalnie — jego ruchy, miny i pozy z miejsca rozpozna każdy, kto choć trochę zna kocią naturę.

„The Walking Cat” nie wywraca gatunku zombie do góry nogami. Gdyby usunąć z tej historii kota, zostałaby dość klasyczna opowieść o człowieku szukającym bliskiej osoby po upadku cywilizacji. Cały urok polega jednak na tym, że Yuki tutaj jest i samą swoją obecnością całkowicie zmienia sposób, w jaki patrzymy na znane motywy.

Pierwszy tom to udane połączenie horroru, dramatu drogi i opowieści o więzi człowieka ze zwierzęciem. Podobieństwa do „The Walking Dead” są oczywiste, ale manga nie sprawia wrażenia taniej podróbki. Bierze dobrze znany świat pełen zombie i pokazuje go z perspektywy, której zwyczajnie brakowało w tym gatunku. Muszę przyznać, że lektura pierwszego domu była dla mnie bardzo udaną rozrywką. Bawiłem się dobrze i bardzo chętnie sięgnę po kolejne przygody Yukiego! Apokalipsa widziana oczami kota bywa przerażająca, wzruszająca, a czasem zupełnie zwyczajna. Bo świat może się skończyć, trupy mogą chodzić po ulicach, człowiek człowiekowi będzie wilkiem, ale kot nadal pozostanie kotem.

Jako człowiek, który w swoim życiu przeczytał dosłownie kilka mangowych tytułów, zostałem oczarowany tą historią. Nigdy bym się nie spodziewał, że sierściuch jako narrator może spisać się tak dobrze. Jeśli lubicie klimaty apokalipsy zombie, czytajcie! Jeśli jesteście ciekawi perypetii Yukiego, czytajcie również!

Informacje o komiksie
Tytuł „The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota”
Seria The Walking Cat. Apokalipsa zombie oczami kota
Wydawca Waneko
Scenarzysta Tomo Kitaoka
Rysownik Tomo Kitaoka
Tłumacz Amelia Lipko
Rok wydania 2022
Format 195x135mm
Okładka Miękka
Liczba stron 168 (cz.-b.)
Cena okładkowa 24,99 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

Read more